Reklama

Reklama

Piękna poczułam się po 30.

...zdradza nam gwiazda serialu „Nie rób scen”. Aktorka szczerze mówi też o swoim partnerze, dziecku i relacji ze znaną siostrą Magdaleną. W tym wywiadzie nie ma tematów tabu!

Z jakimi problemami zmagają się współczesne trzydziestoparolatki?

Aleksandra Popławska: - To zależy od ich statusu. Inne problemy mają singielki, a inne młode mamy. Każda kobieta, która ma dziecko, wie, że jego narodziny wywołują totalną rewolucję w życiu. Zanim się pojawiło, człowiek był wolny, spał do południa i mógł leniuchować, ile tylko chciał. I nagle wszystko się zmienia. Chodzimy notorycznie niewyspani, bo małe dzieci budzą się w nocy i płaczą. A jak podrosną, trzeba wstawać o 6.30, przygotowywać je do szkoły, potem zawozić i odbierać. Trzeba wiele czasu, nawet paru lat, żeby się przestawić z bycia wolnym człowiekiem na bycie mamą. Pamiętam, jaki to był trudny proces.

Reklama

- Na drugim biegunie są trzydziestokilkulatki singielki. One się nie załapały szybko na faceta i teraz są zdeterminowane, żeby go zdobyć, chociażby z drugiej ręki. Niech on już będzie jakikolwiek, byleby był. Żeby mieć dziecko, być w związku, mieć się do kogo przytulić. Bo bycie samotnym jest zabawne do pewnego momentu. Potem człowiek tęskni za tym, żeby się na kimś oprzeć, odezwać się rano do kogoś. Rozumiem więc moją bohaterkę z serialu "Nie rób scen". Ona bardzo chce kogoś mieć. Niestety, ma dość trudny charakter, który odstrasza facetów. A jeśli oni już się pojawiają, to jacyś tacy niewydarzeni.

Często bywa tak, że fajne, inteligentne dziewczyny są samotne.

- To prawda. Kiedy patrzę na koleżanki aktorki, widzę, że mają problem ze znalezieniem kogoś bliskiego. Niestety, bywa, że szukając tego jedynego, mają w głowach ideał. A mężczyźni do niego nie dorastają. One ciągle coś by w nich zmieniały, wciąż coś im nie pasuje, coś jest nie tak. Pragną fajnego mężczyzny. A często mają problem ze zdefiniowaniem, czym jest ten "fajny mężczyzna". Z jednej strony chcemy, żeby był czuły i opiekuńczy, z drugiej żeby był macho. Dobrze też, żeby dało się z nim pokazać na mieście. Trudno to wyważyć.

A klucz do tego wszystkiego?

- Kobiety w moim wieku, czyli po trzydziestce, wiedzą, że życie z kimś wymaga dużej pracy. Ciągle się uczymy siebie nawzajem i nie jest tak, że przyjdzie taki idealny i będzie mi pasował od początku do końca. I wszystko będzie super. Związek to sztuka kompromisu, coś za coś. Jakąś cechę ma dobrą, ale też gdzieś niedomaga. Jeśli jest dowcipny i mądry, to jest np. bałaganiarzem. Gdy więc trafi na perfekcjonistkę, bywa ciężko. Znam kilka takich przypadków. Myślę, że te problemy, które poruszamy w serialu, są bardzo aktualne. I bardzo nam bliskie. Oczywiście są nieco przerysowane z racji formy, bo w końcu to komedia.

Znam wiele dziewczyn, które chcąc zatrzymać przy sobie faceta, potrafią się całkowicie zmienić. Zrezygnować z siebie.

- Robi to moja Olga i, niestety, to też nie jest dobra droga. Bo ona chce być taka, jak wymarzy sobie dany mężczyzna. Był odcinek, w którym Olga została ultrakatoliczką. Wymyśliła, że będzie wierząca, bo jej wybranek wierzy. Okazało się, że Olga była według niego zbyt radykalna i nie chciał takiej dziewczyny. Czekam też na mój ulubiony odcinek, w którym ona poznaje mężczyznę, który lubi pulchne kobiety. Bardzo chce, żeby trochę przytyła. I cały odcinek ją karmi. Ostatecznie Olga ląduje w szpitalu z przejedzenia, a on poznaje pielęgniarkę, która jest naprawdę pokaźnych rozmiarów. Olga nigdy nie dobiłaby do takiej wagi (śmiech). Mimo dużej determinacji.

Jeden z odcinków "Nie rób scen" poświęcony jest seksualności dzieci. To ważny temat dla rodziców?

- Bardzo! Uważam, że to kwestia, którą warto poruszać. Bo dzieci mają silną seksualność, a rodzic staje wobec tego i nie bardzo wie, jak sobie z tym poradzić. Moja córka, która jest teraz w fazie dojrzewania, przychodzi dzielić się swoimi spostrzeżeniami. Jej się dojrzewanie strasznie podoba i czeka z niecierpliwością na moment, w którym stanie się kobietą. Dla niej to jest fascynujące. Często z nią rozmawiam na "te tematy", chcę, żeby to było naturalne.

Który temat podejmowany w serialu jest jeszcze istotny dla ciebie jako mamy?

- Lubię odcinki, które mnie osobiście dotyczą w życiu. Na przykład, jak sobie radzić z córką, która jest już trochę nastoletnia. Bardzo mnie śmieszyła scena, którą znam z autopsji, kiedy bohaterka grana przez Monikę Mariotti cierpi, ma bóle brzucha, a jej córka leży na kanapie i każe jej podawać sobie obiad. Ona w końcu, podając jej picie, pada na podłogę. Zobaczyłam w tym siebie. Bo ja, nieważne co by się działo, zawsze robię tak jak ona. To błąd, który często popełniamy - rozpieszczamy dzieciaki. Kolejny problem - mam kilka koleżanek singielek i wiem, jak to jest, kiedy się idzie do najdroższej restauracji w Warszawie, a facet "zapomina" portfela. Taka sytuacja się mojej znajomej zdarzyła i ona musiała za niego płacić, nie mając za bardzo kasy.

W serialu gra też twoja siostra Magda. Macie wspólne sceny?

- Żadnej! 13 odcinków i ani jednego spotkania. Raz się minęłyśmy w garderobie - ona wychodziła, a ja przychodziłam. Zabawna sytuacja.

Czułaś kiedyś odpowiedzialność za Magdę? To ty ją popchnęłaś do tego zawodu, przekonałaś, by się przeniosła do Warszawy. Nie ciążyła ci obawa, co będzie, jeśli jej się nie uda?

- Nigdy tak nie myślałam. Polubiłam Warszawę i pomyślałam sobie, że jeśli Magda ma uprawiać ten zawód, to tylko tu. Od początku było widać, że jest utalentowana, więc nie martwiłam się o nią. Pierwsze kroki stawiała w TR Warszawa, a to było ważne miejsce na teatralnej mapie Warszawy.

Obie podkreślacie, że nie rywalizujecie. Ale bliskie sobie stałyście się niedawno. Dlaczego?

- Bo długo nie miałyśmy ze sobą kontaktu. Ja studiowałam we Wrocławiu, a ona w Krakowie. Cztery lata różnicy za młodu to też bardzo dużo. (Aleksandra ma dziś 39 lat, Magdalena - 35, przyp. red.). Zawsze była dla mnie gówniarą. Dopiero teraz mamy wspólne porozumienie. Ona dojrzała, ja trochę zdziecinniałam, więc idealnie się uzupełniamy na tym samym poziomie. Wczoraj się spotkałyśmy przez przypadek na ulicy, poszłyśmy razem na obiad, potem na spacer. Niebawem planujemy też wspólny wyjazd nad morze. Fajnie jest między nami.

Kompleks siostry?

- Absolutnie. Raczej niezrozumienie drugiej strony. Często myślałam o niej: "Jak ona się może tak ubierać, przecież to jest żenujące!". Oczywiście ona myślała o mnie dokładnie tak samo (śmiech). Przez pierwsze lata byłam tą porządną, ona była totalną bałaganiarą. Co gorsza, miałyśmy wspólny pokój, więc to była masakra. Potem role się odwróciły i kiedy ja miałam bałagan, ona miała wszystko poukładane. Nigdy nie szłyśmy równo i na tym polu ciągle pojawiały się tarcia.

Twoja dziewięcioletnia córka Antonina ma na koncie debiut teatralny i to u Grzegorza Jarzyny.

- Zagrała na deskach TR Warszawa u boku Danusi Stenki, Jana Peszka, Danusi Szaflarskiej, Ewy Dałkowskiej i Aleksandry Koniecznej. Wzięła nawet udział w tournée. Pojechała do Nowego Jorku, gdzie bardzo jej się spodobało. Teraz ciągle pyta, kiedy znów zagra. A w związku z tym, że obsada jest bardzo duża, a każdy aktor ma swoje zobowiązania, trudno ten spektakl wznowić. Martwi się, że wyrośnie z roli. Teatr pociąga ją bardziej niż film. Ostatnio zagrała też epizod w serialu "Na dobre i na złe". Mówi, że było całkiem fajnie (śmiech).

Chciałaby być aktorką?

- Pewnie nią zostanie. Nie ma wyjścia (śmiech). Bardzo ładnie maluje, więc chciałaby pójść do gimnazjum artystycznego. Na szczęście mamy jeszcze trochę czasu na decyzję.

Wolisz grać czy reżyserować?

- W teatrze byłam już i po jednej i po drugiej stronie. Za kamerą jeszcze nie stanęłam, może kiedyś spróbuję. W teatrze trzeba połączyć kilka pionów. W filmie reżyser jest trochę mniej obciążony. Choć i tu pracy jest bardzo dużo.

Zdarza ci się pracować z partnerem (Markiem Kalitą, aktorem i reżyserem - przyp. red.). Wspólna praca wpływa jakoś na waszą relację?

- Są pary, które nie cierpią razem pracować, natomiast my mamy taki sam gust. Wymieniamy się myślami. Oczywiście jest niebezpieczeństwo, że te rozmowy przeniosą się do domu. To skutek uboczny. Ale to też bywa fajne. Przynajmniej jest o czym rozmawiać (śmiech).

To relacja mistrz - uczennica?

- Zdecydowanie nie, to partnerska relacja.

Zamierzacie zalegalizować związek?

- Tyle razy grałam, że wychodzę za mąż, że w życiu nie potrzebuję już takich scen. Suknia ślubna mnie nie pociąga, tym bardziej, że kosztuje mnóstwo pieniędzy, za które można np. pojechać w fajne miejsce. W jednym z odcinku "Nie rób scen" Olga też wychodzi za mąż. Nie potrzebuję ślubu, choć przeraziły mnie billboardy, które od niedawna wiszą w Warszawie. "Nie masz ślubu, to cudzołożysz". Wstrząsające! Jadę po mieście i na ich widok od razu czuję się winna (śmiech).

W Polsce o partnerach mówi się "konkubenci".

- To słowo od razu się kojarzy z patologią (śmiech).

Podróże to wasze hobby?

- To prawda. Trochę podróżujemy z teatrem, staramy się też gdzieś wyjechać na wakacje, jeśli czas pozwala. Lubię Włochy, Francję, Wyspy Kanaryjskie. Od dwóch lat spędzamy lato w Polsce, bo nie mamy czasu na dłuższe wakacje. Lubimy żeglować po mazurskich jeziorach. Moja córka uprawia windsurfing, więc jeździmy też na Hel.

Dlaczego przenieśliście się z Warszawy do Puszczy Kampinoskiej?

- Bardzo dużo ludzi mieszka pod Warszawą, a my mieszkamy na tyle blisko, że to nie stanowi dla nas problemu. Kiedy kupowaliśmy dom, tam było po prostu taniej. Mieszkania w centrum są strasznie drogie. Kawalerka mojej siostry na Mokotowie kosztuje prawie tyle, co mój mały domek. Tu, gdzie mieszkamy, jest zresztą bardzo ładnie. Mamy blisko do stadniny koni. Można wsiąść w autobus, podjechać do metra i już jedziemy, gdzie chcemy. Nie jest najgorzej.

Jaki jest wasz dom?

- Mały, biały z czerwonym dachem. Trochę w stylu prowansalskim. Sporo czasu spędziłam we Francji, bardzo ją lubię. Nasz dom nie jest jak z katalogu. Czasem panuje w nim nawet bałagan, w którym wszyscy dobrze się czujemy.

Gotujesz?

- Raczej nie... Bo mam mało czasu. Jeśli już, to kalafior i ziemniaki. Nie prowadzę wykwintnej kuchni.

W waszym domu są tematy tabu?

- Staram się, żeby ich nie było. Ostatnio moja córka stresowała się tym, że na lekcji będą poruszane tematy dojrzewania. I będzie rozmowa o kobiecie i mężczyźnie. Powiedziała mi: "No bo wiesz mamo, w domu to ja mam taki luz, mogę z wami o tym rozmawiać, ale w szkole to trochę wstyd". Bardzo się cieszę, że ona wie, że może ze mną porozmawiać o wszystkim. Opowiada mi o intymnych rzeczach, jestem informowana na bieżąco o ważnych dla niej sprawach. Sama nie wiedziałam, że dojrzewanie może być takie ekscytujące. Ja z moją mamą na takie tematy nie rozmawiałam. A ona jest bardzo otwarta. Cieszy mnie to.

Takie zaufanie to chyba sukces dla rodzica?

- Oczywiście. W naszym katolickim kraju seksualność człowieka jest wstydliwa. Nie mówi się o niej, a przecież nasz popęd seksualny jest bardzo silny. Trzeba o tym rozmawiać. Bo bez rozmów rodzą się dewiacje, frustracje seksualne, zboczenia. To powinno być naturalne jak oddychanie. I powinno się o tym rozmawiać z dziećmi od najmłodszych lat. Oczywiście umiejętnie i odpowiednim językiem. Są do tego stosowne podręczniki, można się zaopatrzyć.

W życiu kierujesz się intuicją czy rozsądkiem?

- Zależy od sytuacji. Bywają takie, kiedy trzeba zapłacić podatek i kalkulować. Ale generalnie myślę, że mam bardzo silną intuicję. Ona mi pomaga m.in w twórczości. Łączę te dwie cechy - intuicja, a potem kalkulacja.

Kiedy poczułaś się piękna?

- Chyba nigdy się nie czujemy piękni i atrakcyjni, zawsze chcemy coś zmienić. Akceptacja siebie przyszła u mnie późno. Najgorszy jest okres dojrzewania, kiedy nic nam nie odpowiada. Myślę, że po trzydziestce pojawia się pewność siebie. Kobieta już wie, czego chce i jest dość określona jeśli chodzi o gust. Wie, jak się malować, wie w czym dobrze wygląda. To się ugruntowuje właśnie w okolicach trzydziestki. U mnie tak było.

Wychowałaś się na Śląsku. Uważasz, że pochodzenie wpłynęło na twoje życie?

- Chyba nie, choć do dziś wyczuwam Ślązaków. Zawsze się domyślę, czy ktoś jest z tego rejonu, czy jest to "swój człowiek". Ślązacy są bardzo fajni, sympatyczni, otwarci, mają w sobie coś, co trudno określić, ale zawsze się to wyczuwa. Lubię Śląsk. Kiedy przyjechałam do stolicy, zdziwiłam się, że warszawka rządzi się innymi prawami. Dużo tu snobów, zwłaszcza w moim środowisku. Choć trochę tego nie rozumiem, to już zaakceptowałam fakt, że tak jest.

Często wracasz w rodzinne strony?

- Tak, choć już nie tak często jak kiedyś. Obie z siostrą jesteśmy zapracowane i nie zawsze jest na to czas. Ale w związku z tym, że mieszka tam spora część rodziny, staramy się jeździć. I być na każdym weselu czy chrzcinach.

Znasz gwarę śląską?

- Moja mama jest polonistką i bardzo pilnowała, żebyśmy obie z siostrą mówiły piękną polszczyzną. Ale gwarę znam, bo w dzieciństwie miałam koleżanki, które tylko "godoły". I trzeba było się jakoś z nimi porozumieć.

Dlaczego znajomi mówią, że jesteś "subtelną kobietą o męskim charakterze"?

- Może dlatego, że nie jestem kokietką, nie wdzięczę się. Jestem bezpośrednia. Co nie znaczy, że nie jestem romantyczką.

Za rok obchodzisz 40. urodziny. Stresuje cię to? Traktujesz to jako przełom?

- Urodziny to dla mnie dzień refleksji. Rozmyślam o tym, co za mną i co przede mną. Nie lubię dużych imprez urodzinowych. Kiedy mogę, spędzam ten dzień sama. Mam nadzieję, że te 40. urodziny to będzie półmetek, połowa życia. Często rozmawiam o życiu z moją przyjaciółką Heleną Norowicz. Ona w wieku 80 lat została modelką. Podziwiam też Danusię Szaflarską, która choć wiele przeszła, nigdy nie straciła pogody ducha, optymizmu. Obie powtarzają, że bardzo ważne jest, by mieć w życiu pasję.

Jesteś feministką?

- Chyba nie. Oczywiście zależy, co kto rozumie pod tym pojęciem. Bo jeśli nieuzasadnioną wrogość w stosunku do mężczyzn, to absolutnie nie. Ale jeśli chodzi o dostrzeganie nierównych praw i mówienie o tym głośno, to tak. Widzę, że dyrektorzy teatrów, reżyserzy to wciąż głównie mężczyźni. Kobieta zawsze jest tu na straconej pozycji. Mam nadzieję, że to się kiedyś poprawi. Coraz więcej kobiet jest w rządzie, więc myślę, że idzie ku dobremu.

Jakie masz plany na najbliższe miesiące?

- Najbliższe plany związane są z teatrem i reżyserią. Mam nadzieję też, że dojdzie do realizacji serialu kryminalnego "Belfer", w którym mam zagrać. Być może powstanie trzyodcinkowy serial telewizji AXN z moim udziałem. Wciąż także czekamy na decyzję, czy będzie drugi sezon serialu "Nie rób scen". Bardzo bym chciała. Uwielbiam postać temperamentnej Olgi.

Justyna Kasprzak

Show

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje