Reklama

Reklama

Jak oni sobie beze mnie poradzą?

Zawsze pomagasz swym bliskim, a nawet bierzesz za nich odpowiedzialność? Myślisz, że bez ciebie wszystko się zawali? Być może cierpisz na syndrom Atlasa. Lecz takie postępowanie jest szkodliwe dla twojej rodziny i dla ciebie.

Tytan Atlas za karę musiał podtrzymywać sklepienie niebieskie. Kiedy dziś mówimy o jego syndromie, mamy na myśli osobę, która czuje się w obowiązku rozwiązywać cudze kłopoty i wyręczać innych we wszystkim. Niestety, z czasem ten ciężar staje się nie do wytrzymania. A wtedy roztrzaskują się dwa światy: Atlasa i tych, których dźwigał na swoich barkach.

Reklama

Bogna: Wszystko było jak w zegarku

Tego ranka jak zwykle wstałam o świcie. Poszłam do kuchni i nagle poczułam, że ręka odmawia mi posłuszeństwa. Za chwilę miałam już sztywną prawą stronę ciała. Zanim przyjechało pogotowie, paraliż ustąpił. Kiedy badania niczego nie wykryły, lekarz spytał: "Kiedy ostatnio miała pani czas tylko dla siebie?".

Zawsze byłam świetnie zorganizowana. Wszystko w domu chodziło jak w zegarku, chociaż pracowałam zawodowo i nie miałam zbyt wiele wsparcia. Mój mąż Michał jest dobrym człowiekiem, ale gubi się w przyziemnych sprawach. Jeden jedyny raz zostawiłam go z dwójką dzieci i psem na tydzień, bo pojechałam na szkolenie. Chociaż codziennie dzwoniłam z instrukcjami, po powrocie nie wiedziałam, w co ręce włożyć. Nawet remonty i naprawy auta były na mojej głowie, bo gdybym dała mężowi się tym zająć, nie dość, że wszystko zrobione byłoby byle jak, to jeszcze pewnie poszlibyśmy z torbami.

Liczyłam, że gdy dzieci podrosną, zwolnię, ale jakiś czas temu Michał stracił pracę. Mimo że uruchomiłam wszystkie kontakty, nie znalazł nowej. Namówiłam go więc na założenie spółki. Lecz po latach na etacie, ciężko się przestawić. Musiałam znaleźć mu pierwsze zlecenie, żeby interes jakoś ruszył. Właśnie wtedy zaczęły mi drętwieć ręce, ale nie poszłam do lekarza.

Najstarszą córkę zostawił narzeczony i wpadła w depresję. Trzeba było rzucić wszystko, żeby jej pomóc. Panicznie się boję, że paraliż wróci i uziemi mnie na dobre. Obiecałam sobie, że przestanę niańczyć męża i dzieci, ale jak oni sobie beze mnie poradzą?

Maria: Masz takie złote serce

Pochodzę z dużej rodziny. Mam czwórkę rodzeństwa, dochowałam się trzech synów. Może dlatego lubiłam wszystkim matkować. Szczególnie siostrom, których życie nie rozpieszczało. Jedna weszła w toksyczny związek, druga urodziła niepełnosprawne dziecko. Pomagałam im, jak mogłam, choć mąż się wściekał... No może miał trochę racji. Często zabierałam na kilka dni siostrzenicę, żeby Magda odpoczęła, choć dziewczynka była uciążliwa dla domowników. Ale tak strasznie było mi Magdy żal!

Kiedy druga siostra, Gosia, się rozwodziła, zaproponowałam, żeby zamieszkała z nami. Bałam się o nią, bo wiadomo, co temu furiatowi, szwagrowi, strzeli do głowy? Bezrobotnemu bratu po cichu dawałam pieniądze. Z rodziną męża też byłam mocno związana. Zajęłam się teściową, kiedy po śmierci teścia kompletnie się załamała. Chociaż miała inne dzieci, wolała, żebym to ja się nią opiekowała. "Masz takie złote serduszko" - mówiła, głaszcząc mnie po twarzy.

Ostatnio jednak to ja wpadłam w kłopoty. Jestem księgową i jeden z klientów uznał, że naraziłam go na straty. Byłam strzępkiem nerwów, bo groził mi proces. Tylko że moich bliskich... niewiele to obeszło. Od Gosi usłyszałam nawet, że na pewno doskonale poradzę sobie sama.

Dziś najgorsze minęło, lecz ja wciąż nie mogę się pozbierać. Latami żyłam cudzym życiem. Odwoływałam urlopy, biegłam na ratunek o każdej porze dnia i nocy. A kiedy znalazłam się w potrzebie, nikt z rodziny nawet nie poszukał mi prawnika, o którego prosiłam. Być może przyzwyczaiłam ich, że jestem na każde zawołanie, w zamian niczego nie żądając. Ale teraz to musi się zmienić, bo zamierzam wreszcie zaopiekować się sobą. A oni? Na pewno doskonale poradzą sobie sami!

Co robić, by nie brać problemów bliskich na swoje barki?

Zacznij od zmiany nastawienia

Pomaganie jest szlachetne, więc nie widzimy w nim niczego złego. I słusznie! Ale przejmowanie za kogoś odpowiedzialności to niemądre wyręczanie, które z wartościową pomocą nie ma nic wspólnego. W ten sposób raczej szkodzimy drugiej osobie, nie dając jej szansy, by naprawiła pomyłkę, nauczyła się czegoś, wydoroślała. W dodatku odbieramy jej poczucie pewności siebie, które buduje się wówczas, gdy samodzielnie podejmujemy decyzje oraz ponosimy konsekwencje swoich czynów. Taka "pomoc" nie jest powodem do dumy, tylko utrwalaniem złych zachowań i dobrze o jej negatywnych skutkach pamiętać.

Pomyśl, dlaczego to robisz

Czy zastanowiłaś się nad przyczynami własnej nadopiekuńczości? Często nie zdajemy sobie sprawy, że są one inne niż tylko chęć pomocy. Może być to pragnienie bycia kochaną i niezastąpioną. Lub strach przed utratą kontroli czy negatywną reakcją otoczenia. Kiedy będziesz wiedzieć, co tobą powoduje, zrozumiesz, że czasem twoja pomoc wcale nie jest niezbędna. Wyobraź sobie, że całą energię, którą oddajesz bliskim, kierujesz na siebie. Troszczysz się o swój odpoczynek i samopoczucie, jesteś dla siebie wyrozumiała i czuła. Gdy odwrócisz priorytety i postawisz się na pierwszym miejscu, twoja potrzeba poświęcania się znacznie osłabnie.

Ćwicz dystans

Z biegiem lat wyrobiłaś sobie odruch natychmiastowego reagowania, gdy ktoś, na kim ci zależy, zwierza ci się, że wpadł w kłopoty. Spróbuj zmienić ten nawyk. Gdy słyszysz o cudzym problemie, nie szukaj rozwiązań. Uzbrój się w cierpliwość i... słuchaj dalej. Postaraj się nie zabierać głosu, okaż zaangażowanie uwagą i serdecznością. Nie oferuj pomocy nieproszona, a kiedy już do tego dojdzie, spytaj, czego druga osoba konkretnie od ciebie oczekuje, jakie ma pomysły na wyjście z tej sytuacji, co planuje w razie niepowodzenia. Kiedy ktoś poprosi o przysługę, nie zgadzaj się od razu, daj sobie chwilę do namysłu. Dzięki temu nabierzesz dystansu i nie przejmiesz natychmiast całej inicjatywy.

Wiedz, kiedy dajesz za dużo

Czasem możemy czuć się zagubione i nie orientować się, jak powinnyśmy postąpić. Jak odróżnić, czy ktoś rzeczywiście potrzebuje wsparcia, czy usiłuje zrzucić na nas kłopoty? Pamiętaj, że to osoba, której dotyczy problem, ma wykazać się większą aktywnością. Przeanalizuj na chłodno, jaki jest podział "zadań". Niech w głowie zapali ci się sygnał alarmowy, jeżeli dzielicie się nimi po połowie albo bierzesz większość na siebie. Ustaw się raczej w roli wykonawcy, nie lidera, który wymyśla plan działania, a potem go realizuje. Zadawaj często pytania. Na przykład: "Co teraz?", "O której mam przyjść?". Nie szkodzi, że znasz na nie odpowiedź. Chodzi o to, by druga osoba nie poczuła się zwolniona z wysiłku i podejmowania decyzji.

Nie rób tego, z czym się nie zgadzasz 

Ludzie, którzy wykorzystują innych do załatwiania swoich spraw, kierują się nie tylko wygodnictwem, ale również chęcią załatwienia cudzymi rękoma "czarnej roboty" i wywinięcia się od niewdzięcznych zadań. Nie ulegaj nigdy ich prośbom, by postępować w sposób, który uznajesz za niewłaściwy. Nie podejmuj się rzeczy o dużym stopniu trudności i ryzyka. Nie ukrywaj prawdy, nie daj się namówić na naginanie prawa ani na działanie, którego powodów nie rozumiesz. To zawsze doprowadzi cię do frustracji i narazi na nieprzyjemności. Nie obwiniaj się o to, że nie stanęłaś na wysokości zadania. Ktoś, kto prosi o tego typu przysługi, przekracza granice.

Maria Barcz


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje