Kocham cię, ale twojego nazwiska nie chcę

- Przez trzydzieści lat nazywałam się Kowalska. Dlaczego nagle mam nazywać się Nowak? Co mi to da, poza życiem w zgodzie z tradycją? - zastanawia się Ewa, która za trzy miesiące wychodzi za mąż. Narzeczony zgodził się, by po ślubie Ewa pozostała przy swoim nazwisku. Jego rodzina - wręcz przeciwnie. - Nikt nie szanuje takiego faceta, co to żona jego nazwiskiem gardzi - powiedział przyszły teść Ewy.

Większość wychodzących za mąż Polek decyduje się po ślubie na przyjęcie nazwiska męża. To opcja najbardziej tradycyjna, która w czasach naszych babek i prababek była w zasadzie normą. Z roku na rok rośnie jednak liczba kobiet, które po ślubie pozostają przy swoim, panieńskim nazwisku. Bez kresek, nazwisk dwuczłonowych, form pośrednich. Dlaczego?

Reklama

Natalia: zmiana nazwiska? Za dużo zamieszania!

- Dlaczego nie przyjęłam nazwiska męża? Powody były dwa, oba do bólu pragmatyczne - wspomina 36-letnia Natalia. Po pierwsze, moje nazwisko jest ładniejsze, lubię je, nie chciałam go tracić, bo pochodzę z dość znanej rodziny. Miałam całkiem spory dorobek zawodowy, wolałam nie tłumaczyć wszystkim od zera, że ja to ja. Po drugie, było mi szkoda czasu i pieniędzy na wymianę wszystkich dokumentów - tłumaczy. 

Co na to wszystko maż Natalii? Nie było mu miło i długo namawiał narzeczoną na zmianę zdania. W końcu uszanował jej wybór. - Co miał zrobić innego? Znał mnie dobrze, wiedział, że trafił mu się feminizujący typ. Z czasem przestał robić mi wymówki z tego powodu, ale za każdym razem, gdy ktoś w towarzystwie mówi o nas "Państwo Iksińcy", widzę jego radość.

Co z dziećmi? - Mamy dwoje dzieci, noszą nazwisko ojca - mówi Natalia. - Był czas, że mocno dopytywały, dlaczego mama nazywa się inaczej niż reszta rodziny, ale zawsze odpowiadałam to samo: prawo daje kobiecie wybór, może przyjąć nazwisko męża lub zostawić swoje. Ja zostawiłam swoje, ale bardzo kocham was i waszego tatę.

Justyna: nazwisko masz jedno, mężów możesz mieć wielu

- Rozwiodłam się z nim po czterech latach małżeństwa, tuż po tym, gdy okazało się, że ma wyjątkowo dużo czułości dla pewnej koleżanki z pracy - wspomina Justyna swoje małżeństwo. Zostałam z nazwiskiem tego drania i chciałam pozbyć się jak najszybciej. Wcześniej, w chwili ślubu, Justyna przyjęła nazwisko męża. Miała 26 lat, była młoda, zakochana, pełna marzeń o wspólnym życiu ze wspólnym nazwiskiem na drzwiach ich gniazdka. - Poza tym planowaliśmy mieć dzieci. To też miało wpływ na decyzję.

Wściekła i zawiedziona Justyna wróciła do nazwiska panieńskiego, z mocnym postanowieniem, że nigdy więcej nie wyjdzie za mąż. - Wolne związki i owszem, ale żadnego przysięgania, żadnych poważnych i formalnych zmian - wspomina. Po kilku latach mniej lub bardziej udanego singlowania i bywania w wolnych związkach Justyna poznała Jacka. 

- Szybko poczułam, że ta relacja może być albo poważna, albo żadna. Po kilku miesiącach padła propozycja ślubu i kupienia wspólnego mieszkania. Zgodziłam się z wielką radością, ale od początku wiedziałam jedno: żadnego zmieniania nazwisk, żadnych kresek. Zostaję przy swoim - to w zasadzie był mój jedyny warunek. Miałam uraz. Kocham Jacka, ale życie nauczyło mnie już, że nazwisko masz jedno. Mężów możesz mieć wielu.

Justyna nigdy nie żałowała swojej decyzji. Nie uważa też, by małżeństwo mające dwa różne nazwiska wywoływało w otoczeniu, jakieś szczególne kontrowersje. - Kto ma wiedzieć, ten wie, że jesteśmy małżeństwem. Kto nie wie, temu przedstawiam się: Justyna Iks, żona Jacka Igrekowskiego. Nie zauważyłam, żeby powodowało to jakieś realne problemy. To nie nazwisko czyni mnie dobrą żoną - dodaje.

Coraz więcej kobiet myśli tak, jak Justyna: miłość to jedno, nazwisko to zupełnie coś innego. Zmiana nazwiska to dla nich relikt dawnych czasów, w których kobiety wychodziły za mąż raz w życiu, zwykle dość młodo. Kiedy zaczynały pracę zawodową, zazwyczaj nosiły już nazwisko po mężu i pod takim znali je potem wszyscy znajomi, sąsiedzi, współpracownicy. Dziś, gdy za mąż wychodzimy zdecydowanie później, często wielokrotnie, ciągłe zmienianie danych oznacza po prostu robienie zamieszania, konieczność każdorazowej wymiany dokumentów, wprowadzanie znajomych w konfuzję.

Kiedyś moment ślubu oznaczał symboliczne wejście do rodziny męża, zmianę statusu społecznego. W tamtych czasach wspólne nazwisko miało dużo większe znaczenie niż dziś. Szczególnie, że przybywa par żyjących w konkubinacie (i mających różne nazwiska), które przez społeczeństwo traktowane są niemal jak małżeństwa i w codziennym życiu, a także wielu sytuacjach formalnych, mają prawa tożsame z małżeństwami.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje