Reklama

Reklama

Po co bić? Są inne sposoby, by zamienić życie w koszmar

- Kiedy byłam już bardzo wyczerpana, trafiłam na książkę „Moje dwie głowy” Mai Friedrich, w której opisany jest przemocowy związek. Czytałam i myślałam: „Ojej, więc to nie jest tak, że tylko mnie przydarzyło się coś dziwnego. To nie jest normalna relacja, w której ludzie, jeśli się nie kochają, to po prostu mówią sobie: „żegnaj”. To jest coś innego, coś o wiele gorszego”. O tym, jak działa przemoc psychiczna i dlaczego tak trudno się przed nią uchronić, opowiada Renata Kim – dziennikarka, autorka książki „Dlaczego nikt nie widzi, że umieram. Historie ofiar przemocy psychicznej” (wyd. W.A.B.).

Aleksandra Suława: Podczas narodowej kwarantanny dwukrotnie wzrosła liczba przypadków przemocy domowej. To cię dziwi?

Renata Kim:  - W ogóle. Zaraz po wybuchu epidemii szefowa Niebieskiej Linii powiedziała mi, że przemoc, która latami była zamiatana pod dywan, teraz wyjdzie na wierzch. I wyszła, po raz kolejny pokazując to, co teoretycznie wiemy od dawna: że ofiary są bezradne, że narzędzi systemowych brakuje i że miejsc, w których można uzyskać bezwarunkową pomoc jest dramatycznie mało. Kobieta zjawiająca się z walizką pod drzwiami Niebieskiej Linii, to nie taki rzadki widok, nawet w czasach, kiedy z domu wychodzi się tylko po to, by zaspokoić "niezbędne potrzeby życia codziennego".

Reklama

Myślisz, że któraś z tych kobiet była ofiarą przemocy psychicznej?

 - Nie wiem, ale jest to prawdopodobne.

Pytam, bo uważa się, że przemoc psychiczna to taka " agresja w wersji "light". Bicie boli, a przykre słowa można puścić mimo uszu.

 - Ten rodzaj zachowania, który ja na własny użytek nazywam "ukrytą przemocą", w pewnych aspektach jest jeszcze gorszy niż bicie. Choćby dlatego, że trudniej o nim opowiadać. Bo jak wytłumaczyć komuś, że wieloletnie upokarzanie, poniżanie, wykorzystywanie finansowe, kłamstwa i zdrady, są tak samo rujnujące jak uderzenia, które zostawiają siniaki?

Bo jeśli są siniaki, to nie ma wątpliwości. A jeśli on mi mówi, "kretynko", a ja mu odpowiadam "grubasie", to może akurat taki mamy język miłości? Jedni wolą kotki, drudzy wolą obelgi.

 - Między czułym a agresywnym "ty kretynie" jest bardzo wyraźna różnica. Jeśli ja tłumaczę partnerowi: to, co mówisz mnie boli, upokarza, sprawia, że czuję się bardzo źle, to jego obowiązkiem jest uszanować mój komunikat. Wszędzie tam, gdzie ktoś mówi: proszę, nie rób tego, to mnie boli i nie zostaje wysłuchany, mamy do czynienia z przemocą.

 A może on tylko sobie żartuje, a ona nie ma poczucia humoru?

 - Poczucie humoru, luz, dystans, nie mają tu nic do rzeczy. Ja sama jestem ofiarą przemocy psychicznej. Jedną z rzeczy, która bardzo mnie bolała był fakt, że sprawca nieustannie żartował z mojego wieku. Byłam od niego sporo starsza. Najpierw mu o tym mówiłam, potem prosiłam, później płakałam, a on dalej uważał to za bardzo zabawny temat, nadający się do konwersacji ze znajomymi. Było mi źle, on o tym wiedział, a mimo wszystko nie przestawał. To jest czysta przemoc, a nie jakaś różnica zdań odnośnie tego co jest, a co nie jest zabawne.

To wyobraźmy sobie taką sytuację: jesteśmy razem jakiś czas, jest w porządku, a on nagle zaczyna się ze mnie naśmiewać. Ja traktować te słowa? Jako sygnał ostrzegawczy?

 - Warto być czujnym. Psychologowie, z którymi rozmawiałam podczas pracy nad książką, mówili, że sprawca najpierw bada teren, sonduje, jak daleko może się posunąć. Gdy nie widzi wyraźnego protestu, posuwa się dalej, a cierpienie, które zadaje, jest coraz większe. Często cały proces jest tak subtelny, że ofiara nawet nie zauważa, kiedy ten dobry człowiek, czuły partner, staje się kimś, kto nieustannie sprawia przykrość. Oczywiście, miłe momenty wciąż się zdarzają. Takie przeplatanie się dobrych i złych chwil jest bardzo charakterystyczne dla przemocowej relacji. Jednak te dobre okresy są coraz krótsze, aż w końcu stają się krótkimi przerwami w relacji opartej na bólu, płaczu i prośbach "nie rób tego". Tyle, że wtedy ofiara jest już tak uzależniona od huśtawki uczuć, że nie potrafi odejść. Eksperci mówią, że ta metoda: przyciąganie - odpychanie, kij - marchewka to najsilniej uzależniający mechanizm.

Dręczenie psychiczne bywa wstępem do bicia?

 - Czasem tak: jeśli sprawca ma dość determinacji, by krzywdzić emocjonalnie, to może też zacząć bić lub dusić, jeśli akurat taki rodzaj ekspresji negatywnych emocji przyjdzie mu do głowy. Jednak nawet bez tego przemoc psychiczna ma poważne, fizyczne konsekwencje. Mam wrażenie, że wszyscy moi bohaterowie używali słowa "wyczerpanie". "Ta relacja doprowadziła mnie na skraj wyczerpania", mówili. Nie ma w tym przesady: kiedy człowiek odczuwa nieustanne napięcie, a z powodu tego napięcia nie może spać albo kiedy nie może niczego przełknąć, bo gardło ma ściśnięte strachem, musi się to odbijać na jego zdrowiu. Ofiary opowiadały mi, że pod koniec relacji były chude, poszarzałe, że zdaniem przyjaciół wyglądały jak śmierć, a jedyną ulgę przynosiło im picie alkoholu. Ja sama w najgorszym momencie tego przedziwnego związku ważyłam 43 kilo i w ogóle tego nie zauważyłam. Tak bardzo byłam zajęta rozwiązywaniem kolejnych zagadek tej relacji.


Miodowy miesiąc, przyciąganie - odpychanie, a w końcu emocjonalny koszmar. Scenariusz zawsze jest ten sam?

 - Zmieniają się dekoracje: wiek, status społeczny, miejsce zamieszkania, ale historie rzeczywiście są bardzo podobne, bo i sprawcy przemocy są przewidywalni. Wielu moich bohaterów mówiło, że kiedy już zaczęli czytać psychologiczne książki, interesować się zagadnieniami takimi jak narcyzm, psychopatia, socjopatia, to byli w stanie przewidywać kolejne ruchy swojego oprawcy. Bo oni wszyscy postępują według czytelnego schematu.

"Narcyz", "psychopata", "socjopata" to figury retoryczne, czy sprawcom naprawdę można by postawić diagnozę?

 - Paulina Pawlak, psycholożka i ekspertka od psychomanipulacji, powiedziała mi, że sprawcy o których piszę, to osoby całkowicie pozbawione empatii, a taka cecha może wskazywać na pewien rodzaj zaburzenia.

Co jeszcze, oprócz tego, że są pozbawieni empatii, można o nich powiedzieć?

 - Na przykład to, że wobec ludzi, z którymi nie pozostają w bliskiej relacji, są szarmanccy, uprzejmi, postrzega się ich jako dusze towarzystwa. Odnoszą sukcesy w biznesie, nauce, często stoją na czele różnych organizacji. Albo to, że mają o sobie bardzo wysokie mniemanie: myślą, że są najlepsi, najpiękniejsi, najmądrzejsi, że świat powinien leżeć u ich stóp, a każdy, kto się z tym nie zgadza, jest albo głupcem, albo wrogiem. I to, że nigdy nie szukają winy w sobie. Sprawca przemocy emocjonalnej ma wszelkie intelektualne narzędzia, by zorientować się, że zadaje komuś ból. Jednak zamiast do autorefleksji wykorzystuje je do zagłuszania wątpliwości i wyrzutów sumienia. To nie on jest zły: to jego druga połowa histeryzuje albo cierpi na chorobę psychiczną.

A co z płcią? W komentarzach pod tekstami o przemocy domowej, często można znaleźć uwagi w rodzaju: "Mężczyźni może częściej biją, ale to kobiety potrafią zgotować emocjonalne piekło".

 - Nie wydaje mi się, żeby to była prawda. Owszem, skala przemocy dotykającej mężczyzn jest niedoszacowana, choćby dlatego że oni rzadziej przyznają się, do bycia ofiarami. Jeśli jednak założymy, że bycie sprawcą przemocy psychicznej łączy się z narcyzmem , czy psychopatią, to tego rodzaju zaburzenia częściej diagnozuje się u mężczyzn niż u kobiet.

W opowieściach twoich bohaterek i bohaterów sprawcy wydają się być bardzo zdeterminowani: jeśli raz namierzą ofiarę, nie spoczną, póki jej nie zdobędą, a jak już zdobędą, to nie wypuszczą z rąk. Jakby postępowali według dobrze przemyślanego planu. Naprawdę mają jakąś strategię?

 - Bardzo często zadawałam to pytanie mojej terapeutce i ona zawsze odpowiadała: nie powinno cię to obchodzić. Zastanawianie się nad tym, co dzieje się w mózgu człowieka, który koncentruje się wyłącznie na zaspokajaniu własnych potrzeb, jest stratą czasu. Zamiast tracić czas, trzeba po prostu uciekać. A jeśli już koniecznie musimy się nad czymś zastanawiać, to lepiej nad tym, jak to się stało, że wpakowaliśmy się w taką relację i co możemy zrobić, żeby drugi raz nie popełnić takiego błędu.

Ofiary, o których piszesz, to ludzie wykształceni, obyci, często o wysokiej pozycji społecznej, zwykle mający już za sobą kilka związków. Jeśli ktoś taki nie jest odporny na przemoc psychiczną, to kto ma być?

 - Żaden czynników, które wymieniłaś nie czyni odpornym na przemoc.

Co więc uodparnia?

 - Może odwrotnie: najpierw powiem o tym, co sprawia, że jesteśmy na nią podatni. Uważać powinny osoby, które np. pochodzą z dysfunkcyjnych rodzin, mają za sobą nieudany związek czy w przeszłości doznawały przemocy. Mają emocjonalne braki, szukają ich zaspokojenia u kogoś, kto mówi im, czasem po raz pierwszy w życiu, że są piękne, wspaniałe, godne miłości. Sprawca instynktownie wyszukuje kogoś, kto akurat jest w życiowym dołku i łatwo złapie się na złudzenie, że nowy partner przychyli mu nieba.  Na tego rodzaju deklaracje na pewno nie da się jednak nabrać osoba pewna siebie, świadoma swojej wartości i umiejąca stawiać granice. Nie ma takich słów i obietnic, które potrafiłyby przekonać ją do wejścia w niebezpieczny związek, od razu wyczuje zagrożenie.

Zdarza się, że taki związek rujnuje emocjonalnie, ale działa na innej płaszczyźnie?

 - Absolutnie tak i wydaje mi się, że jest to jeden z powodów, dla których tego rodzaju relacje są tak trudne do zakończenia. Bardzo wielu moich bohaterów opowiadało, że np. mieli wspaniały seks, toczyli inspirujące dyskusje albo łączyło ich przedziwne porozumienie: po kilku słowach na Messengerze potrafili odczytać swoje nastroje. Jeszcze raz odniosę się do mojej historii: terapeutka cyklicznie robiła ze mną pewne ćwiczenie. Dawała mi garść zapałek i kazała układać: po jednej stronie plusy, po drugiej minusy. Na początku zapałek po stronie plusów było bardzo dużo: że mnie rozśmiesza, że przy nim zapominam o problemach, że jest wybitnie inteligentny, że spędzamy fajnie czas. Po drugiej stronie zaś tylko kilka patyczków: że płaczę, że jestem zdenerwowana, że jestem zazdrosna. Jednak z czasem, proporcje między kupkami zaczęły się zmieniać. To było przerażające. Widziałam tę kupkę "złych" zapałek, taką dużą, coraz większą i wiedziałam co to znaczy, a jednocześnie nie potrafiłam wyjść z tej relacji. Tak bardzo uzależniłam się od wspomnienia, jak fajnie było na początku, że cały czas łudziłam się, że może ten związek nie jest aż taki zły, jak wynika z tego, co widać gołym okiem.

Jaki wysiłek - emocjonalny, intelektualny - trzeba wykonać, żeby powiedzieć sobie: jestem ofiarą przemocy, mój związek nie działa dobrze, powinnam odejść?

 - Obawiam się, że jak w każdym innym uzależnieniu, potrzebny jest jakiś rodzaj upadku. Impuls, który sprawi, że nie będziemy mogli dłużej udawać, że to są zwykłe nieporozumienia, tylko coś bardzo złego, przed czym uratować nas może tylko ucieczka.

Co może być upadkiem?

 - Jedna z moich bohaterek przywołuje taką scenę: mąż przyciska jej kolanem grdykę i zaczyna dusić. Jej trzyletni syn, słysząc charczenie, wbiega do pokoju i krzyczy: nie zabijaj mojej mamy! To może być upadek. Może też nim być zobaczona na własne oczy zdrada, przyłapanie na kłamstwie albo świadomość, że coś złego może stać się dziecku. Każdego, kto jest w takim momencie namawiam, żeby zaczął czytać książki psychologiczne.

Książki pomagają?

 - Ja, kiedy byłam już bardzo wyczerpana, gdy miałam myśli samobójcze, trafiłam na książkę "Moje dwie głowy" Mai Friedrich, w której opisany jest przemocowy związek. Czytałam i myślałam: "Ojej, więc to nie jest tak, że tylko mnie przydarzyło się coś dziwnego. To nie jest normalna relacja, w której ludzie, jeśli się nie kochają, to po prostu mówią sobie: "żegnaj". To jest coś innego, coś o wiele gorszego". Skontaktowałam się wtedy z autorką tej książki, a ona podsuwała mi różne lektury: o narcyzach, o osobach z rysem psychopatycznym, o kobietach które kochają za bardzo i mężczyznach unikających bliskości. Podsuwała mi je i mówiła: czytaj, bo z wiedzy przychodzi siła, by się uwolnić.

Jak bardzo wychodzenie z przemocowej relacji przypomina wychodzenie z nałogu? Jeśli można użyć takiego porównania.

 - Można, bo to jest uzależnienie. I jak w przypadku każdego uzależnienia, tak i tu odwyk wymaga całkowitej abstynencji: zerwania kontaktu, nieodbierania telefonów, zablokowania na komunikatorach. Są również pokusy, by wrócić do używki. Bohaterowie opowiadali mi, że wielokrotnie podejmowali próby ucieczki, które sprawca udaremniał, bo przecież jemu wypuszczenie ofiary z rąk zupełnie się nie kalkuluje. Kto chciałby stracić istotę, która wpatruje się w niego jak obrazek, spełnia zachcianki i jest na każde zawołanie? Kusi więc: zaczniemy wszystko od nowa, będzie cudownie, ja już wszystko zrozumiałem. Wtedy ofiara zwykle wraca i rzeczywiście wszystko zaczyna się od nowa, tyle że według starego scenariusza. Rzadko kiedy udaje się więc wyrwać za pierwszym razem, ofiary mówią jednak, że warto próbować, bo każde takie doświadczenie czyni silniejszym.

Uzależnionym jest się do końca życia, a ofiarą przemocy?

 - U wszystkich, z którymi rozmawiałam, było podobnie: kiedy tylko zaczynali opowieść natychmiast drżał im głos i trzęsły się ręce. "Nawet, teraz kiedy o tym mówię jest mi słabo, jest mi niedobrze, boli mnie brzuch", powtarzali. Ślad zostaje więc na zawsze.

Smutna perspektywa.

 - Pozytywne jest to, że wiele ofiar mówi, że nie żałuje tej relacji, bo dzięki niej zmusili się do pracy nad sobą. Sprawcy nie zmienimy, możemy za to zmienić siebie. Jeśli przestaniemy skakać w każdy nowy związek jak na główkę do pustego basenu, jeśli nauczymy się nie oddawać od razu wszystkiego, co mamy, jeśli będziemy wiedzieć, jak stawiać granice, to może po latach spotkanie z kimś takim nie będzie już dla nas niebezpieczne, bo agresor nie będzie miał nad nami żadnej władzy. Przestaniemy potrzebować jego "gwiazdki z nieba", będziemy mieć własną.

Którykolwiek z twoich bohaterów otrzymał zadośćuczynienie za to, co go spotkało?

 - Puenta będzie smutna: nie. Żadna z ofiar nie doczekała się i nigdy nie doczeka szczerych przeprosin. Sprawcy przemocy psychicznej, jeśli przepraszają, to tylko po to, by załagodzić sytuację i znów zwabić ofiarę do siebie. To smutne, bo wiele osób mówi, że gdyby usłyszały "przepraszam", łatwiej byłoby im zamknąć ten rozdział, a tymczasem sprawca chodzi z podniesioną głową. Dla świata nadal jest przystojnym, mądrym człowiekiem sukcesu i pewnie nikt nie dowie się, jakie piekło potrafi zgotować. Może poza tymi, którzy również złapią się na jego sztuczki. Bo on będzie polować na kolejne ofiary.

Renata Kim: Dziennikarka, absolwentka orientalistyki na UJ.  Pracowała w RMF FM, Trójce i Sekcji Polskiej BBC. Pisała dla "Dziennika", "Przekroju" i "Wprost". Obecnie jest szefową działu Społeczeństwo w tygodniku "Newsweek". Autorka książek Wyjście z cienia (2010) i Ostatnie słowo (2011).

***

#POMAGAMINTERIA

Zróbmy małym pacjentom prezent na Dzień Dziecka

W Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie, na II piętrze, w budynku najbardziej oddalonym od wejścia, znajduje się mały oddział - Oddział Przeszczepiania Komórek Krwiotwórczych z sześcioma izolatkami. To tutaj trafia część dzieci chorych na nowotwory, żeby skorzystać z - czasami ostatniej - szansy powrotu do zdrowia i życia. Stowarzyszenie Koliber prowadzi zbiórkę, by z okazji Dnia Dziecka podarować małym pacjentom - nie zabawki, bo ich tam nie mogą mieć - ale m.in. nowe materace i pościel.

Sprawdź szczegóły >>>

WESPRZYJ ZBIÓRKĘ >>>


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje