Reklama

Reklama

Raport: Polka na diecie cz.2

Skuteczną dietę chronimy w pamięci jak PIN do bankomatu. Odchudzanie stało się zbiorowym obowiązkiem. Gdzie jest granica, za którą zmienia się w obsesję? Przeczytaj druga część raportu Polka na diecie

Joanna, start: 96 kilogramów

Brawo! - chwali pani. Trzyletnia Asia obiad w przedszkolu zjada pierwsza. Po zajęciach babcia zabiera ją do swojego domu. "Kotlecik i ziemniaczki z masłem?", pół godziny później podsuwa wnuczce ulubiony talerz w zielone listki. W domu z rodzicami obiad numer trzy, pulpety.

- Od dzieciństwa uwielbiam jeść. Jestem hedonistką. Jak nie było nic konkretnego, jadłam mrożone parówki - uśmiecha się 33-letnia dziś Joanna Ćmikiewicz. Jest singielką, kierownikiem promocji w Canal+.

- Rosłam w przekonaniu, że jedzenia marnować nie wolno. W stanie wojennym pomarańczowy "żółty" ser z Holandii był trofeum, szynka - świętem. Jak coś zostało z wysiłkiem upolowane, zostawianie na talerzu oznaczało grzech. Szkoła średnia. Aśka ma już nadwagę, za to kompleksów - wcale.

Reklama

- Dyskoteka? Trzeba się najeść, potem iść tańczyć. Jasne, że czytałam kolorowe pisma, ale nie zazdrościłam dziewczynom z reklam. Myślałam: po co się męczyć? One nawet nie wiedzą, co znaczy dobre jedzenie. Gdy pojawiła się w Polsce Fashion TV, dziwiłam się, że można się ekscytować takimi chudzielcami na wybiegu, wyłączałam modę, wolałam obejrzeć mecz piłki nożnej. Czasem słyszałam za plecami: "Taka ładna, a taka gruba". Myślałam: Nie podobam ci się? Twoja sprawa.

- Aśka wzrusza ramionami. Wolny rynek pokochała za to, że w dobrych sklepach pojawiły się ciuchy w dużych rozmiarach. - Zarabiałam, więc mogłam kupić sobie sweter, fajną koszulę. Co z tego, że większe od tych, które nosiły koleżanki, materiał i metka były takie same. Ile większą? Ty nosisz czterdzieści, tak? No to wyobraź sobie dwa numery więcej - łatwo? To pięć numerów, co widzisz?

Dorzuć jeszcze trzy - trudno wyobrażalne? A jednak. Jako trzydziestolatka ważyłam prawie sto kilogramów i nosiłam rozmiar 56.

Mam lustro, wiem, że w takich ogromnych ciuchach wyglądałam jak bezkształtna góra. Czasem łapałam się na myśli: fajnie byłoby chodzić w spodniach rurkach albo na imprezie pokazać się w bluzce z wielkim dekoltem na plecach, ale na eksperymenty z modą raczej sobie pozwolić nie mogłam.

Chcecie? Macie!

Trzy lata temu. Gabinet podobny do lekarskiego: waga, duża kanapa. Wchodzi dziewczyna, kobieta? W tym stanie trudno określić wiek. Zmęczona wędrówką po schodach, oddycha ciężko. "Z czym pani przychodzi?", pyta dietetyczka. Nie widać? Głupie pytanie.

- Nie byłam zbyt grzeczna, ale nie ja chciałam tej wizyty. Poszłam, żeby mieć święty spokój. Właściwie mogłam tyć dalej - mówi poważnie. - Moje 96 kilo było dla mnie normą. Umiałam cieszyć się życiem, żadnej traumy, po prostu kupowałam większe ubrania. Martwili się inni: rodzice, szczególnie mama. I bliscy znajomi. Mówili żebym "coś ze sobą zrobiła". A jeszcze niedawno ci sami ludzie zachęcali: "zjedz jeszcze pieczeni, jest pyszna". To taka hipokryzja przy stole, ciche przyzwolenie na jedzenie niezdrowe, tuczące. "Częstuj się, chyba nie zrobisz mi przykrości i nie odmówisz kawałka sernika?". Nie zrzucam odpowiedzialności na innych, ale to fakt: wśród ludzi, którzy lubią jeść, trudno sprostać wymogom, żeby być szczupłą i sexy.

Z czym Aśce kojarzy się słowo "dieta"?

- Z jo-jo. Bo to nie tak, że nie odchudzałam się w ogóle. Próbowałam różnych sposobów, docierała do mnie ta prawda: szczuplejsi mają lepiej. Pięknie chudłam, nawet po 10 kilo. Mówiłam sobie: Widzisz? Potrafisz. Po czym równie efektownie tyłam z powrotem - Aśka otwiera paczkę migdałowych płatków, odkręca słoik z miodem. Po łyżce tego i tego trafia do twarożku.

- Nigdy bym się nie spodziewała, że go polubię - kręci głową. - Na widok twarożku dostawałam dreszczy. Ryba, żółty ser? Po co, skoro istnieje mięso? Wiesz, czemu ludzie boją się diet? Bo są przekonani, że to, co odchudza, musi być niesmaczne. Też tak myślałam.

Złoto dla wytrwałych

Rozmowa pierwsza. Magda, dietetyczka, pyta: "Ile i w jakim czasie chce pani schudnąć?". Aśka: "30 kilogramów w rok". - Chyba chciałam zbić ją z tropu pragnieniem niemożliwego. Ona spojrzała na mnie i powiedziała: "Dobrze, bierzemy się do tego". Dodałam: "Nienawidzę wysiłku fizycznego, więc - ostrzegam - żadnych ćwiczeń". Magda: OK. Chyba w tym momencie uznałam ją za stuprocentowo niewiarygodną - śmieje się Joanna. O swoim życiu i jedzeniu opowiada:

- Wszystko rozchwiane. Pracowałam w radiu, dyżury wypadały mi nieregularnie, czasami w nocy. Jadłam w przerwach, raz wielki obiad, raz skromny lancz albo litr kawy i odsmażane ziemniaki przed snem. Nie wierzyłam, że da się to ogarnąć. Po dwóch tygodniach jedzenia według zaleceń dietetyczki chwila prawdy. Aśka wchodzi na wagę: cztery kilo mniej.

- To miał być test. Jeśli waga drgnie, nie zrezygnuję. Słowo się rzekło, postanowiłam wytrwać - wspomina. Stara się podporządkować zasadom.

- Śniadanie o tej samej porze. Jak mam to niby zrobić? Zapominałam o śniadaniach wiele lat temu! I w ogóle pięć posiłków dziennie? Normalny człowiek je ze dwa razy, ale porządnie. Jakaś przegryzka? Głupota. I ciągłe przeliczania kalorii, siedząc z Magdą nad tabelkami, czułam się jak księgowa. Popadłam w niewolę cyferek - wspomina ze śmiechem. W pracy jest obiektem żartów, bo jak na szpilkach czeka na "porę karmienia". Marchewkę i jabłko najpierw wyśmiewa jako "posiłki", potem podchodzi do nich z większym szacunkiem.

Negocjuje z Magdą: "Alkohol ma aż tyle kalorii? No dobra, wolę jeść niż pić. Wykreślaj wino wieczorem, dodaj coś na obiad". Aśka uczy się komponować jedzenie, robi odkrycia.

- Odkrywam, że mój organizm źle radzi sobie z glutenem, który jest w pszenicy, i kazeiną w mleku. Wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, żeby zastanawiać się nad takimi sprawami - opowiada. Sklep. Za zakrętem półki z gazowanymi napojami. Aśka jest uzależniona od coca-coli. Sięgnie po butelkę? Wie, że nie wolno. Sięgnie, jedna nie zaszkodzi. Ile razy to słyszała? Tysiące. Nie sięga. Przechodzi obok półek, jeszcze dwa kroki i zwalczy pokusę. Bingo! Cola przegrała. Odchudzanie składa się z małych zwycięstw.

Cuda się zdarzają

Drogeria. Joanna ogląda kremy pod oczy. Na jeden ma ochotę od dawna. Kupi sobie. Zasłużyła.

- Drobna nagroda po kolejnych straconych kilogramach. Wykonałam przecież dużą pracę. Zaczęłam wierzyć, że może się uda, że zmiany są możliwe. Ale potrzebowałam pomocy. Mama robiła mi sałatki do pracy i gotowała oddzielne obiady. Babcia na Wigilii pierwszy raz nie podtykała klusek. Wszyscy chcieli pomóc, bo widzieli, że sama zaczęłam traktować siebie poważnie. A ja? Różnie.

Wieczór. Aśka po ciężkim dniu, nagrali dziś wielki program, było dużo zamieszania, stres. Taką ma ochotę na placki ziemniaczane. Jak raz zje, dziury w niebie nie będzie. Wie, że powinna walczyć z pokusą, tak, tak, od jutra będzie walczyć. Ale dziś tylko trzy placuszki. Smaży osiem. Zasypia z wyrzutami sumienia.

- Co jakiś czas musiałam szczerze ze sobą pogadać, uświadomić sobie cel. To było tak samo ważne jak przeliczanie kalorii. Tylko część odchudzania odbywa się na talerzu. Najwięcej dzieje się w głowie - opowiada. Rok po rozpoczęciu diety Aśka waży o 30 kilogramów mniej. Wsiada do autobusu. Trzech młodych mężczyzn komentuje coś szeptem, spoglądają na nią ukradkiem.

- Tamtego dnia pierwszy raz w życiu dotarło do mnie, że mogę być atrakcyjna! Dziś, kiedy minęły trzy lata, czuję się fantastycznie w skórze kobiety, którą się stałam. Zaczęłam się malować. Cieszy mnie wizyta u fryzjera i długi spacer z psem, bo już się nie męczę. Wakacji w ulubionej Kuźnicy na Helu nie muszę planować przed sezonem, zanim zjedzie się cała "warszawka", bez bólu pokazuję się w bikini. Noszę dżinsy w rozmiarze 38. To jakbym urodziła się drugi raz.

Katarzyna, start: 80 kilogramów

Kasia dotyka ręką brzucha, bioder, biustu. Rosną. Lustro pokazuje ładną szatynkę we wczesnej ciąży - bluzka odstaje tam, gdzie kiedyś Kasia miała talię. Nie chce ukrywać brzuszka, uwielbia dzieci. Urodziła już dwie córeczki. Sama jest z wielodzietnej rodziny, chciałaby mieć czwórkę. Kątem oka łapie spojrzenie Krzysztofa - mąż patrzy na nią z ciepłym uśmiechem - wie, że go pociąga. Ale czy będzie tak zawsze? Już i tak zmieniła się od czasów narzeczeństwa.

Poznali się na studiach,wzięli ślub. Pierwsze wspólne przedsięwzięcie - odchudzanie.

- Moja mama miała nadwagę, babcia była okrągła, wujek jak góra, tata z brzuchem. Dobra figura była moim największym dziewczyńskim pragnieniem - opowiada Kasia, 35-latka. Po weselu ona i Krzysztof postanawiają być szczupli. Mąż rzuca papierosy, więc musi włożyć w dietę więcej wysiłku, ale i Kasia trzyma poziom: zapisuje się na aerobik, uważa na słodycze. Jeżdżą na rowerach.

- Nauczyliśmy się jeść według diety niełączenia: - jak mięso, to nie ziemniaki, jak makaron, to nie kotlet. Tuż przed zajściem w ciążę wyglądałam naprawdę dobrze. Drugi miesiąc. Kasia dziwi się wskazaniu wagi. W ciąży powinno się tyć, a ona traci kilogramy. Coś jest nie tak? Czuje się dobrze, z dzieckiem wszystko w porządku, może dostała taki prezent od losu? W drugim trymestrze waga odbija, w sumie Kasia tyje 12 książkowych kilogramów. Rodzi się Zosia.

- A ja wpadam w depresję. Jestem w Pruszkowie sama. Krzysztof pracuje, zajmuje się urządzaniem nowego mieszkania, mnie dopada megastres związany z opieką nad córeczką - wspomina. Kuchnia w ich starym mieszkaniu. Mała płacze, Kaśka szuka czekolady. Zawsze zajadała stres czekoladą. Wie, że to szkodzi dziecku karmionemu piersią, ale jest u kresu wytrzymałości. Opamiętuje się. Sok, gdzie jest sok jabłkowy? Wypija go litrami, rezygnując ze słodyczy. W ten sposób waga po ciąży błyskawicznie leci w dół. W drugiej ciąży, niecały rok później, Kasia myśli, że znowu uda się nie przytyć.

Nie patrz, kochany

Za drugim razem Katarzynie przybywa tyle samo: 12 kilogramów, ale po urodzeniu następnej córeczki waga stoi.

- Czułam się jak niedźwiedź - mówi Kasia. Idąc ulicą, nie patrzy na swoje odbicie w wystawach sklepów. Tak chciała mieć dzieci, a teraz zastanawia się, dlaczego to musi tyle kosztować. Była ładna z płaskim brzuchem... Trzecia ciąża - radość z narodzin pierwszego synka i załamanie po kolejnych nadliczbowych kilogramach.

- Moje poczucie bezradności rosło. Już sporo przekroczyłam 70 kilogramów - opowiada. - Przerażała mnie myśl, że dzieci będą się mnie wstydziły. A Krzysztof?

Trzy lata temu. Kasia wieczorem w łazience. Staje bokiem przed lustrem, krytycznie patrzy na skórę brzucha. I piersi. Ciało jest inne, ona jest inna. Otula się szczelnie szlafrokiem. Jutro kupi dłuższą koszulę nocną, z mniejszym dekoltem. Odstawia perfumy, po co jej? Albo nie, psiknie więcej. Sama już nie wie, jak ma się teraz podobać mężowi. Zdesperowana wchodzi do internetu, wystukuje adres portalu dla kobiet, wybiera forum o dietach. Odchyla klosz lampki, żeby światło nie padało na jej palce biegające po klawiaturze - już nie lubi własnych dłoni, a kiedyś miała takie ładne, szczupłe... Jest temat o diecie kopenhaskiej. Może od tego zacznie? Loguje się i szybko przekonuje, że w sieci jest więcej osób takich jak ona, niezadowolonych z siebie, sfrustrowanych. Ale i zdeterminowanych. - Zauważyłam, że te dziewczyny wspierają się, dodają sobie otuchy. Poczułam się raźniej - wspomina Kasia. Zaczyna wierzyć, że może schudnąć. Chce to zrobić dla Krzysztofa.

Nie tylko mój brzuch

Dieta i ćwiczenia - zna tę receptę. Ale ma troje małych dzieci, zastanawia się, jak wykroi godzinę na domowy trening. Brakuje czasu na wyjście do fryzjera, a co dopiero na ćwiczenia. Na razie spróbuje diety.

- Kopenhaska obiecywała zrzucenie kilkunastu kilogramów w dwa tygodnie. Ale zastanawiałam się: czy to jest zdrowe? - wspomina Kasia. Przeczytała o możliwych efektach ubocznych: osłabienie, kłopoty z pamięcią i koncentracją, wypadanie włosów. W diecie zabrania się żucia gumy, nawet jednego cukierka. Czy jest gotowa na takie wyrzeczenia?

- To było trzynaście dni katorgi - wspomina. Ona i Krzysztof lubią piwo. Kaśce wydaje się, że wszędzie w kuchni czuje jego zapach. - Tak kusiło, żeby przed snem wypić szklankę. Ale gdy po dwóch tygodniach weszłam na wagę, zobaczyłam: siedem kilo mniej! Rewelacja. Tyle że dietę można powtórzyć dopiero po dwóch latach. Co teraz?

Któregoś dnia, gdy dziewczynki wychodzą do przedszkola, a synek usypia, Kasia postanawia: zostawię wszystko, włączę kasetę. Przebiera się w dres, zaczyna ćwiczyć z telewizyjną instruktorką. Drugiego dnia ma już mniej wyrzutów, że na chwilę odpuszcza domowe obowiązki, po wysiłku czuje się świetnie. Z czasem trening staje się nawykiem. A waga leci w dół.

- I jak to w życiu, gdy chudnę zauważalnie, okazuje się, że jestem czwarty raz w ciąży! Tak bardzo nie chciałam utyć, tak bardzo - opowiada Kasia. W drugim miesiącu idzie do empiku, kupuje płyty z ćwiczeniami dla kobiet w ciąży.

- To była moja nadzieja i jakaś szansa, że nie przytyję nadmiernie. I nagle w drugim trymestrze słyszę od ginekologa: "Musi się pani oszczędzać, wysiłek fizyczny absolutnie wykluczony, zakazuję". Byłam totalnie przygnębiona.

W tej ciąży Kaśka ciągle wymiotuje. Nie ma jedzenia, po którym nie czułaby mdłości. Oprócz tostów. - Przecież nie mogłam chodzić głodna, odpowiadałam za dziecko. Choć czułam, że tosty mnie rozpychają, najważniejsze było dobro maleństwa - mówi. Przed czwartym porodem przybywa jej 16 kilogramów.

Czasem w górę, czasem w dół

Chrzciny Maćka mają się zbiec z chrzcinami dzieci siostry i bratowej. Kaśka nie może wyglądać gorzej od nich. Chce pokazać, że jest szczęśliwa. Dla rodziny zrezygnowała z pracy zawodowej. Studiowała polonistykę, filozofię przyrody, dyplom zrobiła z pedagogiki specjalnej. Mogła rozwijać się dalej, ale postawiła na dom. Co by powiedziała, gdyby ktoś zadał jej pytanie: Nie żałujesz? Twoje rówieśniczki robią karierę w butach na szpikach, a ty nosisz coraz luźniejsze swetry.

Kaśka nie chce wyglądać na "przejechaną" przez życie. Mimo nowych obowiązków i zmęczenia po ciąży znowu bierze się do ćwiczeń. Na chrzcinach dostrzega w oczach rodziny podziw: nie widać po niej, że ma czwórkę dzieci. To najlepsza motywacja. Postanawia odchudzać się dalej.

- Rok temu: wielki kryzys. Regularnie trenuję w domu, pilnuję, co i ile zjadam, i nagle, z dnia na dzień waga pokazuje trzy kilo więcej! Zwyczajnie się popłakałam - opowiada. W tamtym czasie w piwnicy jej bloku powstaje klub fitness. Kaśka chwyta się myśli: zmobilizuję się, mam blisko. Kupuje nowe koszulki. W siłowni spędza minimum dziewięć godzin w tygodniu, czasami trzy dziennie. Coraz częściej uśmiecha się do swojego odbicia w lustrze. We wzroku Krzysztofa znowu zaczyna widzieć pożądanie.

- Gdy on mnie przytula albo łapie za pupę i mówi: "Jesteś najpiękniejsza!", chce mi się walczyć dalej - mówi z uśmiechem. Jej wynik? Na razie minus 16 kilogramów. Nie czuje, że to sukces. Bo wciąż miewa słabsze miesiące. - Jesienią i zimą nic mi się nie chciało, zwłaszcza ćwiczyć. I choć mało jadłam, tyłam. W dzień przestrzeganie diety szło mi dobrze, wieczorem kapitulowałam. Oszukiwałam się: od jutra zacznę na serio. Miałam kilka zrywów: kilogram w dół... a potem znów w górę. I stało się najgorsze: zgubiłam motywację. Nie mogłam zmusić się do ćwiczeń. Aż w końcu nie dopięłam ulubionej spódnicy! Uczucie absolutnej porażki. A tu nadchodzi wiosna. Nie, nie poddam się, lada dzień po przepisowej przerwie wracam do diety kopenhaskiej.

Boję się tylko, co będzie w Wielkanoc. Kobiety w mojej rodzinie mają zasadę: "kochać znaczy karmić". Ale mam na to sposób: zapraszam gości do siebie. Kiedy się krzątam i biegam z pełnymi naczyniami, nikt nie zauważa, że nie jem.

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje