Reklama

Reklama

Wybaczyłam zdradę. To była dobra decyzja!

​"Zdrada oznacza dla mnie definitywny koniec małżeństwa. Jeśli ktoś kocha, nie łazi na boki" - mawia większość kobiet, szczególnie młodych, wchodzących w związki. Bywa jednak tak, że życie weryfikuje to stanowisko. Zdrada, którą wybaczyły, okazała się nowy początkiem dla obojga, a także wartościową lekcją dla nich samych. Czy rzeczywiście da się uratować taki związek? Jak to zrobić? I przede wszystkim - czy warto?

- Ponieważ to się działo prawie 10 lat temu, mogę o tym mówić na spokojnie i z dystansem - uśmiecha się Dorota, 45-letnia kosmetyczka. - Dziś myślę, że historia naszego małżeństwa jest jednocześnie najbardziej modelową i stereotypową opowieścią o zdradzie, jaką można sobie wyobrazić. Pobraliśmy się, gdy oboje mieliśmy po 27 lat, czyli zdecydowanie za szybko. Wcześniej znaliśmy się dwa lata, było nam dobrze ze sobą i jakoś tak dla wszystkich było oczywiste, że weźmiemy ślub, nasze rodziny po prostu oczekiwały, że to się stanie. 

Reklama

Jak sama przyznaje, Dorota nie miała świadomości, że związek wymaga pracy i wzajemnych starań. Uwierzyła w scenariusz "pobrali się, żyli długi i szczęśliwie", nie brała pod uwagę innego rozwoju wypadków. Czy żałuje ślubu? - Nie, ale bardzo żałuję tego, że wychodząc za mąż byłam taka młoda i taka głupia. Żyłam jak automat: ja zajęłam się dziećmi, bo nasza dwójka szybko pojawiła się na świecie, on pomagał mi w domu, ale przede wszystkim zarabiał, ja przez kilka lat nie pracowałam, więc on pracował za nas dwoje. 

Życie swojej rodziny Dorota podsumowuje słowami: "normalna rodzina z bloku, zwyczajna i nudna". - Uprawialiśmy seks, zazwyczaj w weekend, bo w tygodniu nie zawsze mieliśmy na niego siłę. Jeździliśmy na urlop nad morze, organizowaliśmy wigilię dla całej rodziny, mieliśmy psa i co kilka lat nowszy model samochodu. Czy czułam, że sprawy idą w złym kierunku? Nie, rzadko o tym myślałam. Wydawało mi się, że tak po prostu jest - dzieci, dom, obowiązki. Że życie to wypełnianie zadań - wspomina. 

Wszystko zmieniło się, gdy Dorota zobaczyła swojego męża w galerii handlowej. Był z inną kobietą, zajęty nie zauważył żony. - Oglądali lodówkę, śmiali się i widać było, że dobrze się bawią. Przyciśnięty przyznał się do romansu, więc wyrzuciłam go z domu. Ale wiadomo, mieliśmy wspólne dzieci, do których przychodził, więc nie straciliśmy kontaktu. Po pół roku powiedział, że chciałby do nas wrócić. Widziałam, że się stara, jeśli zauważał, że cokolwiek w domu jest zepsute, zaraz brał się za naprawianie, jeśli potrzebowałam jego pomocy, był do dyspozycji, zajmował się dziećmi bardziej niż w czasach, gdy z nimi mieszkał. Dorota widziała starania męża, ale nie umiała mu wybaczyć. Mijały miesiące, a ona nadal była wściekła na kochankę męża, zawiedziona, pełna agresji. 

Jak sama przyznaje, otrzeźwieniem było zdanie, które wypowiedziała kiedyś jej przyjaciółka: "on nie będzie cię przepraszał w nieskończoność". - Zdałam sobie sprawę, że mężowi zależy na mnie i domu, ale jeśli nie zacznę rozmawiać z nim jak dorosła osoba, nasza rodzina rozpadnie się na dobre. Poszłam do psychologa, bo nie umiałam poradzić sobie z własną wściekłością. Te spotkania bardzo mi pomogły. 

Dorota zrozumiała, że ich związek psuł się latami, że nowa kobieta nie pojawiła się znienacka. - Od dawna się zaniedbywaliśmy, oddalaliśmy od siebie, a jego romans był tylko konsekwencją tego wszystkiego, po wielu latach. Któregoś dnia powiedziałam mu: próbuj dalej, postaram się też zaangażować, ale niczego ci nie obiecuję. Zaczęliśmy więcej rozmawiać i spędzać razem czas. Któregoś dnia zdałam sobie sprawę, że lubię z nim być, śmiać się, żartować, nie robić nic konkretnego. Dotarło do mnie, że mój mąż jest fajnym facetem. Chciałam z nim być. Nie dla dzieci, nie z rozsądku, po prostu zakochałam się w nim na nowo. Mniej więcej po roku wszystko wróciło do normy. Nasze małżeństwo jest o niebo lepsze, jest związkiem, prawdziwym i bliskim, a nie tylko przedsiębiorstwem do robienia zakupów i odwożenia dzieci do szkoły. Najgorszemu wrogowi nie życzę tego, co czułam, ale jedno jest pewne: tamten kryzys postawił nas na nogi.

Zdaniem psychologów, w wielu związkach zdrada jest punktem kulminacyjnym toczącego się od dawna kryzysu, ale wcale nie musi oznaczać rozstania i rozwodu. Możliwe scenariusze są dwa. W pierwszym, związek przechodzi do historii i para żegna się w gniewie. W drugim, zdrada obnaża kryzys, ale jest też początkiem zmian, rozmów, ustalania nowych zasad i wychodzenia na prostą.

"Znam wiele przypadków, w których romans okazał się rozwiązaniem patowej sytuacji, bo między partnerami od dłuższego czasu było fatalnie, tylko on nie umiał o tym powiedzieć, a ona udawała sama przed sobą, że nic się nie dzieje" - pisze Katarzyna Miller na łamach książki "Kup kochance męża kwiaty". "I kiedy jakaś kobieta rzuciła mu się w ramiona, to żona nagle przetarła oczy, bo się okazało, że on jednak dla niej jest wartościowy, że chce o niego walczyć. Wiele małżeństw po zdradach pozbierało się do kupy i zaczęło o wiele lepiej ze sobą żyć. Piszą mejle albo przychodzą do mnie na spotkania autorskie i mówią, że dostała kochanka te kwiaty, dostała. Serio!" - dodaje terapeutka.

Choć tytuł książki Katarzyny Miller budzi wiele kontrowersji, pokazuje też drugą stronę medalu. Na zdradę można bowiem patrzeć, jak na zło wyrządzone osobie, z którą jest się w związku, zniszczenie zaufania, dramat. Ale można też przeczytać w niej komunikat: w naszej relacji nie jest dobrze. Trwanie w takim status quo nie ma sensu: albo się rozstaniemy, albo zaczniemy żyć na zupełnie innych zasadach.

"On nie robi tego tobie, on to robi dla siebie" - tak brzmi motto wspomnianej książki Katarzyny Miller. Jednak wiele zdradzonych kobiet przyznaje, że poradzenie sobie z własnymi emocjami po zdradzie było dla nich największym problemem. Scenariusz, w  którym mężczyzna zdradza, potem tej zdrady żałuje, próbuje naprawić relację, ale przez długi czas odbija się od wściekłej i agresywnej żony nie należy do rzadkości.

Podobne doświadczenia ma 40-letnia Joanna, pracująca w dużej korporacji. Jej mąż wrócił pewnego dnia z delegacji, usiadł naprzeciw żony, wziął głęboki wdech i wyrzucił z siebie: "od 6 miesięcy mam kochankę. To ekscytujące, ale nie kocham jej. Nie chcę cię stracić, ale nie podoba mi się nasze życie. Czuję się zaniedbany, znudzony, czuję, że zawodzę pod każdym względem. Albo zaczniemy walczyć o nasze małżeństwo, albo się rozstańmy". 

Joanna zamarła. Zalała ją fala wściekłości, rozżalenia, ale przede wszystkim - zazdrości. - Kazałam mu się wynosić, ale tego nie zrobił. Nie odzywałam się do niego przez miesiąc. Powiedział, że skończył tamten związek i jest gotowy wszystko naprawiać. Przez kilka dobrych miesięcy żyliśmy obok siebie, ponieważ ja nie byłam w stanie zdobyć się na żadną życzliwość pod jego adresem. W głębi serca, nie chciałam go stracić, jakkolwiek to brzmi, czułam, że należy do mnie. Ale nie umiałam też wybaczyć. Widziałam, że on chce. Wracał do domu po pracy, zajmował się dziećmi, pomagał mi. Ale na tamtym etapie ja nie byłam w stanie dać mu więcej - wspomina.

Jak przyznaje Joanna, włożyła masę energii w przepracowanie swojego żalu. - Skorzystałam z pomocy psychologa, który pomógł mi uporządkować myśli: czego chcę, jakie rzeczy w naszym związku akceptuję, czego nie chcę, jakie zarzuty mam do niego, jakie do siebie - mówi. - W końcu zaczęliśmy o tym rozmawiać i powoli, powoli wyszliśmy na prostą. Dziś jest bardzo dobrze, jesteśmy dużo bliżej niż wcześniej. Jak to możliwe? Nie doszlibyśmy do równowagi, gdyby on nie dał mi czasu na to, żeby uporać się z własnymi emocjami, to było kluczowe. Pamiętam, jak podczas którejś sesji terapeuta zapytał mnie, czy mam coś do zarzucenia samej sobie, jeśli chodzi o nasze małżeństwo. Nie chodziło o to, żeby rozgrzeszać czy usprawiedliwiać mojego męża, ale wtedy zaczęłam rozumieć, że na jego romans pracowaliśmy oboje od dawna.

Jak pisze Katarzyna Miller w książce "Kup kochance męża kwiaty", zdradzone kobiety zwykle skupiają się w swojej wściekłości na rywalce i agresji do niej. Krzyczą "ona mi go zabiera!" tak, jakby jego udział  w tym wszystkim był nieistotny, jakby był pudełkiem ciastek, które można tak po prostu zabrać. Trudno zrozumieć i przyjąć, że kobieta, którą najchętniej byśmy zamordowały, daje naszemu mężowi coś, czego my nie potrafimy (albo nie wiemy, że potrafimy). 

"Ona patrzyła na mnie takim zachwyconym wzrokiem, jakiego nigdy nie widziałem u ciebie. Zawsze chciałaś więcej, lepiej, zawsze czułem, że trochę cię zawodzę. Ona była bezradna życiowo i zapatrzona we mnie. Poczułem się super męski" - powiedział chłopak do 33-letniej dziś Izy, gdy odkryła, że kumpel, u którego został na noc to w rzeczywistości młoda kobieta, pulchna i z dużym biustem. 

- Oszczędzę wam szczegółów, ale po trzech miesiącach od tej rozmowy znów razem zamieszkaliśmy - mówi Iza. - I jest dobrze, mamy pięcioletnie dziecko, kochamy się. Co się zmieniło? Zrozumiałam, że związek to nie tylko wymagania i podnoszenie poprzeczki. Że mężczyzna nie jest tresowanym psem, który ma spełniać moje marzenia. Banalne, ale prawdziwe - zobaczyłam, że on też potrzebuje mojego zachwytu, czasem nawet bezradności.

Kiedy więc warto wybaczyć zdradę? - Przede wszystkim, popatrz uważnie na zachowanie twojego faceta - mówi Dorota. - Jeśli jego żal jest pozorny, a ryzyko następnej zdrady wysokie, lepiej daj sobie spokój. Druga sprawa - szczerze odpowiedz sobie na pytanie, czy chcesz walczyć o was. Wiatr łamie słabe drzewa, zdrada nie bierze się z powietrza, a niektórych różnic po prostu nie da się nie dostrzegać.

Kolejny warunek to przeżycie zdrady, dopuszczenie do głosu wszystkich emocji, które towarzyszą oszukanej osobie. - Nie zamiataj zdrady pod dywan, nie myśl o tym, że się wstydzisz. Nie zachęcam, żeby chwalić się tym na prawo i lewo, ale warto dać głos swoim emocjom - mówi Iza.  Jesteś wściekła, masz ochotę wrzeszczeć - rób to. Nie uciekaj od emocji, nie myśl, że awanturami pogarszasz sprawę. A kiedy poczujesz, że masz ochotę znów być dla niego miła, nie wmawiaj sobie: nigdy nie będę miła dla tego drania, który tak mnie skrzywdził. Rób, co ci serce podpowiada.

­- Gdzieś kiedyś przeczytałam, że o sile związku wiele mówi to, jak radzi sobie z kryzysami - dodaje Joanna. - Jeśli więc po takim trzęsieniu ziemi wyjdziecie na prostą, będziecie blisko, nauczycie się ze sobą szczerze rozmawiać, jest szansa, że dociągniecie razem do starości. A przynajmniej mam taką nadzieję!

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje