Reklama

Reklama

Wziąć cudze dzieci na wakacje?

​Zastanawiałam się nad listą spraw, które powinnam załatwić jeszcze przed wyjazdem.

Czasu zostało niewiele, a jeszcze przed mną były zakupy jedzenia, nowe tenisówki dla dziewczynek, bo stare zrobiły się za małe, jakieś szorty, czapeczki. No i naturalnie zakupy żywnościowe, bo jechaliśmy pod namiot. Jedne artykuły skreślałam, inne dopisywałam, kiedy usłyszałam dzwonek.

Reklama

- Nagle dowiedziałam się, że jednak nie dostanę urlopu. Zabierz mojego syna na wyjazd z wami - wykrzyknęła już w drzwiach moja zaprzyjaźniona sąsiadka.

- No, nie wiem... - wyjąkałam zaskoczona.

Bo prośba wcale nie była łatwa do spełnienia.  Prawdą jest, że znałyśmy się od dawna, bo mieszkałyśmy w sąsiednich klatkach schodowych. Dzieci nieraz bawiły się razem na podwórku, albo w jednym lub drugim mieszkaniu, kiedy my spokojnie piłyśmy kawę i rozmawiałyśmy. Może między dzieciakami nie było zbyt dużej zażyłości, bo istniała różnica płci, a więc i zainteresowań, ale bawiły się nie najgorzej. Nam, matkom dawało to chwilę wytchnienia.

Ale tak naprawdę bałam się odpowiedzialności za cudze dziecko. Paweł, syn sąsiadki należał do dzieciaków żywych, nieustannie się przemieszczał i wymagał stałego baczenia. Na leżącym nad wodą polu namiotowym możliwości, gdzie mógłby się zgubić było naprawdę wiele. Ponadto Paweł stale miał jakieś wypadki: a to upadł nieszczęśliwie i zwichnął nadgarstek, a to skaleczył się w nogę podczas gry w piłkę. Ściągał na siebie większe lub mniejsze kontuzje. A gdyby coś naprawdę się złego stało? Licho nie śpi. Nigdy bym sobie tego nie darowała.

W pamięci miałam też incydent, który dotyczył Pawła bawiącego się z dziećmi na podwórku. Któryś z chłopców popchnął go tak mocno, że Paweł upadł i uderzył się w głowę. Przez kilka dni nosił nawet bandaż. Awantura, jaką potem zrobiła moja sąsiadka rodzicom winowajcy na długo zapadła mi w pamięć, zwłaszcza że sąsiadka  często do niej wracała w rozmowach.

Z drugiej strony żal było mi chłopca, który miał już zaplanowany wyjazd, pochwalił się kolegom na podwórku, a tu nagle nici z wyjazdu. Nie miał nawet pewności, że pojedzie później. Ojciec pracował w budownictwie, o urlopie nie miał co marzyć.

Powiedziałam sąsiadce, że muszę przemyśleć całą sprawę. Opieka na cudzym dzieckiem niesie o wiele większą odpowiedzialność niż nad swoim. Po prostu się boję brać ze sobą Pawła, choć zdaję sobie sprawę, że nasza znajomość, nieraz tak bardzo wzajemnie pomocna, może się zachwiać. Nie wiem, co mam zrobić?

Marta

Dowiedz się więcej na temat: kobieta | dzieci | wakacje | sąsiadka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje