Reklama

Reklama

​Bonjour, madame!

Co to znaczy być kobietą czterdziestoletnią? Co tracimy, a co zyskujemy? Czy winną kryzysu wieku średniego jest biologia czy kultura? Jak go pokonać i zaakceptować nową siebie? I co potem? Poniższy fragment pochodzi z książki "Piękna czterdziestoletnia. Opowieść o dojrzewaniu do dorosłości", autorstwa Pameli Druckerman, która z dystansem i zaraźliwym humorem dzieli się radami, jak przetrwać twarde lądowanie w kolejną dekadę w życiu.

Jeśli chcesz wiedzieć, na ile lat wyglądasz, wejdź do francuskiej kawiarni. Będzie to niczym publiczne referendum na temat twojej twarzy.

Reklama

Kiedy tuż po przekroczeniu trzydziestki przeprowadziłam się do Paryża, kelnerzy zwracali się do mnie per mademoiselle.

Słyszałam: Bonjour, mademoiselle, kiedy wchodziłam do kawiarni, i: Voilà, mademoiselle, gdy stawiali przede mną kawę. Spędzałam wtedy mnóstwo czasu w różnych kafejkach - nie miałam biura, więc przesiadywałam tam dzień w dzień, pisząc - i wszędzie byłam mademoiselle. (Słowo to oznacza pannę, ale dziś określa się tak również młodą kobietę). Około moich czterdziestych urodzin nastąpiła gremialna zmiana kodu. Kelnerzy zaczęli nazywać mnie madame, choć z przesadną grzecznością albo z łobuzerskim porozumiewawczym mrugnięciem. Jakbyśmy grali w grę pod tytułem Madame. Nadal jednak zdarzało im się rzucić w moim kierunku: mademoiselle.

Niebawem ustały nawet te żartobliwe mademoiselle, a adresowane do mnie madame przestały być nieśmiałe czy ironiczne. Jak gdyby paryscy kelnerzy (bo są to przeważnie mężczyźni) gremialnie zadecydowali, że opuściłam strefę rozciągającą się między młodością a wiekiem średnim.

Z jednej strony intryguje mnie ta przemiana. Czy kelnerzy spotykają się po godzinach przy sancerre, przeglądają slajdy i ustalają, które klientki należy zdegradować? (Ciekawe, że mężczyzna pozostaje monsieur na wieki wieków).

Jestem, rzecz jasna, świadoma typowych oznak starzenia się. Zauważam drobne zmarszczki i fałdki pojawiające się na twarzach rówieśników. Nawet jako czterdziestoparolatka dostrzegam zarysy tego, jak niektórzy moi znajomi będą wyglądać z siedemdziesiątką na karku.

Po prostu nie spodziewałam się, że też zostanę madame, przynajmniej nie bez mojej zgody. Nigdy nie byłam pięknością, ale po dwudziestce odkryłam swoją supermoc: wyglądałam młodo. Nadal miałam skórę nastolatki. Ludzie zastanawiali się, czy mam szesnaście, czy dwadzieścia sześć lat. Pewnego razu na peronie stacji metra, stanął przy mnie starszy pan i powiedział z sympatią: "Ma pani buzię jak u niemowlęcia".

Wiedziałam, o co mu chodzi, i poprzysięgłam sobie, że nie stracę tej małej przewagi. Na długo przed tym, jak moje koleżanki zaczęły martwić się zmarszczkami, każdego ranka stosowałam filtr przeciwsłoneczny i wklepywałam krem pod oczy, a przed snem wcierałam dodatkowo rozmaite mikstury. Nie marnowałam uśmiechu na coś, co nie było naprawdę śmieszne.

Moje wysiłki się opłaciły. Gdy byłam już po trzydziestce, nieznajomi nadal przypuszczali, że jestem studentką, a barmani prosili mnie o dowód. Mój wiek "komplementowy" - czyli taki, na jaki według innych wyglądasz, ale do jakiego musisz dodać sześć-siedem lat - oscylował wokół dwudziestu sześciu. Po czterdziestce, jako ktoś, kto w młodości wyglądał przeciętnie, zamierzałam wreszcie wziąć odwet. Osiągnęłam etap życia, w którym nie trzeba być piękną; dobrze zakonserwowana i nieotyła mogę teraz uchodzić za ładną.

Z początku moja strategia działała. Siateczki mikrozmarszczek pojawiają się na twarzach kobiet zawsze stokroć ładniejszych ode mnie. Jeśli nie widziałam kogoś od kilku lat, przed spotkaniem upominałam siebie, żeby przypadkiem nie westchnąć, jak bardzo znajoma się zmieniła. (Zjawisko, kiedy ktoś przez długi czas w ogóle się nie zmienia, po czym nagle wydaje się dużo starszy, Francuzi nazywają coup de vieux, ciosem zadanym przez wiek).

Siwe odrosty i pomarszczone czoła wielu moich rówieśników oglądałam ze smutnym dystansem. Dowodzę prawdziwości porzekadła, że każda z nas koniec końców dostaje twarz, na jaką zasługuje. A ja zasługuję oczywiście na permanentnie młodzieńczy blask. Jednak w ciągu kilku miesięcy coś zmieniło się także we mnie.

Nieznajomi nie zachwycają się już tym, jak młodo wyglądam, ani nie wydają się zaszokowani, kiedy zdradzam, że mam troje dzieci. Osoby, z którymi długo się nie widziałam, na kilka sekund zawieszają wzrok na mojej twarzy. Kiedy wpadam na spotkanie do kawiarni, młodszy kolega początkowo patrzy na mnie niewidzącym wzrokiem; nie zdaje sobie sprawy, że stojąca przed nim pani w średnim wieku to ja.

Nie wszyscy moi rówieśnicy są podenerwowani tymi zmianami, ale wiele osób wydaje się przeżywać coś w rodzaju wstrząsu wieku średniego. Jedna znajoma zwierzyła mi się, że gdy przychodzi na imprezę, już nie przyciąga wszystkich spojrzeń, jak w baśni o Kopciuszku. Zauważyłam, że na ulicach Paryża mężczyźni doceniają moją urodę wyłącznie wtedy, kiedy mam wystrzałową fryzurę i makijaż. A i tak wyczuwam w ich spojrzeniach nowy, niepokojący komunikat: przespałbym się z nią, ale pod warunkiem że nie będzie to wymagało żadnego wysiłku z mojej strony. 

Niebawem "madame" zaczynają padać z każdej strony. Bonjour, madame, kiedy wchodzę do kawiarni. Merci, madame, kiedy płacę rachunek, i Au revoir, madame przy wyjściu. Czasem kilku kelnerów wykrzykuje to chórem.

Najgorsze, że wcale nie próbują mnie obrazić. Tu, we Francji, dokąd przed kilkunastu laty wyemigrowałam, madame to zwyczajny zwrot grzecznościowy. Nazywam inne kobiety madame cały czas i uczę swoje dzieci zwracać się w ten sposób do starszej Portugalki, która opiekuje się naszym budynkiem.

Innymi słowy, pewnie jestem już tak osadzona w strefie "madame", że zdaniem tych, którzy mówią do mnie w ten sposób, ów zwrot nie może mnie zranić. Uświadamiam sobie, że coś się nieodwracalnie zmieniło, kiedy mijam żebraczkę na chodniku koło mojego domu.

- Bonjour, mademoiselle - woła do młodej kobiety w mini kilka kroków przede mną.

- Bonjour, madame - mówi, gdy przechodzę obok sekundę później.

Wszystko dzieje się tak szybko, że nie mogę się z tym oswoić. Ciągle mam większość ciuchów, które nosiłam jako mademoiselle. W mojej spiżarce są puszki z jedzeniem z epoki mademoiselle. Wydaje się to nielogiczne nawet z matematycznego punktu widzenia: jak to możliwe, że w ciągu kilku lat wszyscy stali się o dekadę młodsi ode mnie?

Powyższy fragment pochodzi z książki "Piękna czterdziestoletnia. Opowieść o dojrzewaniu do dorosłości", autorstwa Pameli Druckerman. Więcej o książce przeczytasz TUTAJ

Przekaż 1% na pomoc dzieciom - darmowy programTUTAJ>>>

Fragment książki

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Piękno

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje