Poznaj historię dawnych wychodków

​W XIX wieku w miastach załatwianiu fizjologicznych potrzeb służyły drewniane wychodki, które jeszcze dziś gdzieniegdzie spotkać można na wsiach.

W kamienicach instalowano je na dziedzińcu. Dzisiaj tego typu wygódki noszą nazwę sławojek od imienia premiera doby międzywojennej Felicjana Sławoja Składkowskiego. Wbrew panującemu przekonaniu, nie był on ich wynalazcą, ale jedynie propagatorem, celem poprawy zdrowotności i świadomości higienicznej polskiego chłopstwa. Jak podają niektórzy, do zrodzenia się tej nazwy przyczyniły się kontrole sanitarne, dokonywane podczas podróży F. Składkowskiego po kraju, co stało się powodem licznych złośliwych żartów i anegdot. Czasami przybytki codziennej potrzeby instalowano na pierwszym piętrze czy też półpiętrze budynku, dzięki czemu nieczystości można było gromadzić w znajdujących się pod spodem drewnianych beczkach. Beczki te co jakiś czas wywożono na wozie ciągniętym przez konie. W jednej z gazet z 1870 roku ogłaszał się przedsiębiorca, który otrzymał zezwolenie na "wywózkę kloaczną" za pomocą aparatu Lesanga, co miało odbywać się "bez żadnych wyziewów". Natomiast Stanisław Broniewski wspomina o wizytach na dziedzińcu kamienicy pracowników Zakładu Czyszczenia Dołów Kloacznych. Było to dość śmierdzące wydarzenie, nie zmienia to postaci rzeczy, że dzieciaki i tak zbiegały się na podwórze, by oglądać niesamowity beczkowóz z zestawem rur oraz wspaniale sapiącą i fukającą maszynę parową.

Reklama

Korzystanie z wywożonych co jakiś czas beczek było rozwiązaniem zdecydowanie bardziej praktycznym, dzięki niemu nie dochodziło do wsiąkania nieczystości w grunt i zanieczyszczania wody, znajdującej się w studni na dziedzińcu. Jedna z pamiętnikarek donosiła o właśnie takim wychodku na ganku dziedzińca, do którego wchodziło się z korytarza na pierwszym piętrze kamienicy. Podobne Stanisław Broniewski pisał o nim między wierszami w kontekście swoich rozważań natury filozoficznej - "jakże zdobyć się na radość życia w kamienicy czynszowej, w której wygódka znajduje się na półpiętrze lub na końcu ganku, okalającego podwórze..."

Maria Kietlińska opisuje synów profesora Stanisława Tarnowskiego, którzy gustowali w niewybrednych żartach, uprzykrzając życie lokatorom kamienicy. Zabawiali się wrzucaniem przez otwarte okna pestek, ciastek, zakładaniem druta w drzwiach od pokoju służby, która spiesząc na odgłos dzwonka, wywracała się w progu... Kiedyś młodzieńcom przyszedł do głowy pomysł, by znajdujący się na ganku pierwszego piętra wychodek zapełnić gazetami i podpalić. Ofiarą żartu była pani Bogdańska, która w asyście pokojowej właśnie przyszła do "sanktuarium" za potrzebą. - Nagle ciszę przerwał krzyk ogromny i staruszka wypadła jak z procy na ganek, cała w kłębach gęstego dymu. Zbiegła się służba domowa na ratunek wystraszonej pani. "Śledztwo wykazało, że chłopcy napakowali do otworu aż po I piętro moc gazet i w danej chwili zapalili, podkurzając wystraszoną starowinę."

Skoro już jesteśmy przy anegdotach z wychodkiem w tle, to warto przytoczyć jeszcze jedną. Ferdynand Hoesik wspomina, jak to jego ojciec wynajął w Krynicy pokój na pierwszym piętrze, do którego wchodziło się wprost z balkonu od podwórza. Niestety w nocy nie dało się zasnąć, bo oto wciąż ktoś chodził po balkonie i trzaskał drzwiami. Gdy ruch się uspokoił, po pokoju zaczął roznosić się fetor ekstrementów. Ojciec nie mogąc spać, zapalił świecę, by wytropić przyczynę smrodu, niestety bezskutecznie. Sprawa wyjaśniła się nad ranem, gdy oto znów na balkonie zaczął się ruch i trzaskanie drzwiami. - Wynajęty pokój sąsiadował przez ścianę z wychodkiem.

"Regulamin utrzymania czystości i porządku dla stoł. król. miasta Krakowa", stwierdzał, że "wychodki po domach mają być w należytym porządku utrzymane i zamkiem zaopatrzone. Otwory sedesowe należy szczelnie nakrywać. Tak wychodki jak i pisoary winny być od czasu do czasu a szczególnie w czasie epidemii codziennie rozczynem koperwasu" polewane. W dodatku  "zabrania się wlewania do dołów kloacznych zlewów kuchennych i wody z gospodarstwa domowego pochodzącej, jak również wrzucania do nich jakichkolwiek stałych przedmiotów"

F. Hoesick opisuje, jak to ojciec jego po śniadaniu wychodził na koniec podwórza kamienicy, gdzie hołdował włoskiej zasadzie "cacare e una delizia" czyli wypróżnienie się jest przyjemnością. Dobrze urodzone kobiety nie do końca podzielały to zdanie w odniesieniu do publicznych wychodków. Wiele z nich wolała załatwiać swoje wstydliwe potrzeby w bardziej dyskretnych warunkach, to jest korzystając z nocników. Zresztą długie rozłożyste suknie nie za bardzo nadawały się do odwiedzania brudnych, drewnianych toalet dla wszystkich. Szczególnie uciążliwe korzystanie z wychodków stawało się zimą, a i noc przy braku elektryczności była sporą przeszkodą.

Karolina Nakwaska w swoim poradniku z 1843 roku pod tytułem "Dwór wiejski..." zalecała, by nocniki, stojące w domu, zamykać w nocnych szafkach, zamiast chować je pod łóżkiem albo co gorsza wystawiać na widok w przedpokoju. - "Upraszam cię (...) nie czyń tak, jak u nas w niektórych domach, gdzie albo w przchodnim korytarzu wbrew przystojności i skromności stawiają naczynia do pierwszego użytku...". Ambroży Grabowski opisuje, że kiedyś przychodząc z wizytą do mieszkania pani Oborskiej wielkiej piękności i elegantki, pierwszą rzeczą, jaką ujrzał w jej przedpokoju, był srebrny nocnik.

Jeszcze lepszym rozwiązaniem - zdaniem K. Nakwaskiej - było przeznaczanie na ten cel osobnego pomieszczenia na przykład komórki, do której wstawiano zabudowane krzesło lub skrzynię, z otworem na siedzisku i miejscem na dole na nocne naczynie, "gdziebyś i rozwolnienia się nie lękała". Należało jednak uważać na przeciągi, aby wiatry "nie wypędzały smrodów do domu". W komórce dobrze było ustawić także pozostałe sprzęty służące czystości, to jest miednicę z wodą, stołek, ściereczkę, worek z papierami. Należało pamiętać o tym, by do worka nie wkładać z rozpędu listów od przyjaciół i innych podobnych. "Jest to nietylko niebezpieczna niedorzeczność, ale nawet i pewne uchybienie piszącym do ciebie. Smutno mi jest, iż ci takie przestrogi dawać muszę! i opisy najprostszych i najbrudniejszych rzeczy." Kwitowała. W innych domach i dworach zdarzało się, że domownicy chodzili za potrzebą do ogrodu, co jednak - jak zauważała K. Nakwaska - tylko "roznosiło smrody" po całym podwórzu. Załatwianie fizjologicznych potrzeb wprost przed domem było na porządku dziennym na wsiach. Tu nikogo nie dziwił widok kupy nawozu, wygrzewającej się w słońcu wprost przed chałupą. Pożytek z tego był taki, że i samemu nie trzeba było biegać daleko za potrzebą.

Korzystanie z nocników wymagało pomocy służących, odpowiedzialnych za ich opróżnianie i czyszczenie. "Regulamin względem czyszczenia ulic dla miasta stołecznego prowincyi Poznania" z 1837 (FBC Poznań) udzielał szczegółowych wskazówek w tym zakresie. Naczyń nocnych nie wolno było wylewać na ulicę, ani czyścić przy studni. Zawartość ich należało wylewać do wychodka, a kto nie miał takiej możliwości, musiał iść z nimi aż do mostu chwaliszewskiego i tam wyrzucać zawartość do Warty. Lewa strona mostu została przeznaczona na opróżnianie nocników. By zaoszczędzić przechodniom krępującego widoku, należało to czynić jedynie w porze nocnej, to jest zimą po 22-giej, natomiast latem po 23-ciej.

Specjalista od spraw wstydliwych J. Kitowicz, podaje, że w pokojach gościnnych nie było zwyczaju stawiania przy łóżku nocników. Kto był porządny, wychodził za potrzebą na dwór, choćby w trzaskający mróz. "Kto zaś nie chciał zadawać sobie tej przykrości, zalewał w kominie ogień...", co dotyczyło oczywiście panów. Może i w pokojach gościnnych nie było nocników, jak chce tego J. Kitowicz (w co wątpię), nie zmienia to postaci rzeczy, że były one niezbędnym gadżetem każdej sypialni. Poniżej kilka obrazów z nocnikiem w roli głównej.

Tekst jest fragmentem książki pt. Życie towarzyskie w XIX wieku, wydanej nakładem Wydawnictwa Bellona, 2013 rok.

Źródło: Blog historyczno-obyczajowy Agnieszki Lisak

Dowiedz się więcej na temat: nocnik | ubikacja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje