Reklama

Reklama

Bogdan Rymanowski: Nie jestem święty

Jego małżeństwo trwa 27 lat, a on wciąż dziękuje Bogu za żonę. Marzy, żeby mieć wnuki i dać im czas, bo brakowało mu go dla dzieci. To jedna z rzeczy, jakich Bogdan Rymanowski żałuje, są też takie, których się wstydzi...

Kinga Frelichowska: Pochodzi pan z krakowskiej Nowej Huty. Jaki był pana dom? 

Ojciec pracował jako robotnik w Hucie im. Lenina, mama - urzędniczka poczty. Już nie żyją. Umarli, kiedy miałem zaledwie dwadzieścia parę lat. Stworzyli dom pełen miłości i ciepła, chociaż nie idealny. Przeżywaliśmy, jak każda rodzina, swoje problemy. Wiele jednak rodzicom zawdzięczam, zwłaszcza mamie. To ona wpoiła mi, że należy kierować się sercem. Wpisała mi kiedyś taką sentencję do pamiętnika: "Bądź dobry dla dobrych - bo dobrzy, bądź dobry dla złych, żeby się stali dobrzy". Staram się, choć nieudolnie, kierować tą maksymą w swoim życiu. 

Reklama

Przysparzał pan problemów? 

Rodzice się o mnie martwili, bo działałem w Federacji Młodzieży Walczącej. Byłem nastolatkiem, gdy zacząłem pisać do opozycyjnych gazetek młodzieżowych. W 1987 roku odbywała się demonstracja na Rynku Głównym w Krakowie pod pomnikiem Adama Mickiewicza. Poszaleliśmy trochę z grupą przyjaciół. Wydrukowaliśmy własnym sumptem ulotki: PZPR na szubienicy. Nie udało mi się uciec przed milicją. Poszedłem siedzieć na 48 godzin. Postawiono mi zarzut siania niepokojów społecznych. 

Ze studiów pana jednak nie wyrzucili? 

Na szczęście nie. Dostałem karę pieniężną, po kolegium - 90 tysięcy zł. To była poważna kwota. Nasz dom, ku przerażeniu ojca, odwiedzał nawet komornik! Nie uiściłem tej grzywny, powiedziałem, że nie zapłacę ani złotówki. Przetrwaliśmy do 1989 roku i wyrok został anulowany, a ja zrehabilitowany. 

Pana rodzice pewnie nieraz o pana drżeli

Nie zapomnę wzroku mamy, kiedy wychodziłem na nocne akcje. Patrzyła na mnie i mówiła: "Boguś, tylko uważaj na siebie". Ale popierała moje działania. Mogę wręcz powiedzieć, że antykomunizm wyssałem z mlekiem matki. Wiedziałem, że rodzice się o mnie martwią i smuciło mnie, że narażam ich na stres. Kierowała mną jednak jakaś siła, która kazała mi w tym uczestniczyć. Była to też wielka przygoda i gdybym miał ją powtórzyć, to bym to zrobił. Chcieliśmy, żeby komuna się skończyła, ale nie mieliśmy pewności, że to się uda, więc tym większa była radość, kiedy nastąpił jej kres.

A jakie są grzechy główne dorosłego Rymanowskiego?

Na pewno święty nie jestem. Za to bardzo ciekaw świata i drugiego człowieka. Bez tego nie można być dobrym żurnalistą. Ale to, co jest naturalną skłonnością i zaletą, dla kogoś innego może być grzechem. Często zdarza się, że będąc już w domu, prowadzę długie, zawodowe rozmowy. To wszystko odbywa się kosztem żony i dzieci. Wstydzę się tego. A inne przewiny? Jak człowiek spotyka się z politykami, to ma tendencję do szybkiej i powierzchownej oceny ludzi, a przecież napisane jest w Piśmie "Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni". Zdarzało mi się, że zbyt pochopnie pomyślałem lub powiedziałem coś o kimś, a potem okazywało się, iż zbyt surowo go oceniłem. Biję się w piersi (śmiech). Uważam też, że za krótko przygotowuję się do rozmów ze swymi gośćmi. Z drugiej strony, czasem, paradoksalnie, takie wywiady wychodzą nawet lepiej. Moją niechlubną cechą jest też... bycie łasuchem. Kiedy wracam do domu i schodzi ze mnie stres, to zapycham się cukierkami. Wiem, że jest to niezdrowe i niehigieniczne, więc próbuję z tym walczyć. Więcej grzechów nie pamiętam.

Pana małżeństwo trwa już 27 lat. Jak się poznaliście z żoną? 

Monika jest moją pierwszą miłością. W klasie maturalnej zwróciłem uwagę na filigranową blondynkę. Byłem tak nieśmiały, że nie odważyłem się do niej podejść. Poprosiłem jej kolegę, żeby nas umówił. Nie liczyłem, że się zgodzi, ale przyszła na spotkanie. Dokładnie 5 października 1985 roku. Mam wrażenie, że stał się wtedy cud. Co roku celebrujemy rocznicę pierwszej randki i jest dla nas równie ważna jak data ślubu, czyli 1 sierpnia. 

Co sprawia, że wciąż jest wam ze sobą dobrze? 

To, co powiem będzie banalne, ale prawdziwe. To jest po prostu miłość. My się kochamy i w dodatku bardzo lubimy. Tymczasem często jest tak, że ludzie się kochają, ale nie mogą się znieść. Ja mówię: "Dziękuję ci Boże za to, że mam taką wspaniałą żonę". Wiele rzeczy nas łączy - poczucie humoru, wartości, spojrzenie na świat. Chociaż często się też spieramy.

W jakich sprawach macie odmienne zdanie? 

Choćby w ocenie polityków. Spieramy się też w kwestiach wychowawczych. Zarzucamy sobie nawzajem, że nie wszystkiego dopilnowaliśmy. Ja sam mam żal do siebie, że za mało czasu poświęciłem dzieciom. Dziś już bym pewnych błędów nie popełnił. 

Wasze pociechy są już dorosłe. Pana związek z żoną wkroczy teraz w nowy etap? 

Córka ma 25, druga 21 i jeszcze studiuje, a syn 18 lat - chodzi do szkoły średniej. Jestem z nich dumny. Kiedy wyfruną z domu, w moim małżeństwie przyjdzie pora na nowe rozdanie. Będziemy mieć więcej czasu dla siebie. A ja muszę przyznać, że chciałbym być już dziadkiem. Przygotowuję się do tej roli i z przyjemnością poświęcę się wnukom. 

Czy pana wiara zawsze była niezachwiana? 

Ta moja wiara miała różne oblicza i ewoluowała. Od chłopaka, którego mama prowadziła do kościoła, bo sama była osobą głęboko wierzącą, poprzez nastolatka, kontestującego świat, po dojrzałego człowieka zadającego pytania. Życie człowieka nie jest tylko pasmem sukcesów, przygód i sielanki. To również krzyż, który każdy nosi, a za tym idą i cierpienia, i ból, i płacz. Nigdy, na szczęście, nie miałem momentu, że się na Pana Boga obraziłem, czy od Niego odszedłem. Wciąż jestem w drodze. Chciałbym być bliżej Stwórcy. W miarę swoich możliwości próbuje podążać w tym kierunku.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Ludzie i wiara

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje