Reklama

Reklama

Co się stało z rodziną Bogdańskich?

Zdaniem policji to jedyna taka sprawa w powojennej Polsce. Rzeczywiście, od lat nie słyszano, by cała rodzina właściwie z dnia na dzień zaginęła bez wieści. Krzysztof, jego żona Bożena, matka Danuta oraz dzieci - Małgorzata i Jakub od szesnastu lat nie dają znaku życia. Jakby rozpłynęli się w powietrzu.

Mówi się, że zaginięcie jest gorsze niż śmierć - w tym drugim przypadku przynajmniej coś wiadomo na pewno. A z zaginięciami bywa i tak, że już nigdy nie będzie wiadomo nic. Często ci, którzy zostają, latami nie są w stanie normalnie funkcjonować - proces żałoby pozwala w końcu pogodzić się ze stratą, ale oni go nie przechodzą. Z bijącym sercem otwierają skrzynki pocztowe i odbierają połączenia telefoniczne, raz po raz doznając gorzkich rozczarowań. Jak to znieść? Mówi się też, że ludzie tak naprawdę giną wtedy, gdy przestaje się ich szukać. W poszukiwania rodziny Bogdańskich ze Starowej Góry pod Łodzią zaangażowana była nieprawdopodobna energia. Ogromny był też odzew emocjonalny ze strony społeczeństwa, a oprócz krajowej policji szuka ich FBI i Interpol. Sprawdzono przejścia graniczne, przewoźników, nagrania z monitoringów. Akcję poszukiwawczą prowadzono na kilku kontynentach. Niestety, bez efektu.

Reklama

Na zaginionych ciągle czekają bliscy. Mieliby więc do kogo i dokąd wrócić, czeka na nich też dom oraz wypielęgnowany ogród. Zadbała o to pani Maria, matka Bożeny. Zresztą, w ten sposób starsza pani mogła zajmować ręce i głowę, by oderwać się od dręczących myśli. Letnią porą nawet przenosiła się do opuszczonej willi. Jej mąż rozwiązania zagadki już nie doczeka, pan Tadeusz zmarł bowiem niespełna dwa lata po zaginięciu córki z rodziną.

Nawiasem mówiąc, miejsce pobytu Krzysztofa Bogdańskiego chciałaby ustalić nie tylko policja, ale i kilka banków oraz prokuratura.

Wynalazca-wizjoner

Krzysztof i dwa lata starsza od niego Bożena zakochali się w sobie jeszcze w czasach szkoły średniej. Ślub wzięli w połowie lat 80., później na świat przyszły dzieci, Małgosia i Jakub. Łódzkie mieszkanie w bloku rodzina zamieniła na nowo wybudowany dom w Starowej Górze, który stanął na działce sprezentowanej im przez rodziców Bożeny.

Państwo Bogdańscy, z zawodu elektronicy, produkowali i sprowadzali podzespoły komputerowe. Początkowo wszystko wskazywało na to, że trafili na żyłę złota. Krzysztof z powodzeniem handlował sprzętem na giełdzie elektronicznej mieszczącej się wówczas na stadionie ŁKS. Pieniądze płynęły szerokim strumieniem, a biznesowa fantazja głowy rodziny wydawała się nie mieć granic. Mężczyzna zdawał sobie sprawę, w co warto inwestować, twardo stąpał po ziemi, niefrasobliwość była mu obca. W tamtym czasie każdy rodowity łodzianin z branży wiedział, kim był "Wynalazca". Jak wspomina dziennikarz śledczy, Michał Fajbusiewicz, taki właśnie pseudonim przylgnął do Krzysztofa. I nie bez racji. Opracował on m.in. autorskie sposoby odblokowywania telefonów komórkowych czy zabezpieczania nagrań wideo. Pomysły urynkowił, zarobił na tym. Radził sobie też z tą bardzo praktyczną stroną życia. Sąsiedzi podkreślali, że budowlańcy postawili tylko fundamenty i ściany starowogórskiego lokum, całą resztę pan domu zrobił sam. Wylewki, dach, podłączenie prądu i wody, prace wykończeniowe - nic dziwnego, że uchodził za człowieka, któremu robota pali się w rękach. Za zaradność chwalili go też Maria i Tadeusz, choć stosunki na linii zięć-teściowie podobno były raczej chłodne, zdystansowane.

Status materialny rodziny robił wrażenie. Jednak po latach dobra passa się skończyła. Powód? Prozaiczny. Rynek zalała tania elektronika produkowana na masową skalę. Krzysztof nie był w stanie konkurować z gigantami. Dokładał do interesu, tracił zamiast zarabiać. Jeśli wierzyć źródłom - rodzina zdążyła się przyzwyczaić do pewnego poziomu życia: w przydomowym garażu stały dwa luksusowe volvo, dzieci uczęszczały do prywatnych szkół, za które trzeba było słono płacić, pobierały prywatne lekcje języków, 16-letnia Gosia grała w tenisa, trzeba też było utrzymać okazały dom. Trudno zaciskać pasa, gdy przywykło się już do dobrobytu. W odpowiedzi na piętrzące się problemy Bogdański grywał na giełdzie - ze zmiennym szczęściem. Pożyczał pieniądze, a nawet, jak podaje Dziennik Łódzki, sporo zaryzykował handlując pirackim oprogramowaniem. Wszystko w nadziei, że się odkuje.

Nie jest dobrze

9 kwietnia 2003 roku tuż przed Wielkanocą Bożena Bogdańska w rozmowie telefonicznej z siostrą łamiącym się głosem wyznaje, że mają jakieś problemy. 44-latka nie mówi, o co chodzi, twierdząc, że to sprawa nie na telefon, ale obiecuje wyjaśnić wszystko podczas osobistego spotkania. Nigdy do niego nie dochodzi.  

Dwa dni później siostra przyjeżdża do Starowej Góry. Jeszcze nie ma powodów do obaw, treść niedawnej rozmowy jej nie przeraziła, bo, jak wkrótce opowie dziennikarzom Dziennika Łódzkiego, Bożenka była osobą wrażliwą, ulegającą emocjom. Na miejscu zastaje oświetlony dom i zaparkowane auto. Rzecz dziwna, nikt nie odpowiada na dzwonek. Gdy kobieta kieruje kroki ku drzwiom, na spotkanie wychodzi jej Krzysztof. Tłumaczy, że żona bawi aktualnie we Wrocławiu. Nowym pomysłem na rodzinny biznes miało być wszak biuro turystyczne, a Bożena uczestniczy w szkoleniu dotyczącym rozkręcania tego typu działalności. No dobrze, a co z dziećmi? Na tak postawione pytanie Krzysztof ma odpowiedź - pojechały razem z mamą, przy okazji zwiedzą piękne miasto. Czy rok szkolny to aby na pewno odpowiedni moment na takie wypady? Cóż, wszyscy wiedzieli, że Małgosia i Kuba byli prymusami, więc kilkudniową nieobecność nadrobią szybko.

Po weekendzie Krzysztof przez telefon wyjaśnia szwagierce, że i on wybiera się do stolicy Dolnego Śląska, bo kurs nieoczekiwanie się przedłużył. Wspomina, że całą czwórką wyjadą na święta do Niemiec, do przyjaciółki. Taka osoba rzeczywiście istnieje, więc siostra Bożeny przyjmuje te wyjaśnienia. Pytania zadają też teściowie oraz sąsiadka. W odpowiedzi słyszą od Bogdańskiego, że żona z dziećmi jest we Wrocławiu, a on sam do nich dołączy, gdy tylko uwinie się z pilnym remontem. I Krzysztof rzeczywiście remontował i malował. Tyle tylko, że strych.

Bliscy dopytują o Danutę, matkę Krzysztofa, która również zamieszkiwała dom w Starowej Górze. 66-latka przeszła wylew i wymagała opieki. Syn miał zawieźć ją do znajomej w Chojnach. W przeciwieństwie do pozostałych członków rodziny nie miała paszportu, więc wyjazd do Niemiec w jej przypadku nawet nie wchodził w grę. Zresztą stan zdrowia starszej osoby nie sprzyjał zagranicznym podróżom.

Mijają święta i długi weekend majowy. Bogdańscy nie wracają, uporczywie nie odbierają żadnych połączeń telefonicznych, toteż zmartwiona już szwagierka (której także na imię Danuta), ponownie wybiera się do Starowej Góry. Pod domem zamiast Krzysztofa zastaje tym razem przedstawicielkę szkoły Jakuba. Dyrekcja zaniepokoiła się nieobecnością chłopca, na miejsce przybywa też pracownik szkoły Małgosi. Okazuje się, że zamiast kilkudniowej absencji są już nieobecności liczone w tygodniach. Nieusprawiedliwione. Danuta zdjęta niepokojem telefonuje do znajomej z Niemiec. Dowiaduje się wtedy, że Bogdańskich w ogóle tam nie było. To nie koniec upiornych niespodzianek. Okazuje się, że Bożena nie dotarła na wrocławskie szkolenie, a koleżanka mieszkająca w Chojnach od kilkunastu lat nie widziała starszej pani Bogdańskiej.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje