Reklama

Reklama

Czarna Wołga, "Paskuda" i inne "straszne" mity PRL

Najwięcej emocji wzbudzały ostrzeżenia przed Czarną Wołgą, której wiele z nas autentycznie się bało. Ale po Polsce krążyły też zabawne historie, np. o dziwnym stworze z Zalewu Zegrzyńskiego.

- Pamiętam, jak w latach 70. uczniowie Zbiorczej Szkoły Gminnej w Kowalach Oleckich przejęci opowiadali sobie na przerwach, że Czarna Wołga krąży po województwie suwalskim i porywa dzieci - wspomina Małgorzata (52 l.), jedna z absolwentek. - Zarzekali się, że to prawda, mówili im o tym rodzice.

Reklama

Takie mrożące krew w żyłach pogłoski rozchodziły się po całym kraju od połowy lat 60. Skąd się właściwie wzięły?

W kwietniu 1965 r. w Warszawie zaginęła trzyletnia dziewczynka. Dziewczynka została uprowadzona z mieszkania rodziców przy ulicy Grochowskiej, a porywaczkami miały być dwie kobiety. Sprawa od początku wyglądała dziwnie, ponieważ przestępczynie wpuściła do domu... mama trzylatki. Kobiety podały się za dalekie kuzynki jej męża. Matka poprosiła nawet o opiekę nad dzieckiem, gdy wychodziła do pracy. Po powrocie nie zastała jednak córki w domu i natychmiast zawiadomiła milicję.

Informacja o porwaniu, podana w prasie i w radiu, szybko przyniosła efekty. Przypadkowi przechodnie widzieli obie kidnaperki, jak wsiadały wraz z dzieckiem do czarnej taksówki marki Wołga, która odjechały w nieznanym kierunku. Ostatecznie porywaczki wraz z małą Lilianą odnaleziono kilka dni później w okolicach Łodzi. Kobiety okazały się siostrami, z których jedna marzyła, aby wychowywać zdrowe dziecko, gdyż jej córka była niewidoma od urodzenia.

Ten incydent zrodził mit Czarnej Wołgi. Po każdym zaginięciu dziecka rozchodziły się plotki, np. że to dwie kobiety przebrane za zakonnice spuszczają z ofiar krew, aby ją sprzedawać chorym na białaczkę bogaczom z RFN lub z Izraela. Samochód przemierzający po zmroku ulice polskich miast i wsi miał być wyposażony w firanki na szybach, uniemożliwiające obserwację tego, co działo się wewnątrz.

Potwora Paskudę wymyślili... redaktorzy "Lata z radiem". Stwór ten miał się żywić ściekami i odpadami z Zalewu Zegrzyńskiego, który latach 80. rzeczywiście był bardzo zanieczyszczony. Mętna, stojąca woda stała się więc z jednej strony obiektem narzekań, a z drugiej - żartów. "Oszlamiony", brudny, ale nieagresywny stwór, wzorowany nieco na słynnym potworze ze szkockiego jeziora Loch Ness, doskonale pasował jako temat humorystycznych relacji i felietonów w "Lecie z radiem", telewizji i prasie.

Pojawiły się zdjęcia śladów, jakie rzekomo zostawiała Paskuda na piasku, rysunki, relacje świadków... Jak skomentował jeden z ekspertów, "człowiek, jeśli bardzo chce, to zobaczy wszystko!".

W latach 90. następcą Paskudy stał się w "Wiadomościach TV" królis z Puszczy Kampinoskiej, czyli lis z głową zająca, który zmutował na skutek katastrofy w Czarnobylu. Jego pojawienie się wiązano też z tzw. kwaśnymi deszczami.

Czarnych legend było w PRL znacznie więcej. Ciekawe, że większość z nich miała podteksty polityczne lub była związana z brakami w zaopatrzeniu. I tak w latach 50. straszono nas stonką ziemniaczaną, którą mieli zrzucać na pola amerykańscy imperialiści, aby zniszczyć uprawy. Z kolei pod koniec rządów Gierka pogorszyła się jakość kiełbasy. Pojawiły się pogłoski, że na polecenie władz dodaje się do niej kryla - arktycznego skorupiaka, odławianego masowo jako pasza dla zwierząt. Do pasztetowej miał zaś być dodawany mielony papier toaletowy, co spowodowało jego brak w sklepach. Ale nikt tego nigdy nie udowodnił.

Sławomir Koper

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje