Reklama

Reklama

Czego ksiądz wysłuchuje w konfesjonale?

Ksiądz Adam Boniecki w rozmowie z Anną Goc odsłania swoje życie i opowiada o doświadczeniach, które go formowały. Przeczytaj fragment książki "Boniecki. Rozmowy o życiu", by lepiej zrozumieć sakrament spowiedzi.

Anna Goc: Spowiadasz od prawie sześćdziesięciu lat - co się słyszy z konfesjonału?

Ks. Adam Boniecki: - Podczas spowiedzi ludzie wyznają czasem nie tyle grzechy, ile przykłady naruszenia "kodeksu przyzwoitego katolika". Konfrontują się z kodeksem moralnym, nie z kochającym Bogiem. Bywa, że kładą nacisk tylko na formułki. Niektórzy na przykład zaczynają od słów: "Przystępuję do spowiedzi...". Długo się zastanawiałem, dlaczego to mówią. Przecież widzę, że przystępują. Sądzę, że to pozostałość formuły wyuczonej przy pierwszej spowiedzi: "Przystępuję do spowiedzi po raz pierwszy".

Reklama

- Są tacy, którzy recytują grzechy według dziecinnego rachunku sumienia: "szczypię, kopię, pluję, drapię, więcej grzechów nie pamiętam". Ktoś nie odmówił pacierza, ktoś inny przeklinał i w piątek zjadł mięso. Te przewinienia lecą z automatu. Można spytać: czy naprawdę żałujesz? Czego właściwie? Czy uważasz, że Bóg tego od ciebie oczekuje? Codzienna modlitwa, post w piątek, kultura języka mają sens. Grzeszność nie kryje się jednak w zaniedbaniu wyrecytowania formułek pacierza, naruszeniu przepisu, ale - być może - w tym, że żyjemy tak, jakby Bóg nie istniał. W naszej relacji z Bogiem nie chodzi o "pacierze", lecz o modlitwę, nie o niewypowiadanie "brzydkich słów", lecz o miłość bliźniego, którego ordynarny język może zranić.

- Myślę, że często wymienia się te "grzechy" bez żalu czy poczucia winy. Na takiej zasadzie: są przepisy, coś zapisano w rachunku sumienia, więc wyliczam, jakbym odpowiadał na pytania kwestionariusza. Są też tacy, którzy tylko wpadają do konfesjonału. Zwykle przed ślubem, chrztem dziecka, pogrzebem babci. Można ich porównać do pasażerów pociągu. Kiedy ten się zatrzymuje, wyskakują do bufetu, wypijają kieliszek czystej albo szklankę herbaty i jadą dalej, jak jechali. Podejście nieco magiczne. Spowiedź nie wiąże się wtedy z wewnętrzną chęcią nawrócenia.

- No i są formaliści. Komuś spadnie odważnik na nogę, więc krzyknie: "O, k....!", i się z tego spowiada. Pytam: to ma być grzech? Jaki to ma związek z Bogiem? Co innego, jeśli się kogoś ordynarnie zwymyśla, oklnie albo jeśli, jak w niektórych językach, przekleństwo jest jednocześnie bluźnierstwem. Ale nasze "k...." jest właściwie niewinne. Sam miałem kiedyś, na szczęście krótko, taki nawyk, że wtrącałem niezbyt eleganckie słowa do rozmowy. Byłem wtedy duszpasterzem akademickim. Któryś ze studentów spytał, czy mógłbym tak nie mówić, bo gdyby jego ojciec przeklinał, to byłoby mu przykro. Zrobiło mi się wstyd. Przestałem, jak ręką odjął.

Czy nie jest tak, że ostatnio w konfesjonałach przybywa ludzkich tragedii?

- Im jestem starszy, tym więcej ludzi przychodzi do mnie z trudnymi, często tragicznymi sprawami. Może spodziewają się, że wiem więcej? Niedawno pewna starsza pani powiedziała mi, że u młodych się nie spowiada, bo co oni tam mogą wiedzieć o życiu. A starszy ksiądz zrozumie, nie przestraszy się, nie zdziwi, nie spyta: "Jak mogłaś?".

Nie zrani?

- Trudno powiedzieć. Może dzięki doświadczeniu, które już ma, stanowi mniejsze zagrożenie.

Ksiądz Jacek Prusak pisał kiedyś w "Tygodniku Powszechnym", że spowiednik może próbować kontrolować sumienie, wymuszać skruchę, a sobie zapewniać gratyfikację pod pozorem pomagania.

- Dodałbym, że może popełnić nadużycie przejmowania ciężaru czyichś decyzji. Zwłaszcza życiowych, związanych z moralnością. Na przykład spowiadająca się pyta: "Czy powinnam wyjść za mąż za tego człowieka?", "Czy mam się wyprowadzić od rodziców, których nie znoszę?", "Czy mogę zostawić męża, który znęca się nade mną i nad dziećmi?". Odpowiadam wtedy, że nikt nie jest upoważniony do podejmowania decyzji za kogoś innego, bo nie on będzie ponosił ich konsekwencje.

- Jest jeszcze jedna możliwość skrzywdzenia - kiedy spowiednik przywiązuje do siebie penitenta, na przykład sugerując, że tylko on jest go w stanie zrozumieć. Spowiednikowi to służy - czuje się potrzebny, niezastąpiony. Ale wtedy buduje się więź nie z Bogiem, tylko z księdzem. Penitent przestaje myśleć o tym, jaki jest w oczach Boga, a zamiast tego martwi się, co myśli o nim spowiednik. Nie wspominam już o arogancji, brutalności, wścibstwie, o takim zachowaniu spowiednika, jakby to on, a nie Jezus, umarł na krzyżu za penitenta.

Odpuszczanie grzechów daje władzę?

- W jakimś sensie tak, zwłaszcza w Kościele rzymskokatolickim, kiedy ksiądz mówi: "Ja odpuszczam tobie grzechy". To jest przerażające. Chyba nigdy tych słów nie wymówiłem automatycznie. Zawsze czuję jakąś niestosowność. Myślę sobie: co ja, grzesznik, mogę odpuszczać? Choć wiem: ksiądz wtedy działa in persona Christi. To On odpuszcza.

Jeśli nie rozgrzeszasz, to jak sądzisz: z perspektywy tych ludzi krzywdzisz Ty czy Bóg?

- Nie wiem. Tego, że się poczują skrzywdzeni nie przez księdza, tylko przez Boga - boję się najbardziej. Mówię wtedy, jeśli jeszcze chcą mnie słuchać, że Kościół uważa, iż w danej sytuacji nie ma władzy rozgrzeszenia, ale Bóg, który zna nasze serca i nas kocha, może ich ze sobą pojednać inną drogą. To są bolesne momenty. Znam ludzi, których brak rozgrzeszenia odepchnął od Kościoła. Najczęściej dotyka to osób żyjących w związkach niesakramentalnych. Jeśli jednak ktoś nie chce zmienić swojej sytuacji, to ja - spowiadający nie jako Adam Boniecki, ale jako przedstawiciel Kościoła - nie mam władzy, by go rozgrzeszyć. To byłaby magia, a nie spowiedź.

Wokół tego toczy się dziś jedna z najważniejszych dyskusji. Kościół mówi: żyjesz bez ślubu, w związku niesakramentalnym - popełniasz grzech, jesteś nieczysty.

- Nieczystość to zupełnie co innego - traktowanie seksu jako przygody "bez zobowiązań", rozrywki, zabawy. W przypadku ludzi żyjących w związku opartym na miłości, odpowiedzialności, takim, w którym przyjmuje się dziecko, trudno mówić o grzechu nieczystości, a raczej o grzechu przeciwko wierze w sakramentalność małżeństwa. Sakramentów nie można traktować wybiórczo - jednych akceptować, a innych nie. Rozgrzeszenie - tak, komunia - tak, małżeństwo - nie. Wierzę jednak, że Bóg, który nie jest ograniczony sakramentami, może osoby żyjące w związkach niesakramentalnych swoimi sposobami darzyć łaską. Mam wrażenie, że papież Franciszek podjął ten właśnie problem: czy zawsze wszyscy, którzy żyją w związkach niesakramentalnych, żyją w stanie grzechu?

Możesz spojrzeć na te osoby inaczej, niż zakłada to nauczanie Kościoła?

- Mogę, ale w konfesjonale jestem delegowany przez Kościół. Nie oczekuje się ode mnie moich rozwiązań. Poza sakramentem traktuję wszystkich ludzi tak samo - zarówno gdy idzie o sytuację życiową, jak i o orientację seksualną. Kiedy ktoś wyznaje, że żyje w związku niesakramentalnym i tego nie może zmienić, a ja widzę, że cierpi, bo pragnie być częścią Kościoła jak inni, to mówię w duchu Jana Pawła II, że jest w Kościele, że jest dla niego miejsce na mszy, a Pana Jezusa może przyjąć duchowo. Wiem, że w tych związkach jest dużo dobra.

I mówisz o tym w konfesjonale?

- Takie osoby nieczęsto decydują się na spowiedź. A jeśli, to zwykle również mają świadomość, że rozgrzeszenie nie jest możliwe. W konfesjonale jestem przedstawicielem Boga i Kościoła, nie prowadzę swojej małej firmy rozgrzeszającej.

Po co więc przychodzą?

- Nie wiem... Może po to, byśmy mogli razem poprosić Jezusa, by wziął sprawy w swoje ręce? Spowiedź, nawet ta bez rozgrzeszenia, to bardzo specjalny rodzaj spotkania. Są też inne rozmowy, gdy spotykamy się na płaszczyźnie człowiek - człowiek, a nie ksiądz - grzesznik.

Czyli poza Kościołem.

- Nie, dalej w ramach Kościoła. Będąc księdzem, jestem przedstawicielem Kościoła zawsze. Ale chodzi mi o spotkanie nie w kontekście otrzymania czy nieotrzymania rozgrzeszenia. W podejściu do osób żyjących w związkach niesakramentalnych znacząca zmiana rozpoczęła się w czasie pontyfikatu Jana Pawła II, który mówił o nich z wielką czułością i delikatnością. Podkreślał, że osoby te nie są wykluczone z Kościoła. Powtarzał im: uczestniczcie w jego życiu, trwajcie w wierze.

- Rozwiązania ich sytuacji poszukuje papież Franciszek. Skoro Pan Jezus przyszedł do wszystkich, skoro zasiadał do stołu z grzesznikami, to czy wykluczenie ich "z automatu" - nie ma ślubu kościelnego, nie ma rozgrzeszenia - jest na pewno po Jego myśli? Oczywiście: bywa, że stanowczość Kościoła bardzo mi odpowiada. Do spraw takich jak miłość, angażowanie uczuć drugiego człowieka niektórzy podchodzą z beztroskim, egoistycznym okrucieństwem. Nie można udzielać rozgrzeszenia tylko po to, żeby wszyscy byli zadowoleni. Choć czasem bardzo bym chciał go udzielić... Zdarzają się sytuacje bez wyjścia, a przecież wobec Boga nie ma sytuacji bez wyjścia.

- W różnych trudnych kwestiach opieram się na tym, co w sakramencie pokuty jest istotne: woli zmiany, poprawy, decyzji, uczynienia konkretnego kroku, by sytuację zmienić. Bywa, że początkiem drogi może być przyjrzenie się nauce Kościoła, której często nie znamy - mamy jej uproszczony, jeśli nie fałszywy, obraz. Zachęcam do tego. Ostatni synod mówi, że na poważne i odpowiedzialne związki przed ślubem należy patrzeć jako na drogę do sakramentalnego małżeństwa.

Czym się kończy spowiedź, gdy nie możesz udzielić rozgrzeszenia?

- Błogosławieństwem. Znam osoby, które wiedząc, że nie mogą otrzymać sakramentalnego rozgrzeszenia, regularnie się spowiadają. Czyżby Bóg miał ich potępić na wieki? Ale rozumiem też, że Kościół nie może machnąć ręką na nierozerwalność małżeństwa, o której expressis verbis mówi Jezus.

Co poza błogosławieństwem?

- Mogę zapewnić, że nie są wyklęci, należą do wspólnoty Kościoła. I mogę się za nich modlić. Modlę się, jak potrafię. Ale są też niewierzący, których nie można zmuszać, by żyli zgodnie z zasadami wiary katolickiej. Przyszła do mnie jakiś czas temu para młodych ludzi, których rodzice naciskali, by wzięli ślub kościelny. Długo rozmawialiśmy. Oboje uważają się za niewierzących. Odradzałem im zawarcie małżeństwa sakramentalnego, bo jaki ma sens popychanie do przyjęcia sakramentu ludzi, którzy w niego nie wierzą? Czy ślub zawarty w kościele ze względu na tradycję, na rodziców, na nie wiem jeszcze co, ale nie jako akt wiary, zmienia sytuację tych ludzi wobec Boga? Ufam, że na sądzie ostatecznym Pan Bóg jakoś sobie z nimi poradzi. Przynajmniej sprawę postawili uczciwie.

Spowiadanie Cię obciąża?

- Bywa, że tak. Raz rozgrzeszyłem, aprobując w ten sposób sytuację, której chyba nie miałem prawa rozgrzeszyć. Poszedłem z tym do spowiedzi do mądrego księdza. Wysłuchał mnie i powiedział, że on by nie udzielił rozgrzeszenia. Co miał powiedzieć? W takich sytuacjach myślę, że kapłanom przydałyby się jakieś superwizje, coś takiego, z czego korzystają psychoterapeuci. Tym powinny być, jak sądzę, kapłańskie rekolekcje pod dobrym kierownictwem. Mądrość spowiednika widzę w tym, co się po kościelnemu nazywa rozeznaniem duchowym. Że się wie, który element spowiedziowej opowieści jest w życiu rozmówcy naprawdę ważny. To coś jest często ukryte w sposobie mówienia albo gdzieś między wierszami.

Powyższy fragment pochodzi z książki "Boniecki. Rozmowy o życiu" Anny Goc, wydanej nakładem wydawnictwa Znak.

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje