Reklama

Reklama

Czy syndrom Bambiego jest niebezpieczny?

Chyba każdy kojarzy sympatycznego jelonka Bambi ze znanej produkcji Disneya. Wielkie oczy i słodki wyraz pyszczka wciąż chwytają za serce. Od jego imienia nazwano syndrom, który początkowo obserwowano wyłącznie u dzieci. Dziś dotyka on również dorosłych, których liczba rośnie z roku na rok. Co ciekawe, najwięcej ofiar zbiera wśród mieszkańców miast. Sprawdź, czy jesteś zagrożony!

Czym jest syndrom Bambiego?

Syndrom Bambiego po raz pierwszy opisał naukowo w 1993 roku dr Rainer Braemer z Uniwersytetu Marburgskiego. Nazwa wzięła się od imienia tytułowego jelonka z filmu animowanego "Bambi", wyprodukowanego przez wytwórnię Walta Disneya w 1942 roku.

Reklama

Cechą charakterystyczną osób z tzw. bambinizmem jest infantylny i emocjonalny stosunek do przyrody, która jest idealizowana. W ich oczach zwierzęta ulegają antropomorfizacji, czyli przypisywane są im cechy ludzkie. Takie postrzeganie przyrody jest zupełnie oderwane od rzeczywistości.

Początkowo termin bambinizm odnosił się wyłącznie do dzieci. Wszak od dzieciństwa towarzyszy nam słodki i uroczy obraz przyrody, a zwierzęcy bohaterowie bajek i filmów mają ludzkie cechy. Dzieci uczą się z nich, że zwierzęta są zawsze miłymi stworzeniami, przyjaźnie nastawionymi do świata i człowieka. To ludzie są największym zagrożeniem, a nie natura.

Obecnie zjawisko to określa wyidealizowane, oderwanie od rzeczywistości postrzeganie przyrody - głównie przez ludzi zamieszkujących duże aglomeracje. Światopogląd ludzi cierpiących na syndrom Bambiego jest spolaryzowany między dobrą naturą i złym człowiekiem.

Podstawowe, często brutalne prawa, którymi rządzi się dzika natura, są ignorowane. Przyroda jawi się jako coś pięknego, harmonijnego, idealnego i bezbronnego, co musi być bezwzględnie chronione przed ludźmi.

Bambinizm ma się dobrze w miastach

Głównym obszarem występowania syndromu Bambiego są wielkie miasta. Przyczyn jest co najmniej kilka. Oderwanie od rzeczywistości i postrzeganie przyrody w sposób infantylny najczęściej dotyka osoby, które na co dzień nie obcują z naturą. Mieszkańcy aglomeracji miejskich wiele zwierząt znają jedynie z mediów, bajek i ogrodów zoologicznych. W tych pierwszych coraz częściej triumfuje obraz infantylnej i wyidealizowanej przyrody, co tylko wzmacnia syndrom, który zrodził się w dzieciństwie.

Relacje międzyludzkie w miastach są skomplikowane i bywają uciążliwe, co również może być powodem infantylnego podejścia do przyrody. Miłość wobec idealizowanych zwierząt często idzie w parze z nienawiścią wobec człowieka, który przedstawiany jest jako największe zło na ziemi. Mimo że to jedyny gatunek, który obok zabijania rozwinął także systemy ochrony słabych istot. W prawdziwym naturalnym świecie wszystkie słabe jednostki są zabijane i pożerane. Zwierzęta są brutalne i bezlitosne, bo taka jest właśnie natura.

Mieszkańcy wsi wiedzą, że np. koty to bezlitośni mordercy, którzy potrafią zrobić prawdziwy pogrom wśród ptaków i czerpią przyjemność z zabijania myszy. Zaś właściciele kanapowych psów i kotów często żyją w świecie własnych wyobrażeń, które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością i prawdziwą naturą ich pupili.

Jakie konsekwencje może mieć syndrom Bambiego?

W większości przypadków bambinizm nie jest bardzo niebezpieczny. Może jednak prowadzić do zaburzonych postaw i zachowań nie tylko u dzieci, ale i u dorosłych.

Dużą popularnością cieszy się maksyma, że miarą człowieczeństwa jest stosunek do naszych braci mniejszych. Pojawia się jednak pytanie, dlaczego miernikiem moralności jest coś, co wcale nie jest takie trudne? Nie jest bowiem sztuką kochać psa, dla którego jesteśmy całym światem. O wiele bardziej skomplikowane jest kochanie ludzi, którzy są o wiele trudniejsi w obsłudze.

Być może dlatego ludzie coraz częściej zastępują wyczerpujące relacje z innym człowiekiem na rzecz znacznie prostszej przyjaźni ze zwierzętami domowymi. W takim wypadku miłość do zwierząt staje się wygodną formą ucieczki od trudnych relacji społecznych. Jednocześnie takie osoby nie tracą poczucia, że są kochani, bo mają oddanego przyjaciela.

Innymi konsekwencjami braku zrozumienia praw rządzących naturą mogą być reakcje nieadekwatne do sytuacji. Dość skrajny przykład to weekendowa wyprawa w góry, podczas której spotykamy niedźwiedzia. Brak wiedzy, że jest to groźne zwierzę, a nie słodki miś, który lubi miód, może nas kosztować zdrowie lub nawet życie.

Konsekwencje infantylnej postawy człowieka ponosi nie tylko on sam, ale też zwierzęta, które ma pod opieką. Pupile traktowane niczym zabawki lub dzieci często nie mają możliwości realizowania swoich naturalnych potrzeb, co powoduje u nich frustrację oraz narastający stres. A stąd krótka droga do różnych zaburzeń behawioralnych, jak niszczenie przedmiotów w domu czy załatwianie się na łóżko właściciela.

* Na kolejnej stronie przeczytasz o pumie Nubii i koreańskim przedszkolu dla psów >>

Dowiedz się więcej na temat: zwierzęta | natura | środowisko | człowiek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje