Reklama

Reklama

Filipinki: Bohaterki czy ofiary systemu?

Są młode i zdeterminowane. Wyjeżdżają z kraju, by pracować fizycznie na Bliskim Wschodzie i w Azji za 300 dolarów miesięcznie. Zostawiają rodziny i dzieci, a jednak są z siebie dumne. Nawet prezydent kraju nazywa je bohaterkami.

Za morzem

Reklama

Belgijsko-francuski film dokumentalny "Za morzem" pokazuje zjawisko, które pojawiło się na Filipinach już w latach 90-tych.

Młode kobiety jadą do pracy, zostawiając najbliższych, by przez wiele lat pracować fizycznie, jako sprzątaczki, czy opiekunki do dzieci i osób niepełnosprawnych w Arabii Saudyjskiej, Dubaju, Singapurze, Hong Kongu, czy Omanie.

W kraju działa wiele agencji, które je szkolą i pomagają w znalezieniu pracy za granicą. System ten jest powszechnie akceptowany, choć w rzeczywistości przynosi więcej złego, niż dobrego, gdyż propaguje współczesne niewolnictwo. 

Dlaczego wyjeżdżają do pracy za granicą? 

Są młode i pracowite, a część z nich ma wykształcenie i zawód, ale nie mogą znaleźć dobrze płatnej  pracy w swoim kraju. Przeciętna filipińska rodzina ledwo wiąże koniec z końcem, stąd wysłanie jednego z członków za granicę jest chwilowym rozwiązaniem problemu.

Jak mówi jedna z bohaterek filmu, teraz zamierza 10 lat pracować i pomagać rodzicom, a przez następne 10 lat będzie zbierać pieniądze na realizację swoich marzeń. Chciałaby studiować zarządzanie i otworzyć własną restaurację. Inna marzy o tym, by zostać architektem lub choćby dekoratorem wnętrz.

Większość daje pieniądze rodzinom na życie lub edukację dzieci. Przeciętnie zarabiają 300, a w Hong Kongu nawet do 500 dolarów miesięcznie.   

Jak przetrwać i nie dać się wykorzystywać pracodawcy? 

Agencje pośredniczące w znalezieniu rodziny  przed wysłaniem kandydatki do pracy długo szkolą ją, by sprawdziła się w nowej roli. Kobiety są uczone, jak sprzątać, zajmować się dziećmi, czy pielęgnować chorych. Są instruowane, jak wychodzić z sytuacji konfliktowych, bo nikt nie ukrywa, że pracodawcy bywają trudni i zbyt wymagający.

Niektórzy z nich uważają, że jak komuś płacą, to jest on ich prywatnym niewolnikiem do nieustannej pracy i kozłem ofiarnym, na którym można odreagować niepowodzenia i zły nastój. Pracownice agencji uczą dziewczyny jednej zasady - kiedy szorujesz sedes, na jego dnie zobaczysz symbol dolara.  

Jedna z kandydatek opowiada, że kiedy pracowała w Arabii Saudyjskiej, nie miała nawet własnego pokoju i spała w kuchni. W zasadzie nie był jej potrzebny, gdyż wstawała do pracy o 5 rano, a kładła się spać nawet o 2 w nocy. Wspomina, że zdarzało się, że siedmioro członków rodziny wydawało jej polecenie w tym samym czasie wymagając, żeby spełniła je natychmiast.   

Sytuacja, kiedy pracodawca nieustannie znajduje jakieś zajęcie tak, żeby pracownica nie ma czasu nawet spokojnie zjeść, czy odpocząć w ciągu dnia, jest normą. Zdarza się, że męscy członkowie rodziny molestują kobietę lub nawet gwałcą, jakby mieli to zapewnione w pakiecie ze sprzątaniem domu. Agencja uczy dziewczyny, jak reagować w takich okolicznościach i nie dać się zastraszyć.

Skoro pracują legalnie, mają prawo o takim zdarzeniu powiadomić policję lub ambasadę, czy choćby zbyt natarczywemu mężczyźnie psiknąć perfumami w oczy i uciec. Jedna z kobiet opowiada historię pewnej dziewczyny, którą pracodawca bił tak mocno, że zmarła. Jej zwłoki przez rok ukrywał w zamrażarce.

***Zobacz także***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje