Reklama

Reklama

Himalajski trekking

Poniżej prezentujemy fragment książki "Pół świata z plecakiem i mężem " Danuty Gryki, wydanej nakładem Wydawnictwa Bernardinum.

Z żalem żegnamy się z Moniką, Rafałem i Januszem. Oni idą na szlak dookoła Annapurny, a my wybieramy trek king do Sanktuarium Annapurny. Wszyscy wykupujemy taki sam bilet wstępu do Parku Narodowego Annapurny w Nepal Tourism Board w dzielnicy Bhrikuti Mandap. Zostajemy w Katmandu dzień dłużej, chcąc zobaczyć jeszcze mandale, pieczołowicie usypywane na ziemi z kolorowego piasku. Mandala to motyw artystyczny, występujący głównie w sztuce buddyzmu. To harmonijne połączenie koła i kwadratu, gdzie koło symbolizuje niebo, zewnętrzność i nieskończoność, natomiast kwadrat - sferę wewnętrzną, to, co związane jest z człowiekiem i ziemią. Obie figury łączy punkt centralny, który jest zarówno początkiem, jak i końcem całego układu. Mandale - zarówno proces ich tworzenia, jak i niszczenia - służą medytacji. Obejrzeliśmy tradycyjną mandalę na Durbar Square (dużo mniejszą niż cztery lata temu...), a po drodze na poranny autobus do Pokhary natrafiliśmy na nietypową, uroczą mandalę z płatków kwiatów, ziaren kawy i różnych zbóż.

Reklama

Jesteśmy już zmęczeni Katmandu. Z przyjemnością wsiadamy do autobusu, choć podróż do Pokhary przyjemnością nie jest. Wkrótce po wyjeździe z miasta napotykamy jakieś zbiegowisko - punkt kontrolny? wypadek? - nikt nie wie właściwie, o co chodzi. Półtorej godziny poślizgu. Mamy nadzieję, że w związku z obsuwą czasową nie będziemy już stawać po drodze na posiłek w drogiej restauracji. Ale nic z tego. To żelazny punkt programu każdego przewoźnika - dowieźć turystów do określonej knajpy, żeby dolary od białych spłynęły w odpowiednie kieszenie. Jak nie chcesz płacić, czekaj. No to czekamy. Tym razem mamy szczęście, bo obok stoją stragany, gdzie można kupić tradycyjny tani dal bhat i popić go colą. W końcu jedziemy dalej. Za oknem turkusowa rzeka, od czasu do czasu nakrapiana pontonami raftingowców. Głęboka dolina, a za nią ośnieżone szczyty Himalajów, ukazujące się od czasu do czasu ponad woalką z chmur. W wioskach dzieciaki grają w kartonową piłkę albo bujają się na bambusowych ogromnych huśtawkach. Jakaś dziewczynka skacze na bambusowej skakance. Wszędzie suszy się pranie: na domach, pod domami, na płotach, na drzewach, na mostach, na wystających z rzeki skałach. Mosty składają się zwykle z przerzuconych ponad nurtem drągów, na których osadzona jest metalowa konstrukcja-klatka. Nie wygląda to zbyt bezpiecznie. Ruch na drodze spory, mnóstwo kolorowych ciężarówek. Przydrożne rośliny pokryte są szarym pyłem. Przed samą Pokharą kolejny postój w przydrożnej restauracji. Dwieście kilometrów pokonujemy w siedem godzin.

W Pokharze miłe zaskoczenie. Spokój. Nie ma bandy nachalnych naganiaczy na dworcu autobusowym (Tomek - pamiętając poprzednią wizytę - na wszelki wypadek już był nastawiony bojowo). Korzystamy z propozycji miłego taksówkarza i jedziemy do jednego z kilkudziesięciu rodzinnych pensjonatów przy Lakeside. Okazuje się, że powstało sporo nowych obiektów noclegowych. Ceny niższe niż w Katmandu! Dokładnie odwrotnie niż cztery lata temu. Czyli ceny w Pokharze nie zmieniły się, za to w Katmandu wzrosły kilkakrotnie. Cena 100 rupii za Internet w Pokharze ostatnio wydawała nam się mocno wygórowana, teraz jest po prostu taka sama jak w stolicy. Siadamy na tarasie i wygrzewamy się w słońcu. Wciągamy pełną piersią czyste, rześkie, górskie powietrze. Teraz tu jest raj.

Przed wyjazdem z Katmandu spróbowaliśmy zarezerwować dwa ostatnie noclegi przed wylotem do Bangkoku w "naszym hosteliku" na Paknajol. Udało się. I to w tym samym pokoju, w którym mieszkaliśmy cztery lata wcześniej. W "Lilly" zostawiliśmy na przechowanie nadmiar naszego bagażu, chcąc go odebrać po powrocie z trekkingu, po czym podziękować grzecznie miłym gospodarzom i przenieść się na Paknajol. Taki był plan.

Siedzę w pokoiku w Pokharze, przeglądam szpargały z małego plecaczka i natrafiam na świstek przechowania bagażu z hotelu "Lilly". Czytam, czytam i...

Widziałeś to? - pytam nerwowym tonem.

W sensie co? - pyta Tomek, wybity z kontekstu.

Świstek od bagażu.

 No... A co?

- Takim małym druczkiem jest tu napisane, że jeśli ten, kto przechowuje bagaż, nie będzie już spać u nich w hotelu po powrocie z trekkingu, musi zapłacić 60 rupii za każdą sztukę bagażu za każdy dzień przechowywania...

Że co??

To co słyszysz. Przenosiny będą nas sporo kosztować.

- No to będziemy spać w "Lilly" jedną noc, a na ostatnią przenie­siemy się do...

- Zwariowałeś? Mam wrócić do karaluchów?

- Tyle nocy przeżyłaś, to przeżyjesz jeszcze jedną. Szkoda tylko, że już zapłaciliśmy zaliczkę za ten "nasz pokój". Przeprowadzka na jedną noc jest totalnie bez sensu.

- Bez sensu jest to, że nie przeczytaliśmy warunków przechowywania bagażu! - nie wiem, czy jestem bardziej wściekła, czy załamana.

- Już się stało. Trudno. Zamiast lamentować, zadzwoń teraz do obu hoteli i ustal ostatecznie te noclegi. Żeby potem znowu nie było niespodzianek.

Ciąg dalszy nastąpi...

Szybko mamy się przekonać, że przesadziliśmy z ilością bagażu. Niby powinniśmy być mądrzy, bo to nie pierwszy nasz trekking, ale okazuje się, że pamięć ludzka jest zawodna. Dojechaliśmy z Pokhary do Nayapul autobusem lokalnym. Przechodzimy punkt kontrolny i drogę pełną straganów dla turystów. Wkrótce dochodzimy do Birethanti. Teraz człapiemy noga za nogą drugą stroną rzeki. Jest upalnie, a plecaki przygniatają. Ważą chyba po piętnaście kilogramów. Co kawałek mijamy się z mułami, które też dźwigają. Zwykle po jednym wielkim worku ze zbożem u każdego boku. Innym razem jakieś drągi. Czasem niosą czerwone butle z gazem. Na szyjach mają zazwyczaj wielobarwne wstęgi i dzwonki dźwięczące przy każdym kroku. Muły - pułapki. Uwaga! Grożą wybuchem.

A przynajmniej poślizgnięciem na odchodach. Czasem napotykamy grupkę miejscowych z parasolami dla ochrony przed słońcem. Większość też coś dźwiga, jakieś drewno czy zielsko albo towary na handel, a w drugą stronę - zakupy z Pokhary. Czasem mija nas tragarz z rzeczami turystów. Noszą zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Wszyscy mają na plecach wiklinowe kosze, a na stopach klapki. Ruch jest całkiem spory, turyści są w mniejszości. Pojawiają się pierwsze tarasy uprawne, kamienne, bielone domki z dachami z blachy falistej, rzadziej kryte strzechą, z okiennicami pomalowanymi na niebiesko lub brązowo. Przed chatkami suszy się kukurydza, wokół latają motyle. Wiele drzew i krzewów kwitnie. Nie spodziewaliśmy się kwiatów jesienią. Krajobraz urozmaicają rzadkie, wielkie kaktusy, liczne bananowce, jest nawet całkiem duży wodospad. Ładnie. Ścieżka powoli zaczyna się wspinać. Byle do Syauli Bazar. Główna baza noclegowa jest w dole przy rzece. My idziemy dalej do "Shining River Guesthouse", nie chcąc tracić wysokości. Nocleg jest prymitywny, jak to zwykle na treku. W ogródku rosną limonki. Oprócz nas nie ma tu żadnych turystów. Na niebie miliony gwiazd i gwiazdeczek, a w uszach śpiew cykad.

Kamienna ścieżka wspina się stromo. Mozolnie, ale systematycznie zdobywamy wysokość. Widoki są wspaniałe. Zielone tarasy pól uprawnych kontrastują z bielą ośnieżonych szczytów. Z uprawianego tu prosa wyrabia się słynny mocny napój alkoholowy - raksi. Przepięknie prezentuje się stąd góra Machapuchare. Mijamy stado młodych kózek, nienaturalnie wysoką bambusową huśtawkę i coraz częściej Gurungów - lud zamieszkujący rejon miejscowości Ghandruk. Kobiety mają często w uszach i nosach kolczyki, noszą długie wzorzyste spódnice i chusty na głowach. Idziemy powolutku. Trochę dlatego, że jest ciężko, a po części dlatego, że chcemy chłonąć wszystko co widzimy wokół. Po ponad czterech godzinach wędrówki dochodzimy do wioski. Hotel "Mountain View" jest bardzo przyjemny, ma nawet elektryczność. Widoki, póki co, zasłania warstwa chmur, ale podobno jutro ma się wypogodzić. Tomek zostaje w hotelu, ja ruszam na obchód po okolicy. Jest tu całkiem sporo chat, gompa, szkoła, a nawet boisko sportowe. Wiele domów ma rzeźbione okiennice. Zaglądam do małego muzeum, gdzie zgromadzono przedmioty codziennego użytku Gurungów. Zapuszczam się w boczne uliczki. W plecionych koszach zawieszonych na progu domostw kołyszą się małe dzieci. Te większe pomagają rodzicom w domowych pracach - często spotykam kilkulatki dźwigające na plecach chrust czy inne rzeczy. Jakaś babcinka skubie wełnę, ktoś inny rozrzuca ziarno do suszenia, tam mężczyzna siedzi na ziemi przed domem z maszyną do szycia...

Uwielbiam górską wspinaczkę. Uwielbiam to zmęczenie, kiedy po kilku godzinach wysiłku docierasz na szczyt, patrzysz w dół i po prostu jesteś szczęśliwy. Chłoniesz widoki i natychmiast zapominasz o całym trudzie. Uspokajasz oddech i patrzysz. Jesteś tu i teraz. Wiesz, że potem czeka cię tylko dużo mniej męczące zejście. Nie mówię tu oczywiście o wyczynach alpinistów czy himalaistów, kiedy zejście bywa zwykle dużo bardziej niebezpieczne niż wejście, tylko o górskich wędrówkach zwykłego śmiertelnika.

Z trekkingiem jest trochę inna historia. Na efekt "tu i teraz" pracuje się czasem kilka dni. Najbardziej lubię te fragmenty trasy, kiedy zdobędzie się już konkretną wysokość i ścieżka trawersuje albo delikatnie idzie w górę lub w dół. Nie męcząc się wówczas przesadnie, można ze spokojem kontemplować widoki. Szlak z Ghandruk do Chomrong to 300 metrów podejść i 320 metrów zejść. Wspinamy się mozolnie i stromo na przełęcz po to, żeby chwilę później znów zejść do poziomu rzeki. I zabawa zaczyna się od nowa. Do góry, krok po kroku, aż do Chomrong. Zamiast uczucia radości i satysfakcji, raczej wkurzenie, że tyle wysiłku "na marne". Bilans dnia: zero. To oczywiście tylko pozory. Nie zyskujemy na wysokości, ale każdego dnia zbliżamy się do Sanktuarium - naszego celu. Przydałby się most przerzucony wysoko ponad głęboką doliną Kimrong Khola...

Plecaki ciążą. Biali, którzy nas mijają, kiwają z podziwem gło­wami. Albo mają małe plecaki, albo swoich tragarzy. Ci ostatni dziwią się, że tyle niesiemy. No ale oni niosą znacznie więcej, średnio po trzydzieści kilogramów, nawet ci bardzo młodzi. Na czole obowiązkowo pasek, odciążający plecy i barki. Zwykłe, zachodnie plecaki turystów noszą w ten sam sposób. Ciekawe, czemu producenci plecaków jeszcze na takie rozwiązanie nie wpadli? Lata doświadczeń himalajskich tragarzy o czymś chyba świadczą. A może to tylko przyzwyczajenie i tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie każą Nepalczykom właśnie w ten sposób nosić bagaże? W podobny sposób można chyba wytłumaczyć to, że tragarze chodzą w klapkach, bardzo rzadko w innym obuwiu, typu adidasy. A tragarza w butach trekkingowych jeszcze nie widziałam.

Idziemy dwa razy dłużej niż podaje przewodnik. Mijane wioski są bardzo kolorowe od kwitnących krzewów i kwiatów. Tarasy, trochę lasów, ale jak na złość nie ma bambusów. Liczyliśmy na nie, żeby zrobić sobie kijki trekkingowe. Szłoby się znacznie łatwiej.

Jesteśmy już blisko Chomrong, kiedy zauważam, że podeszwy moich butów jakoś dziwnie odstają. Przysiadam na kamieniu i oglądam je dokładnie. Włosy stają mi dęba: podeszwy moich niezawodnych od pięciu lat butów Chiruca po prostu się rozpadły! Z tyłu się rozkruszyły, z przodu zaczęły pękać, ukazując spod spodu purchawkę. No tak. Wygodne sandały, które od biedy mogłyby zastąpić moje buty, zostały w hotelu "Lilly" z karaluchami. Jedyne obuwie, które niosę ze sobą, to wytarte niebieskie klapki, lat sześć czy siedem. Podeszwa zjechana prawie do zera. Nadają się tylko pod prysznic. Od biedy.

No, w tych butach dalej nie pójdziesz - stwierdza Tomek.

To wiem.

- Zejście, dojazd do Pokhary, zakup butów i powrót to minimum cztery dni.

- Nie mamy tyle czasu.

- No to możemy zejść do Pokhary i zrobić sobie potem tylko krót­ki spacerek po okolicy.

- Co? Po takiej wspinaczce teraz mamy rezygnować? Nie ma takiej opcji.

- To wymyśl coś mądrzejszego.

- Właśnie próbuję... Tak naprawdę to cały but jest w porządku, więc jakby tak przyczepić od spodu kawałek jakiejś gumy...

Brzmi całkiem niegłupio. A mogą być japonki?

Ciekawe, skąd je weźmiesz.

Widziałem takie na dole. Może jakiś turysta zostawił, a może leżą tam dla gości... W tempie błyskawicy pędzę na dół. Leżą. Przykładam do moich butów. Rozmiar idealny. Teraz musimy znaleźć jakiś klej. Pytam zatem naszą gospodynię. Ma napoczętą tubkę Super Glue. Za mało. Poza tym Tomek twierdzi, że taki klej nie zda egzaminu. Następnego dnia rano idziemy w dół wioski na poszukiwania. Ktoś deklaruje się kupić dobry klej i nam go przynieść, ale czekamy, czekamy i nic. Wracamy bez kleju. Gospodyni naszego hoteliku znajduje jeszcze jedną tubkę Super Glue. Tomek robi próbę i na szczęście jego obawy się nie sprawdzają: wydaje się, że klej trzyma. Nalega też, żeby przed dalszą drogą sprawdzić, jak się buty sprawują w akcji. Idę tym razem w górę wioski, popytać w guesthousach, czy nie mają kleju. Przyda się go więcej w razie kłopotów. Maszeruję żwawym krokiem, rozpiera mnie energia. Idzie się bardzo wygodnie, nawet bardziej miękko niż przedtem, bo japonki dodają amortyzacji. Egzamin wstępny zdany na piątkę. Klej też się znalazł. Jutro czas próby generalnej.

Trasa z Chomrong (2170 m n.p.m.) do Bamboo (2335 m n.p.m.) to znowu mnóstwo zejść i podejść, a zysk wysokości bardzo mizerny. W starej wiosce Chomrong są do kupienia adidasy. Nie kupuję, bo idzie mi się doskonale. Wzbudzam nawet lekką sensację jako posiadacz "new model of shoe 2009"! Za miejscowością Sinuwa wreszcie wchodzimy w las, gdzie pośród starych omszałych dębów i rododendronów rosną bambusy. Wspinam się na skarpę i z pomocą składanego nożyka pozyskuję na nasz użytek dwa solidne pędy. Teraz Tomek, z pomocą tego samego nożyka, docina je, przycina i piłuje. Jednak ten nożyk to mistrzostwo świata. Ja byłam mu przeciwna. Waży kilkakrotnie więcej niż klasyczny scyzoryk i jest dla mnie nieporęczny. Ale wszędzie go z sobą nosimy. A teraz muszę przyznać, że jego dodatkowe funkcje, takie chociażby jak piła, doskonale się przydają. Uzbrojeni w doskonałe, naturalne, wspaniale odciążające stawy kolanowe kijki trekkingowe, ruszamy pełni nowej energii w dalszą drogę. Wokół fruwają motyle, śpiewają ptaki i cykają cykady. Kwaterujemy się w "Buddha Guest House", gdzie na podwórku pasą się młode kózki, a gospodarz wyplata zawodowo bambusowe maty.

- Nie jest dobrze - oświadcza niespodziewanie Tomek przy wieczornym posiłku.

- Jak nie jest, jak jest? Buty dają radę, z kijkami idzie się lepiej... - wyliczam, cudownie odświeżona po gorącej kąpieli.

- Przyjrzyj mi się.

Połowa twarzy mojego małżonka jest wyraźnie spuchnięta. Aż dziwne, że tego nie zauważyłam wcześniej. Zaczynam coś podejrzewać.

 Boli cię ząb, tak?

Boli.

Od kiedy?

- Zaczęło mnie pobolewać w południe, potem niby przeszło. Teraz jest już bardzo kiepsko. Jak do rana nie przejdzie, to schodzimy.

Że co? - nie wierzę własnym uszom.

Przecież nie pójdę do góry z opuchniętym i obolałym ryjem!

Antybiotyki!

Zostawiliśmy w Katmandu.

- Niech to szlag! Może pójdziemy na górę i tam poszukamy lekarza? Założę się, że jest teraz jakaś wyprawa na Annapurnę, a każda wyprawa ma swojego lekarza.

- Nie pójdę do góry, nie mając pewności, że tam będzie jakiś lekarz, rozumiesz?

Próbuję się czegoś dowiedzieć, ale nie udaje mi się potwierdzić obecności lekarza w Annapurna Base Camp (ABC). Gospodarze twierdzą, że najbliższy pewny lekarz jest w... Pokharze. Tomek łyka porcję paracetamolu i idziemy spać, pełni czarnych myśli co do przyszłości naszej wyprawy.

Do rana Tomek spuchł tak, że prawe oko jest prawie niewidoczne. W lewym widzę pełną rezygnację. Listek paracetamolu prawie oskubany do zera. Wybiegam na zewnątrz.

- Przepraszam, jest tu może jakiś lekarz? - rzucam w kierunku grupki turystów.

- Żona jest pielęgniarką - odpowiada ktoś.

Sympatyczna pani niewiele może jednak pomóc. Chce nam dać środki przeciwbólowe, ale my mamy jeszcze własny zapas. Idę wyżej. Tu też jest kilka hotelików, ale nie ma lekarza. Próbuję dalej i wreszcie słyszę upragnione:

- Tak, jestem lekarzem. A co się stało?

Krótko wyjaśniam, o co chodzi, a pani doktor, Amerykanka, pro­si, żeby Tomek przyszedł na oględziny. Biegnę więc po niego.

- Nie wygląda to dobrze - oświadcza chwilę później pani doktor - ale mam bardzo silny antybiotyk. Jakby pan wziął dawkę uderze­niową, jest szansa, że pomoże.

- Ojej, suuuuper! Moglibyśmy kupić od pani ten antybiotyk?

- Kupić? Eee, nie, dam wam go, tylko że... Nasi tragarze zeszli już do Chomrong, a wraz z nimi nasza apteczka. Przykro nam.

- A jakbyśmy może... - szare komórki aż mi skwierczą z wysiłku, bo czuję, że to nasza ostatnia szansa - wynajęli tragarza, który by zszedł do wioski, gdzie będą dzisiaj panie nocować, wziął te leki i przyniósł je nam tutaj?

- Dobra myśl. Jak się państwu uda wynająć tragarza, nie ma żadnego problemu. Tylko proszę zapamiętać: jeśli po wzięciu tabletek w ciągu dwudziestu czterech godzin nie będzie lepiej, trzeba natychmiast schodzić. W razie poprawy radziłabym poczekać tu chociaż dwa dni dla pewności. Tam, w górze, taki stan zapalny mógłby się zakończyć tragicznie. Poza tym niech sobie pan to opuchnięte miejsce nagrzewa, w słońcu, termoforem, jakkolwiek.

- Przecież możemy poprosić jednego z naszych tragarzy, żeby skoczył do Bamboo z lekami - proponuje nagle towarzyszka pani doktor.

Żadne słowa nie potrafią wyrazić naszej wdzięczności...

Około piętnastej melduje się w naszym hoteliku tragarz z paczuszką i listem od pani doktor z informacją, jak brać leki i z życzeniami zdrowia. Nawet nie odpoczywa, tylko kasuje 600 rupii i rusza w drogę powrotną. Ten to ma zdrowie! Tomek łyka medykamenty według zaleceń i czekamy. Od gospodyni dostajemy trochę cieknący termofor i termos z wrzątkiem. Tomek leży w łóżku i się kuruje. Następnego dnia jest już widoczna poprawa. Będzie dobrze.

Tomek doszedł do siebie, więc ruszamy dalej. Postanawiamy zostawić dużą część bagażu w Bamboo. Będziemy tędy wracać. To jedna z naszych najlepszych decyzji. Szkoda, że nie wpadliśmy na to w Chomrong!

Czujemy się, jakbyśmy szli "na lekko". Różnica jest kolosalna. Nie dość, że mamy kijki, to jeszcze dużo lżejsze plecaki. Byle nie było już więcej niespodzianek! Prawie fruwam, choć jest sporo podejścia. Ale te podejścia są logiczne, systematycznie nabieramy wysokości. Albo jest pod górkę, albo po płaskim. To rozumiem. Szlak wiedzie przez ładne lasy - klony i dęby mienią się w słońcu wszystkimi kolorami jesieni. Mijamy kilka wysokich wodospadów. Niektóre rozdzielają się po drodze na tysiące odnóg, opadając z hukiem do rzeki. Kilka razy przekraczamy ją lub jej dopływy po prowizorycznych kładkach. Jesteśmy w Deorali na wysokości 3100 metrów n.p.m. Mój klapek trochę odkleja się od buta, ale bez paniki: nadaje się do naprawy. Po pysznym posiłku oglądamy nieziemski spektakl. Chmury raz zasłaniają, raz odsłaniają oświetlone na poma­rańczowo zachodzącym słońcem szczyty. Nie mogę oderwać oczu. Po zmroku wcale nie jest mniej ciekawie. Jasno błyszczący księżyc ponad ostro zarysowanymi krawędziami gór. Połowa hoteliku wylega na zewnątrz, usiłując zatrzymać tę chwilę na kartach pamięci aparatów. Nikt nie zwraca uwagi na zimno. Wracamy do środka na herbatę, żeby chwilę później wyjść na dwór na kolejny spektakl. Gwiazdy.

Tysiące gwiazd na wyciągnięcie ręki. Siedzimy na ławce i gapimy się w niebo. Mam wrażenie, jakbyśmy byli jego częścią. Nasze "tu i teraz". Może jednak wszystko się uda?

Dzisiaj relaks. Trasa przewidziana na dwie godziny. Idziemy sobie pomalutku, z przyjemnością. Krajobraz robi się coraz bardziej surowy. Jakieś wątłe bambusy, potem już tylko zeschnięta trawa. Widok na ośnieżone szczyty coraz rozleglejszy. Było lato, była jesień, teraz przyszła pora na zimę. Machapuchare Base Camp (MBC) na 3700 m n.p.m. położona jest w przepięknym miejscu. Widzimy stąd, częściowo zakryty chmurami, wierzchołek Annapurny I, Gangapurnę, Glacier Dome i oczywiście Machapuchare. Korzystając z ciepłych promieni słońca, wdrapujemy się na pobliską stację meteorologiczną. Leżymy w trawie, a wokół nas ośnieżone himalajskie szczyty i łopoczące na wietrze flagi modlitewne...

- Cześć!

- Cześć - odpowiadamy, nieco ogłupiali. Nie spodziewaliśmy się tu nikogo, a tym bardziej Polaka.

 Słyszałem, że rozmawiacie po polsku. Skąd jesteście?

Z Poznania.

 Ja ze Szczawnicy, a mój kumpel też z Poznania. No, nie przeszkadzam, na pewno się jeszcze spotkamy w hoteliku. Tak szybko, jak się pojawił, tak zniknął.

- Ej, czy mi się wydawało, że gadaliśmy przed chwilą z jakimś Polakiem?

- Ano, Polaka spotkać można wszędzie. Nawet w sercu Himalajów.

Jakiś czas później poznajemy Poznaniaka i jeszcze parkę z Gdańska. Cała MBC należy dziś wyłącznie do Polaków! Nawet gospodarz hoteliku mówi parę słów po naszemu. Wspomina ciepło Jerzego Kukuczkę. Jest okazja, żeby wymienić doświadczenia, poopowiadać anegdotki z podróży. Zachodzi słońce i z minuty na minutę robi się coraz zimniej.

- Musicie to zobaczyć! - wbiega do jadalni chłopak ze Szczawnicy.

Poznaniak, rozebrany do slipek, polewa się wodą z węża i z okrzykami radości namydla całe ciało. Woda jest prosto z rzeki! Na sam widok zaczynają mną wstrząsać dreszcze. Temperatura na zewnątrz spada poniżej zera, załączony obrazek tylko utwierdza nas w przekonaniu, że kąpieli dziś nie będzie. Zarządzamy tak zwany "dzień dziecka". Opatuleni we wszystkie ciepłe ciuchy i popijając rozgrzewającą herbatę z rumem (dzięki, chłopaki!) podziwiamy, jak księżyc całuje sam czubeczek Machapuchare.


 

materiały promocyjne
Dowiedz się więcej na temat: książka | podróże | fragment

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje