Hugo-Bader: "Biała gorączka". Posłuchaj fragmentów audiobooka!

"Postsowiecki świat opisany przez Hugo-Badera to rzeczywistość w delirium tremens... W takie obszary turyści się nie zapuszczają, nie rekomendują ich też biura podróży". Na rynek trafił właśnie audiobook znanego polskiego reportażysty.

Jacek Hugo-Bader przejechał trzynaście tysięcy kilometrów z Moskwy do Władywostoku starym, psującym się łazikiem. Opisał Rosję i republiki poradzieckie bez upiększania i tłumaczenia.

Reklama

Z książki wyłania się obraz smutnej, rosyjskiej rzeczywistości - pijaństwa, narkomanii, prostytucji. Autor opisuje ten świat bez upiększania i mrugania okiem do czytelnika. 

"Rozczarowany będzie ten, kto oczekuje, że "Biała gorączka" ukaże mu współczesną Rosję jako państwo, system, jedność. Nic bardziej mylnego. Autor buduje jej obraz - a także innych poradzieckich republik - na podstawie napotkanych ludzi i ich historii. W jego oczach każdy, nawet najbardziej szary i przeciętny obywatel staje się częścią społeczeństwa. A jego opowieści - świadectwem życia w Związku Radzieckim oraz w tym, co po nim zostało" - napisał w recenzji Seweryn Lipoński.


W książce Hugo-Badera nie znajdziemy zbyt wiele polityki. Bohaterowie tej opowieści koncentrują się na kwestiach bardziej przyziemnych - otacza ich bieda, żyją w trudnych warunkach. I o tym właśnie snują opowieści. 


"Ryszard Kapuściński opisywał imperium z lotu ptaka; uchwycił mechanizmy myślenia, zachowań, procesów. Hugo-Bader opisuje imperium z perspektywy wałęsającego się psa; chwyta mechanizmy myślenia, zachowań, procesów i na dodatek szczura za ogon" - napisał o "Białej Gorączce" Mariusz Szczygieł.

Audiobook ma 11 godzin i 40 minut. Czytają Jacek Hugo-Bader i przyjaciele. 


Przeczytaj fragment "Białej gorączki" Jacka Hugo-Badera:

Maską w stronę wiatru Modliłem się tylko, żeby nie nawalił mi w nocy w tajdze i żebym nie spotkał bandytów. Na pierwsze z tych nieszczęść byłem przygotowany, na drugie - nie. Byłem chyba jedynym wariatem, który przez ten straszny ocean lądu podróżował bez broni, do tego samotnie.

Ulubionym sportem miejscowych jest strzelectwo. Jadą normalnie, po prawej stronie drogi, ale kierownicę też mają z prawej, bo to samochody z Japonii. Trzymają ją w lewej ręce, więc prawą mogą bardzo łatwo wystawić przez okno i walić w biegu z tego, w co są uzbrojeni, do tablic informacyjnych, znaków drogowych i reklam.
Na wschodzie Syberii nie widziałem jednego drogowskazu, żeby nie był podziurawiony jak durszlak. Małe i duże kalibry, ogień pojedynczy, serie, a czasem ogromne wyrwy po śrutowej "armacie". A co kilkadziesiąt kilometrów wrak spalonego samochodu. Na pewno zepsuły się w zimie, i to nocą, a ich zrozpaczeni właściciele podpalali je, żeby się ogrzać. Jest mała szansa, że dzięki temu przeżyli.

Noc

Partacze.
Przed wyjazdem powinni się byli dowiedzieć, jak przetrwać zimową noc w tajdze.
Zawsze stawiam samochód maską w stronę wiatru. Na wszelki wypadek. Jeśli wieje z innej strony, może tłoczyć trujące spaliny do środka.
Zostawiam samochód na wolnych obrotach, żeby grzał. Paliwa nie zabraknie, bo zużywa tylko około jednego litra na godzinę, a mam przecież co najmniej pół zbiornika.
To najświętsza zasada podróżowania w zimie samochodem po Syberii. Tankować tak często, żeby zawsze było co najmniej pół zbiornika. Jednak przed ułożeniem się do snu zawsze wyłączam silnik. Za duże ryzyko. Wiatr zmieni w nocy kierunek, i już się nie obudzę. Ale włączam budzik w telefonie. Co dwie godziny zrywam się i odpalam samochód, żeby popracował dziesięć, piętnaście minut. Nie chodzi nawet o to, żeby podgrzać kabinę, tylko silnik i miskę olejową. I podładować akumulator. Już przy trzydziestu stopniach mrozu nie ma szans, żeby bez tych manewrów auto rano odpaliło, bo olej silnikowy robi się gęsty jak plastelina. Raz przy takiej temperaturze dolewałem go do silnika i przy okazji uzupełniałem płyn hamulcowy i do wspomagania. Wszystkie były tak gęste, że nie chciały wylecieć z butelki.
Ale załóżmy, że rozładował się telefon i nie obudziłem się aż do rana. Trzeba rozpalić ognisko. Oczywiście nikt rozsądny nie podróżuje przez Syberię bez siekiery. Rąbiesz drewno i ustawiasz stos, ale nie podpalisz go nawet benzyną, bo jest straszny mróz, wiatr i wszystko uwalane w śniegu. Woziłem ze sobą w bańce gotową mieszankę benzyny z olejem silnikowym w proporcjach jeden do jednego. Od tego zajmie się nawet mokre drewno.
Ale załóżmy, że utknąłem na zabajkalskich stepach, a nie w tajdze. Nie ma opału. Ale ja mam go ze sobą. Z Europy wiozę na Sybir karton drewna. Rzecz jasna nie chodzi o to, żeby pogrzać ręce. Trzeba wziąć ognisko na łopatę (jest tak samo ważna jak siekiera) i wsunąć je pod samochód, ogrzać silnik, a przede wszystkim miskę olejową. Równie dobrze mogę to zrobić palnikiem benzynowym. To bardzo proste urządzenie podobne do małego miotacza płomieni, które kupiłem w sklepie z żelastwem za sześćset rubli (sześćdziesiąt złotych).
Ale załóżmy, że mróz jest tak straszny, a ty spałeś tak długo, że akumulator rozładował się do zera. Ja mam drugi. W kabinie, gdzie jest znacznie cieplej. Nie muszę go nawet przenosić, bo
połączony jest z pierwszym kablami. Wystarczy przestawić przełącznik.
Ale załóżmy, że zepsuł się silnik, który cię grzeje. Musisz przetrwać co najmniej do rana. Wprawdzie Sybiracy mają powiedzenie, że u nich nawet wroga nie zostawia się samego w tajdze, ale nie dotyczy to sytuacji drogowej i nocy. Ruch wtedy bardzo maleje, choć nie zamiera, lecz nie ma takiej siły, która zmusiłaby rosyjskiego kierowcę, żeby zatrzymał się po zachodzie słońca. Boją się bandytów.
Najlepszym rozwiązaniem jest webasto, autonomiczne ogrzewanie napędzane małym silnikiem spalinowym, które grzeje niezależnie od pracy samochodu. Kosztuje tysiąc euro, więc poskąpiłem sobie, ale mam małą maszynkę turystyczną do gotowania, którą rozpalam w kabinie, a przed pójściem spać gaszę, żeby oszczędzać gaz. W nocy grzeje mnie jedna albo dwie świece, które ustawiam na podłodze. Najniższa temperatura, przy której spędziłem noc w samochodzie, nad ranem spadła do minus trzydziestu sześciu stopni, a w kabinie było tylko piętnaście stopni mrozu.
Oczywiście mam wspaniały puchowy śpiwór i puchową kurtkę, i zawsze zapas picia i jedzenia na kilka dni.

 




Dowiedz się więcej na temat: audiobook | książki | e-book

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje