Reklama

Reklama

Kilkanaście świadectw obozowych zawiera słowo "moda"

- Kiedy tylko zmienimy sposób patrzenia, okazuje się, że temat mody czy posługiwania się ubraniem jest obecny w wielu książkach, wspomnieniach, relacjach (zarówno kobiecych, jak i męskich), a nawet lekturach szkolnych. Po prostu nie nauczono nas, by postrzegać to zagadnienie jako istotne - mówi Karolina Sulej, autorka książki "Rzeczy osobiste. Opowieść o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady".

Katarzyna Pawlicka, Interia: Dlaczego w dominującej narracji o Zagładzie nie było do tej pory miejsca na teksty, rozmowy czy książki o ubraniach i rzeczach osobistych?

Reklama

Karolina Sulej: - Jak zwykle, gdy mamy do czynienia z tak mocnym przemilczeniem, jest kilka powodów. Po pierwsze, pozycjonowanie ubrań w kulturze jest ściśle związane z czasem dobrobytu. Popularna definicja mody jest zbudowana w oparciu o nabywanie dóbr, kojarzy się z działalnością błahą, na którą możemy pozwolić sobie tylko w ramach ekscesu, w dobie prosperity. W związku z taką definicją i perspektywą naturalnie wykluczaliśmy ten obszar działalności ludzkiej podczas myślenia o czasie Zagłady, niedoboru, wojny i kryzysu. Ja rozumiem tymczasem modę antropologicznie - to po prostu sposób posługiwania się ubraniem, a tym samym część naszego codziennego bycia w świecie.

- Po drugie, opowieść o rzeczach i ubraniach jest naturalnie opowieścią o cielesności i codzienności. Ten temat był bardzo długo wypierany z narracji o Zagładzie przez dwie inne, epickie i skoncentrowane na ideach: jedną połączoną z ideologią socrealistyczną, która stawia na pierwszym miejscu idee komunistyczne oraz drugą wynikającą z wartości chrześcijańskich, związanych z Bogiem i narodem. Te wielkie narracje wypierały opowieści codzienne, nie zawierające pierwiastków marytyrologicznych bądź stereotypowo heroicznych. Sfera związana z cielesnością została szybko uznana za wstydliwą, uwłaczającą, a nawet obraźliwą dla pamięci. Zwłaszcza, że nie chcieliśmy podejmować refleksji nad moralnością tego czasu.

- Po trzecie, patriarchat. Z opowieści historycznych często ruguje się doświadczenie kobiece, albo to, co za takie się uznaje: ubranie, ciało, emocje, seksualność, skupienie na rzeczach codziennych.

- Temat cielesności i rzeczy osobistych zakorzenia mocno w konkrecie, realności opowieści. Zbliża do doświadczenia jednostkowego, przedstawionego z reporterską dokładnością. Wymaga jednak empatii i przesterowania myślenia o historii na inne rodzaje heroizmu i sposobu opowiadania niż te, do których zostaliśmy przyzwyczajeni.

Kiedy pojawiły się pierwsze sygnały, że być może warto przyjrzeć się tematowi indywidualnych, często intymnych, doświadczeń oraz rzeczy i czynności z nimi związanych?

- Opowieść rzeczy to wciąż nowość i w historiografii, i w ogóle w myśleniu o Zagładzie. Istotne postępy w pamięci i opowieściach, które dotyczyły kobiet, dokonały się w latach 80. i 90. XX wieku, wraz z konferencją w Stern College w Nowym Jorku i przełomowymi tekstami badaczek - szczególnie amerykańskich, jak Joan Ringelheim. W Polsce bardzo istotna dla narodzin herstorii (historii opisywanej z perspektywy kobiecej, ze szczególnym uwzględnieniem doświadczenia kobiet) była inicjatywa "Powstanie w bluzce w kwiatki", w ramach której powstanki opowiadały między innymi, co miały na sobie w czasie powstania czy jak radziły sobie z okresem. Nagle okazało się, że doświadczenie związane z ciałem wcale nie jest zapomniane przez więźniów czy osoby, które przeżyły wojnę. Wręcz przeciwnie - jest bardzo mocno obecne, wyraziste, zapamiętane aż do mikroszczegółu. Tylko nasza niewiedza, ignorancja czy doraźne cele polityki społeczno-historycznej sprawiły, że tych opowieści nie ma.

- Żeby one mogły się wreszcie pojawić, na płaskim obrazie wojny, z którym czujemy się komfortowo, musiały pojawić się szczeliny. Szczeliny istnienia, można powiedzieć za Jolantą Brach-Czainą, w których widać materialność, codzienność, rytuał. Zmiana optyki sprawia, że możemy te historie bardziej poczuć, także zmysłami. To bardzo ważne, żebyśmy uświadomili sobie, że posiadamy w naszej kulturze narzędzia przetrwania, dotąd przemilczane i niezauważane. Narzędzia, które są wyciosane z cielesnego bycia w świecie. Właśnie o tych narzędziach przetrwania, ale także o tym, jak materialność może służyć do zadawania bólu, może być wyrazem okrucieństwa, jest moja książka. Mówiąc najprościej - jest o tym, że można poprzez ubranie czy przedmiot człowieka zniszczyć albo uratować.

Sami więźniowie nie mieli chyba potrzeby, by zatajać takie szczegóły z obozowego życia, jak np. walka o czystość bielizny, nie mieli poczucia, że to ujmuje ich bohaterstwu?

- Nie, to wyłącznie nasze ogromne niedopatrzenie, które zresztą zaczyna się już niedługo po wojnie. Kiedy tylko zmienimy sposób patrzenia, okazuje się, że temat mody czy posługiwania się ubraniem jest obecny w wielu książkach, wspomnieniach, relacjach (zarówno kobiecych, jak i męskich), a nawet lekturach szkolnych. Po prostu nie nauczono nas, by postrzegać to zagadnienie jako istotne. Podczas rozmów z więźniami nie spotkałam się z żadnym oporem, oburzeniem. Czasem wręcz słyszałam słowa wdzięczności. Wystarczyło zadać pytanie i okazywało się, że wspomnienia dotyczące ubrań były na wierzchu, jakby tylko czekały na zachętę. Więźniowie często przechowywali przez lata rzeczy, z którymi wyszli z obozu. Nie tylko jako ślad zbrodni, ale też jako pamiątkę po nich samych z tamtego okresu. Te obiekty odsyłały ich pamięć do zdarzeń z przeszłości i zasilały wspomnienia.

- Dla mnie uważne przyglądanie się rzeczom jest kolejnym sposobem, by walczyć z negacjonizmem. Przedmioty czy ubrania dociążają opowieść o Zagładzie dużo bardziej, niż kolejne narracje o "niewyobrażalnym". Moja książka jest też napisana po to, żebyśmy umieli je dostrzegać w dzisiejszym świecie, bo wcale nie przeminęły razem z historią.

Kwestia "niewyobrażalności" była też głównym zarzutem w przypadku reprezentacji estetyzujących w taki czy inny sposób Zagładę. Jasno przeciwstawiasz się tej narracji przez przyjrzenie się szczegółowi i konkretowi.

- Idę wyłącznie za świadectwem, za słowem ocalałych. Tylko ich pamięci słucham. A to oni uznali pewne narzędzia służące do przetrwania za istotne - jednym z tych obszarów, który wpływał znacząco na być albo nie być w obozie był zaś ubiór. Dlatego nie możemy go marginalizować. Mamy pewne wyobrażenia o tym, co mogło być naprawdę ważne podczas funkcjonowania w kryzysie, w cieniu śmierci. Ale to tylko nasze rozważania. Gdy skonfrontujemy je z pamięcią ocalałych, musimy przyjąć do wiadomości, że nasza piramida postrzegania potrzeb codziennych w kulturze powinna zostać odwrócona. Rzeczy osobiste nie są ekscesem, na który możemy pozwolić sobie tylko wtedy, gdy wszystkie inne potrzeby są zaspokojone. Przeciwnie - one są podstawą. Jeżeli nie możemy zaspokoić potrzeby zaznaczania w naszym wyglądzie - przez jakieś akcesorium, strój, higieniczny zabieg - tożsamości, biografii, płci i tego, kim jesteśmy, przestajemy mieć siłę, by żyć.

Więcej o książce Karoliny Sulej "Rzeczy osobiste. Opowieść o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady" przeczytasz TUTAJ

Dowiedz się więcej na temat: Zagłada | strój | obóz koncentracyjny | II wojna światowa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje