Reklama

Reklama

Kryzysy w małżeństwie Melanii i Donalda Trumpów

Melania Trump to jedna z najbardziej tajemniczych Pierwszych Dam USA. Niektórzy twierdzą, że jest tylko śliczną marionetką w rękach męża, inni – że to ona pociąga za sznurki, nie tylko w małżeństwie, ale i w polityce. Poniżej publikujemy fragment rozdziału zatytułowanego "Małżeństwo" z pierwszej nieautoryzowanej biografii pierwszej damy pt. "Uwolnić Melanię" autorstwa Kate Bennett.

Nie zawsze jest to przyjemne, ale ja wiem, co jest słuszne, a co nie, i co jest prawdą, a co fałszem.

Melania Trump

Jest już tradycją, podobnie jak niemal wszystko w Białym Domu, że wieczorem w dniu wygłoszenia jednego z najważniejszych zapewne przemówień w amerykańskiej polityce prezydent Stanów Zjednoczonych jedzie na Kapitol w tym samym samochodzie co pierwsza dama. Nie jest to zasada wyryta w kamieniu, ale właśnie tak zawsze było. Jednak niespełna godzinę przedtem, zanim prezydent Trump miał wyruszyć z Białego Domu do odległego o cztery kilometry gmachu Kapitolu, żeby wygłosić swoje pierwsze orędzie o stanie państwa, jego personel otrzymał wiadomość: pierwsza dama z nim nie pojedzie.

Reklama

Tego wieczoru, gdy ta wiadomość trafiła od Melanii poprzez jej pracowników do personelu prezydenta, Secret Service, pracowników rezydencji i dalej, nikt nie powiedział ani słowa. Zrobiło się zbyt nerwowo, żeby gadać o napięciach w małżeństwie pana i pani domu, a cisza, gdy Biały Dom szykował się do wyjazdu Melanii solo, aż dzwoniła w uszach. Zadanie podzielenia się tą wieścią z ówczesnym szefem prezydenckiego personelu, Johnem Kellym, przypadło w udziale Reynolds, szefowej personelu pierwszej damy. Wszystko w tej sytuacji było nieprzyjemne, ale nikt nie miał odwagi się odezwać ani zadawać pytań - tego chciała Melania i dlatego tak się stanie.

Normalnie, gdy pierwsza para, razem, przybywa na Kapitol, pierwsza dama udaje się do przedpokoju, żeby poczekać niemal do samego rozpoczęcia orędzia, zanim zajmie swoje miejsce wraz z gośćmi na galerii. Po przybyciu na salę prezydent ściska dłonie zebranym, gawędząc z kongresmenami i senatorami, wiceprezydentem i przewodniczącym Izby Reprezentantów. Następnie wykonuje "zadanie", przedstawiając swoje przemyślenia i plany dla kraju, którym rządzi; pierwsza dama występuje tam w jakże częstej roli drugoplanowej, żeby okazać poparcie dla jego słów, zaprezentować (znowu zgodnie z oczekiwaniami) ludzką stronę prezydentury i w ogóle wyglądać ślicznie, uśmiechać się i machać do zebranych.

Dla Melanii to niezupełnie ciężar ponad siły. Jedyny problem polegał na tym, że 30 stycznia 2018 roku, w dniu, w którym miało zostać wygłoszone orędzie o stanie państwa, pierwsza dama nie miała zbytniej ochoty wspierać swojego męża.

Więcej o książce "Uwolnić Melanię" autorstwa Kate Bennett przeczytasz TUTAJ

Po 31 grudnia 2017 roku Trumpowie nie pokazywali się razem na forum publicznym. 12 stycznia "The Wall Street Journal" przekazał wiadomość, że Stormy Daniels (prawdziwe nazwisko Stephanie Clifford), gwiazda filmów porno, w październiku 2016 roku otrzymała od Michaela Cohena, długoletniego prawnika i załatwiacza Trumpa, sto trzydzieści tysięcy dolarów za podpisanie umowy zobowiązującej ją do milczenia w sprawie romansu, który rzekomo nawiązała z Donaldem Trumpem w lipcu 2006, czyli półtora roku po tym, jak ożenił się z Melanią, i cztery miesiące po narodzinach Barrona. Była to sensacyjna wiadomość rodząca najrozmaitsze konsekwencje prawne dla prezydenta, ale i potężny cios dla pierwszej damy.

Zbliżało się najważniejsze dotychczas przemówienie w kadencji Trumpa, jego pierwsze orędzie o stanie państwa, ale relacja CNN zaczęła się od mojej najświeższej informacji, że Melania wyjechała z Białego Domu osobno, i filmu ukazującego kawalkadę jej pojazdów pędzących Pennsylvania Avenue w kierunku Kapitolu. Kilka minut później pokazano film na żywo z prezydentem wsiadającym do Bestii, bez małżonki. Był to pozbawiony upiększeń portret osamotnionego, skarconego, najbardziej wpływowego człowieka na ziemi. Jedną szybką, podjętą w ostatniej chwili decyzją Melania zadała karzący cios potędze prezydenta w jednym z najważniejszych dni w jego karierze.

Rzeczniczka Melanii, Stephanie Grisham, powiedziała mi, że pierwsza dama pojechała na Kapitol sama, żeby móc spędzić więcej "cennych chwil" z piętnaściorgiem specjalnych gości, których zaprosiła do udziału w ceremonii w swojej loży.

Kolejną częścią tradycji wieczoru orędzia jest to, że pierwsze damy goszczą w swojej loży osoby, o których zazwyczaj prezydent wspomina w swoim przemówieniu. Tamtego wieczoru Melania gościła żołnierza piechoty morskiej, który został ranny w walce, rodziców dziewczyny, która zginęła z rąk członka gangu MS-13, jednego z założycieli organizacji ratowniczej Cajun Navy oraz funkcjonariusza policji z Nowego Meksyku, który wraz z żoną adoptował dziecko rodziców uzależnionych od opioidów.

Uzasadnienie przedstawione przez Grisham było słuszne, ale słuszne jest również podkreślenie faktu, że Melania tamtego wieczoru już raz zerwała z tradycją, wydając prywatne przyjęcie dla wszystkich gości Białego Domu - kolejne posunięcie, niemające nic wspólnego z oddzielnym powitaniem gości przez Trumpa i spotkaniem z nimi w Gabinecie Owalnym, w którym Melania nie uczestniczyła. Według Grisham pierwsza dama czuła jednak potrzebę urządzenia oddzielnej uroczystości, która pozwoliła na bardziej "osobisty" kontakt z osobami honorowanymi tego wieczoru. Niewątpliwie zrobienie czegoś na własną rękę było osobliwą i przesadną demonstracją - szczególnie że gdy jej goście przybyli na Kapitol, wzięli udział w kolejnym prywatnym przyjęciu (trzecim!), tym razem z Melanią i Karen Pence w przedpokoju nieopodal galerii. Tamtego wieczoru specjalni goście prezydenta i pierwszej damy byli niczym dzieci rozwiedzionych rodziców, przewożeni między uroczystościami upamiętniającymi to samo wydarzenie, tyle że jedna odbywała się z udziałem Mamy, a druga Taty.

Przez niemal dwadzieścia lat bycia razem Melania przygotowała się na najrozmaitsze opowieści na temat niewierności swojego męża i znosiła je w najlepiej znany sobie sposób: ignorowała je, przynajmniej publicznie. Dobrze znała człowieka, którego poślubiła: wiedziała, że nie odznacza się nadmiernym hartem ducha, że ma niechlubną historię dokonań na polu niewierności. Przeżycia ostatnich kilku tygodni okazały się jednak tak gorzkie i głęboko poniżające, że była na niego zła bardziej z powodu tego, co ujawnił światu, niż tego, co rzekomo robił z Daniels.

Jeden z moich rozmówców dobrze znających Melanię powiedział: 

- Jeżeli ktoś myśli, że zamknęła się gdzieś w złotej sypialni, żeby wypłakiwać sobie oczy z powodu jego ewentualnej niewierności, to jest w błędzie.

- Żeby być z takim mężczyzną jak mój mąż, trzeba wiedzieć, kim się jest - wyjaśniła Melania. 

- Trzeba również wieść bardzo niezależne życie i go wspierać. 

Jednak tamtego wieczoru tak naprawdę nie miała na to zbytniej ochoty. Tych dwoje właściwie od miesiąca nie pojawiało się razem; ostatnio widziano, jak wchodzą na doroczne przyjęcie sylwestrowe w Mar-a-Lago. Melania nosiła błyszczącą różową suknię z ożywiającymi ją cekinami i miała minę, która nie była ani ożywiona, ani radosna.

W jej stroju przywdzianym na uroczystość wygłoszenia orędzia o stanie państwa nie było nic różowego ani kobiecego. Gdy oznajmiono, że wchodzi na galerię, stanęła na szczycie schodów i pomachała do zgromadzonych otwartą dłonią; miała na sobie białe spodnium Christiana Diora z białą koszulą zapinaną na guziki na całej długości. Ten strój trącił emancypacyjną symboliką oraz, a jakże, to niewykluczone, sprzeciwem, może nawet stanowił ukłon w stronę ulubionego przez Hillary Clinton męskiego stylu ubierania się. Cokolwiek próbowała powiedzieć tym strojem, a coś starała się powiedzieć, niósł on przesłanie i to przesłanie nie miało nic wspólnego ze wspieraniem Trumpa.

Białe spodnium stanowiło być może tylko jeden drobny akt sprzeciwu, ale jest czymś wartym analizy w szerszym kontekście życia Melanii, zwłaszcza zaś tych jego chwil w pierwszych miesiącach 2018 roku, gdy pierwsze strony gazet zapełniały się kolejnymi artykułami o domniemanych romansach jej męża.

20 stycznia, dziesięć miesięcy przed orędziem o stanie państwa Melania zamieściła na swoich kontach na Instagramie i Twitterze zdjęcie upamiętniające pierwszą rocznicę objęcia urzędu prezydenckiego przez Donalda Trumpa. Zdjęcie i podpis były znamienne: żadne nie miało nic wspólnego z jej mężem. Słowom "To był rok pełen cudownych chwil. Cieszyłam się z kontaktów z ludźmi, których miałam szczęście spotkać w naszym wspaniałym kraju i na świecie!" towarzyszyło zdjęcie Melanii z dnia inauguracji, uśmiechającej się w jasnoniebieskim kostiumie Ralpha Laurena i rękawiczkach w identycznym kolorze, kroczącej pod rękę z wysokim żołnierzem w czapce z daszkiem zasłaniającym oczy, przystojniakiem, który z całą pewnością nie był jej mężem. Tym prostym wpisem Melania mówiła coś o swoim nastroju, stanie emocjonalnym i ostatnim roku swojego życia. Upamiętniała pierwszą rocznicę odgrywania swojej własnej roli, niczyjej innej. Oznajmiała wszystkim: w razie potrzeby mogę i będę to robić sama.

Dwa dni później, 22 stycznia, ani ona, ani Trump nie wspomnieli publicznie o kolejnej rocznicy, tym razem bardziej dla nich obojga osobistej: trzynastej rocznicy ślubu. Brak postu bądź tweeta tym bardziej rzucał się w oczy w Ameryce po ośmiu latach ckliwych rocznicowych przesłań miłości między Barackiem i Michelle Obamami. Między Donaldem i Melanią panowała cisza.

Po czym, tego samego wieczoru, doniosłam, że Melania odwołuje swoją podróż do Davos, gdzie miała dołączyć do prezydenta biorącego udział w Światowym Forum Ekonomicznym. Dopilnowałam, żeby informacja była dokładna, sprawdzając w kilku źródłach, ponieważ zaledwie tydzień wcześniej informowałam, po uzyskaniu potwierdzenia ze strony Białego Domu, że Melania pojedzie do Davos i że, zgodnie z twierdzeniem jej rzeczniczki, będzie tam, żeby okazać wsparcie dla męża, tak jak czyniła podczas wszystkich jego dotychczasowych podróży zagranicznych. Najwyraźniej przestała.

Zanim moja wiadomość o odwołaniu podróży Melanii zaczęła krążyć, poprosiłam Grisham o skomentowanie przyczyn, a ona po prostu powiedziała, że decyzja wynikała z "problemów logistycznych i terminarzowych". Przycisnęłam ją mocniej, trochę przesadzając i pytając, czy pierwsza dama nie będzie zawiedziona, że zabraknie jej wśród świadków tego, jak jej mąż prezentuje za granicą przesłanie o uczynieniu Ameryki wielką wpływowej grupie przywódców sfer biznesowych i finansowych oraz kładzie kolejny kamień milowy swojej prezydentury? Zawahała się i powtórzyła: "problemy logistyczne i terminarzowe". Podsunęłam jej możliwość odpowiedzenia na moje pytanie w inny sposób, a ona z niej nie skorzystała.

26 stycznia, gdy Trump wracał z podróży do Davos, Grisham starała się ukrócić szerzące się jak pożar spekulacje na temat stanu małżeństwa pierwszej pary - przez weekend osiągnęły one wymiar satyry w skeczu zaprezentowanym w Saturday Night Live. "Z OSTATNIEJ CHWILI: Długa lista nieprzyzwoitych i całkowicie fałszywych doniesień o Pani Trump w publikacjach brukowców i programach telewizyjnych przedostała się do relacji «mediów głównego nurtu». [Melania Trump] skupia się na swojej rodzinie oraz roli Pierwszej Damy USA - nie na nierealistycznych scenariuszach rozpowszechnianych codziennie w fałszywych wiadomościach" - napisała rzeczniczka Melanii na Twitterze.

Mówiła do ściany. Tego tematu nie dało się wyciszyć. Kiedy jednak oglądałam, czytałam i słuchałam, jak inni reporterzy innych środków masowego przekazu i stacji telewizyjnych niż moja z impetem wrzucają swoją wersję wydarzeń do gęstej papki plotek i insynuacji o małżeństwie Trumpów, w sporej mierze rozumiałam, co Grisham próbowała powiedzieć. Jesteśmy narodem pod wieloma względami ukształtowanym przez popkulturę i mamy popkulturowego prezydenta.

Wszyscy coś tam słyszeli o intercyzie, o tym, że Melania przeprowadziła się z powrotem do Nowego Jorku, o tym, że próbowała sprzedać swoją biżuterię, o tym, jak rozmawiała z prawnikami od rozwodów. I ulubiona pogłoska, która krążyła wśród moich rozmówców przez wiele miesięcy i w którą niektórzy wierzą po dziś dzień: Melania mieszkała nie w Białym Domu, ale w domu zajmowanym przez jej rodziców i syna w Potomac wstanie Maryland. I tak dalej i dalej. Mogłam jedynie szukać informacji i je przekazywać, szukać i przekazywać - i naprawdę nie byłam w stanie znaleźć niezbitych dowodów na cokolwiek z tych rzeczy, włącznie z informacją o domu w Potomac, która wówczas osiągnęła status miejskiej legendy. I wierzcie mi, nie dlatego, że się nie starałam.

W styczniu było ciężko. Melania zaczynała wychodzić z sagi o Daniels, ale robiła to powoli, nie bardzo znajdując w sobie siły, by całkowicie powrócić do realizacji programu. "Niedobra" - słyszałam w odpowiedzi na pytanie o sytuację, gdy sprawdzałam u swoich rozmówców z Białego Domu, w jakim jest nastroju. Chociaż jej chęć towarzyszenia mężowi w jednodniowej podróży do Cincinnati w stanie Ohio, gdzie miał bronić nowego planu gospodarczego, tydzień po orędziu na pozór sygnalizowała poparcie, Melania w rzeczywistości wykorzystała ten wyjazd do tego, żeby stworzyć własny program, a nie żeby wysłuchać jego przemówienia.

Kiedy Air Force One wylądował w Ohio, schodząc po trapie Melania nie trzymała prezydenta za rękę, a jej wypróbowane zagranie z narzuceniem płaszcza na ramiona pozwoliło ukryć zwieszone po bokach dłonie. U stóp trapu para prezydencka się rozdzieliła; pierwsza dama odjechała we własnej kolumnie pojazdów do Szpitala Pediatrycznego w Cincinnati, żeby odwiedzić ekspertów medycznych i chore dzieci. Prezydent pojechał wygłosić przemówienie. Chociaż później spotkali się znowu w samolocie, żeby wrócić do domu, Melania przybyła na miejsce pierwsza, zaszywając się w kabinie Air Force One do czasu jego przyjazdu.

"To nie jest są papużki nierozłączki - powtarzał starą śpiewkę ktoś, kto zna oboje Trumpów i był świadkiem, jak spędzali czas osobno i wciąż na swój sposób funkcjonowali jako małżonkowie. "Ona nigdy nie uważa, że musi robić to, co on. Tak nie jest. Nie na tym polega ich małżeństwo, ich znajomość nigdy na tym nie polegała".

- Mam swój rozum. Jestem niezależną osobą i myślę, że mojemu mężowi się to we mnie podoba - powiedziała Melania. Przy okazji każdej publicznej awantury Trump popadał w niełaskę, z czym być może się godził, ale czego z pewnością nie lubił.

W sobotni wieczór przed dniem św. Walentego pierwsza para wybrała się razem na kolację w BLT Prime by David Burke. Ta serwująca głównie steki i mieszcząca się w waszyngtońskim hotelu Trump International restauracja była jedynym lokalem, do którego od czasu przenosin do Waszyngtonu w ogóle chodzili na "wieczory randkowe". Oznaczało to, że lud w sercu Melanii topniał. Gawędzili ze sobą, rozmawiali z szefem kuchni, z personelem; Trump zjadł to, co zwykle: koktajl z krewetek, stek nowojorski bez kości i frytki. Melania zamówiła swoje ulubione danie: solę.

Przed walentynkami powróciła do w miarę normalnego harmonogramu zajęć pierwszej damy, odwiedzając małych pacjentów w Zajeździe dla dzieci przy Narodowym Instytucie Zdrowia w Bethesda w stanie Maryland, około trzydziestu minut jazdy z Białego Domu. Relacjonowałam tę wizytę pierwszej damy i spędziłam większość czasu zaledwie parę metrów od niej. Wydawało mi się, że Melania jest radosna, ale z drugiej strony w pobliżu dzieci niemal zawsze się rozpromienia. To jedna z niewielu sytuacji, gdy opuszcza gardę, gdy ulatnia się jej słoweński stoicyzm.

Niestety, serdeczność i szczęście, którymi emanuje w obecności dzieci, nie jest czymś, co ludzie mogą zobaczyć, ponieważ jej mąż zwykle pochłania całą codzienną uwagę mediów. W tamtym momencie Melania nie stworzyła jeszcze swojego oficjalnego programu i rzadko się wypowiadała podczas tych imprez i wizyt, co nie sprzyjało zapewnieniu relacji telewizyjnych. Zadanie informowania o urządzanych przez pierwszą damę imprezach i wizytach najlepiej jak potrafimy, lepiej lub gorzej, spoczywa więc na tych członkach naszego korpusu prasowego, zazwyczaj na mnie i pięciorgu bądź dziesięciorgu innych osób, którzy relacjonują jej poczynania.

(...)

Fragment książki

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Melania Trump | Donald Trump

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje