Reklama

Reklama

Pan Doktor i Bóg

Jedni mówią, że lubił sączyć koniak, inni, że z całą pewnością to była whisky. Jedno jest pewne, celebrował te "koniaczki" po powrocie do domu i przyjaciele dobrze wiedzieli, że w najlepszym humorze jest na samym początku tej celebracji. Potem bywało różnie, czasem na całe godziny tracił dobry humor, więc starali się wpadać z wizytą, zanim zdążył wychylić więcej.


- Do docenta najlepiej było przyjść po pierwszym koniaku, który łykał po przyjściu ze szpitala. Był wówczas w świetnym nastroju - mówi Marek Czekalski, były prezydent Łodzi.

Zasiadał wtedy zwykle w pokoju w swoim brązowym fotelu, bokiem do okna. Miał z niego widok na pokój i sypialnię, do której przechodziło się z salonu. W tym pokoju docent jadł, spał i popijał koniaczek. Na ścianie zostało kilka plam po rozlanym przez nieuwagę alkoholu.

Danuta Stołecka-Wójcik: - To była dla niego przyjemność, po prostu tak sobie żył. Alkohol był tak naturalny w jego otoczeniu, jak szklanka herbaty; po prostu jest. Nie szkodził mu. Marek dożył szczęśliwie tylu lat - wielu prowadzących zdrowszy tryb życia nie dożywa 90. wiosny jak on.

Reklama

W opowieściach przyjaciół o dniu codziennym Marka Edelmana natychmiast pojawiają się oczywiście papierosy. Każdy dzień zaczynał od "gauloisów" bez filtra. W czasach komuny przysyłała mu je z Francji żona, później dostawał je też od przyjaciół, którzy jeździli do Paryża. Alina Margolis, jego żona, bardzo o to dbała, żeby nikt nie zapomniał przywieźć mu co najmniej kartonu ulubionych papierosów.

Niechętnie wychodził z domu. Zdarzało się, że pojawiał się na premierze teatralnej, bo często leczył u siebie na oddziale łódzkich aktorów. Ale jego przyjaciele nie są w stanie wymienić na przykład ulubionej restauracji doktora. Nie lubił też poznawać obcych, których nie miał ochoty poznawać.

 - Kiedyś bardzo się pogniewał, kiedy zaprosiłam go do nas na obiad i okazało się, że poza nim będą też inni goście, których wcześniej nie znał - mówi Irena Jaros, przyjaciółka Edelmana.

W pokoju za regałem z książkami stał tapczanik, na którym docent spał najczęściej. Chociaż za ścianą w sypialni było wygodne łóżko, rzadko z niego korzystał. Na ścianie, nad głową śpiącego, wisiał obraz przedstawiający tory i czarno-białe zdjęcie żony Aliny Margolis. Uśmiechała się na nim dyskretnie, wyglądając zza wielkich okularów. Zresztą fotografii w pokój doktora nie brakowało. Były na drzwiach, ścianach, pozatykane w ramy ciemnobrązowych regałów z książkami. Przyjaciele, których uwieczniła migawka, spoglądali na niego z każdego rogu pokoju. Pozostałe ściany również zapełnione były obrazami bądź pamiątkami, które Edelman przywiózł z różnych spotkań i kongresów, na których występował. Na półkach z książkami można było znaleźć pamiątkową butelkę koniaku z imienną dedykacją, którą dostał kiedyś od rodziny. Oczywiście została opróżniona. W pokoju wisiały też listy i kartki napisane do niego przez najbliższych. I mnóstwo obrazów, białe ściany były niemal całkowicie nimi zakryte.

Gości przyjmował przy małym stoliku, za którym stał drugi fotel i regał z książkami, a właściwie cała ściana z książkami. Dużo tych o getcie, ale nie tylko. Bo docent czytał wszystko, romanse, kryminały, książki historyczne; za to nie brał do ręki literatury medycznej. Na początku kupował wszystko, co było dostępne, a potem, kiedy po ukazaniu się książki Hanny Krall, stawał się coraz ważniejszy, w jego skrzynce na listy zaczęło pojawiać się coraz więcej paczek z publikacjami przysyłanymi przez znajomych, czy to z Polski, czy z zagranicy.

 - Kiedyś siedzieliśmy, Marek coś przeglądał, a potem okazało się, że czyta książkę w jidisz. Zdziwiło mnie, że tak dobrze zna ten język - opowiada Irena Jaros. Wspomina, że poznali się właśnie, kiedy ona pracowała w szpitalnej bibliotece, a doktor wpadał rano po gazety.

Coraz częściej sam był obecny w gazetach. Przyjaciele wspominają, że przez całe życie Edelman nie przykładał wielkiej wagi do autoryzowania wywiadów, których udzielał. Kiedy już się ukazywały, raczej ich nie przeglądał. Dziennikarzy z roku na rok zjawiało się coraz więcej. Z reguły lubił z nimi rozmawiać, napić się przy tym dobrego alkoholu, ale też bywało tak, że szybko się niecierpliwił i wyrzucał ich za drzwi.

W domu na Zelwerowicza gościem Edelmana był też raz Vaclav Havel. Spotkanie z prezydentem Republiki Czeskiej było pomysłem docenta. Nikt z przyjaciół tak naprawdę nie wiedział, dlaczego koniecznie chce się z nim spotkać, choć wszyscy wiedzieli, dlaczego akurat z nim - drugiej takiej głowy państwa szukać by ze świecą w ręku.

- Pewnego dnia po prostu powiedział, że dobrze byłoby spotykać się z tym człowiekiem i ja miałem to załatwić - wspomina Marek Czekalski.

Wysłał w tej sprawie oficjalne pisma do czeskiej ambasady w Warszawie, ale wciąż dostawał odmowne odpowiedzi. Szansa pojawiła się, kiedy zaczęły nadchodzić informacje o tym, że Havel ma złożyć oficjalną wizytę w Polsce.

- Próbowałem załatwiać spotkanie przez kancelarię prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, ale odpowiedziano mi, że jedyne, co mogą dla mnie zrobić, to zaprosić docenta na oficjalną kolację, którą podejmowany będzie Havel - mówi Czekalski.

Edelman się na to zgodził i pojechał z Czekalskim do Warszawy. Podczas przyjęcia każdy z zaproszonych gości był przedstawiany głowie państwa czeskiego i kiedy doszło do Edelmana, Marek powiedział, że zaprasza go do siebie. Do domu.

- Havel oczywiście wiedział, kim jest Marek Edelman i odpowiedział, że chętnie odwiedzi go w Łodzi. Myśleliśmy jednak, że to tylko takie gadanie i nic z tego nie wyjdzie - mówi Czekalski.

Tymczasem na drugi dzień w mieszkaniu na Zelwerowicza zadzwonił telefon. Okazało się, że byli to urzędnicy z czeskiej ambasady. Przekazali informację, że prezydent zmienił harmonogram swojej podróży i po południu będzie u docenta.

- Nie ukrywam, że strasznie nas to zaskoczyło - opowiada Czekalski.

Dziś mówi to ze spokojem, ale wtedy zaczęły się gorączkowe przygotowania. W co się ubrać? Kto ma przyjść? Czym podjąć tak godnych gości? Pytań było więcej.

Wśród prywatnych zdjęć, które zostały po Edelmanie, można znaleźć i te uwieczniające wizytę Havla. Jego żona ściska bukiet kwiatów, którymi Marek Edelman powitał ją w domu. Jest uśmiechnięta, Havel także, bo wizyta jest najzupełniej swobodna, nie ma nic wspólnego z nudną, państwową nasiadówką.

- Najpierw zjechało się mnóstwo ochroniarzy i dokładnie sprawdzili dom. Potem zobaczyliśmy, jak kolumna samochodów przejeżdża przez wąskie, osiedlowe uliczki i zatrzymuje się pod domem doktora - wspomina Irena Jaros.

Dobrze pamięta, że na tę okazję upiekła jabłka w cieście. Spotkanie było kameralne: państwo Havlowie, państwo Czekalscy, Marek Edelman i ona.

 - Nie pamiętam, o czym wówczas dokładnie rozmawialiśmy. Wiem, że Havel był wtedy niedługo po operacji i docent odciągnął jego żonę na stronę i pouczał ją, jak ma się zajmować mężem - mówi Czekalski.

O dziwo, na zdjęciach z tego spotkania docent nie ma na sobie sweterka, a garnitur, białą koszulę i krawat.

Po latach tak Edelman wspominał jego wizytę: "Havel? Sam tu chciał przyjechać. Na początku proponowali, żebym poszedł z nim na jakąś oficjałkę, ale powiedziałem, jak chce - niech przyjedzie do mnie do domu. Więc przyjechał do mnie do domu. Jak to było? No przyszedł. To był późny wieczór. Jego żona smażyła z Irenką, taką pomagającą mi panią, jabłka w cieście, ale on nie mógł jeść, bo go bolał brzuch. Nawet nie piliśmy, bo on już był chory. Byli niedługo, ale było bardzo sympatycznie. Bardzo. Potem go widziałem w Pałacu Łazienkowskim, jak odbierał jakiś medal. Lecz się spóźniłem, bo pobłądziłem i zdążyłem tylko na wódkę".

W kuchni rządziła na ogół Irena Jaros. Czasem jej pomagał przy prostych pracach, takich jak obieranie ziemniaków. Docent uwielbiał jej wątróbkę czy śledzia, którego obowiązkowo jadł z chałką. Ale do jedzenia przykładał niewielką wagę, twierdził, że w getcie przestał czuć głód i tak mu zostało.

Irena Jaros: - Nie był strasznie wymagający, musiałam nauczyć się gotować kilku nowych rzeczy, na przykład robić kluseczki z macy, ale docent raczej nie wybrzydzał. A nawet, jak coś było już stare i moim zdaniem nie nadawało się już do jedzenia, to on nie pozwalał wyrzucać. Doprawił sobie czymś i zjadał.

Pojawiała się na Zelwerowicza zwykle rano, przynosiła zakupy, pili razem kawę i jechali do szpitala.

 - Nie przywiązywał wagi do tego, czy zjeść śniadanie, czy nie. Czasem, kiedy spędzał więcej czasu w szpitalu, wychodził do sklepiku naprzeciwko, ale też nie były to wielkie zakupy. Zupełnie nie przywiązywał do tego wagi.

Podobnie jak do ubioru. Irena Jaros przypomina sobie, że kiedy go poznała była zima, doktor chodził w brązowym kożuszku. I chodził w nim przez całe lata.

Zabawne zdarzenie związane z obojętnością Edelmana na strój przytacza też doktora Aga Żuchowska: - Całe lata chodził w jednej, tej samej zniszczonej jesionce. Aż jednego dnia Mania Horska wyniosła po kryjomu to wspaniałe ubranko do pobliskiego skupu starej odzieży przynosząc docentowi dwa złote, które jej zapłacono, a dodatkowo na pamiątkę obcięty od jesionki guzik. Bardzo go to rozbawiło.

O tym, jak wyglądało życie codzienne Edelmanów tuż po wojnie, opowiada nam także Noemi Ekert. Jeszcze w czasie wojny postanowiła, że jeśli przeżyje, zwiąże się zawodowo z teatrem. Zaraz po wyzwoleniu przyjechała więc do Łodzi. Przez jakiś czas mieszkała razem z Edelmanami:

 - Żyliśmy jak mnisi, w ogóle nie byliśmy przywiązani do żadnych rzeczy, trzymaliśmy się gromadnie, cieszyliśmy się, że udało nam się przetrwać wojnę, wszystko było fantastyczne. Nam życie było niepisane i wygraliśmy, każde z nas z przypadku. Czuliśmy wtedy prawdziwą radość, to oczywiście nie znaczy, że mówiliśmy codziennie rano "o, cieszę się życiem". Ale w tych pierwszych latach po wojnie wszystko było dla nas niesamowite. Radość z przeczytanej książki, z wysłuchania wykładu, z rozmowy z drugim człowiekiem, wszystko było piękne. Wykład profesora Kotarbińskiego czy Marii i Stanisława Ossowskich to było coś, co nas zajmowało, wręcz pochłaniało, my ich nie słuchaliśmy, tylko przeżywaliśmy to, co mówią. Boże, jak myśmy się cieszyli ze wszystkiego, śmialiśmy się z różnych kawałów, nawet to, że nie mieliśmy pieniędzy, też było zabawne. A jak już jakieś zdobyliśmy, kupowaliśmy wino czy wódkę, i była zabawa. Robiliśmy wszystko, żeby życie było jak cudowny kosz z wielkimi owocami, my chcieliśmy stać jak najbliżej niego, poczuć, jak ślinka zaczyna nam cieknąć, a potem móc to wszystko zjeść.

Ulicę Zelwerowicza w Łodzi, na której mieszkał Marek Edelman trudno znaleźć, jeśli wcześniej ktoś dokładnie nie wytłumaczy, jak tam trafić. Prowadzą do niej małe, osiedlowe uliczki wykładane cementowymi, mocno już spękanymi płytami. Kiedy w kilka lat po wyzwoleniu z Łodzi zniknęli wszyscy pisarze i aktorzy, którzy wrócili do odbudowywanej stolicy, miasto znów stało się prowincją.

Goście z Warszawy zaczęli się pojawiać dopiero po tym, jak Hanna Krall wydała "Zdążyć przed Panem Bogiem". A docent ich uwielbiał, a do tego był mistrzem organizowania nastroju potrzebnego do przyjęć. Kiedy pojawiali się znajomi z wizytą, w mig w pokoju pojawiało się jedzenie, a na stole lądował koniak lub wódeczka.

Irena Jaros wspomina, że nie raz była zirytowana, bo zostawiła doktorowi zapas jedzenia na kilka dni, a on miał niespodziewanych gości i zapas rozchodził się w pół godziny. A docent na zakupy nie chodził, więc siedział dzień czy dwa z pustą lodówką.

- Lubił piękne kobiety, dużo palił, z przyjemnością się napił - po prostu kochał życie, bo lepiej niż inni znał jego wartość - wspominała dr Maria Dmochowska.

Najszczęśliwszy, tak twierdzą jego przyjaciele, był w domu, w swoim fotelu z kieliszkiem, otoczony gronem przyjaciół. Kiedy mógł brylować w towarzystwie, kiedy nie musiał się bać, że za chwilę wpadną żandarmi i sielanka się skończy. Umiał cenić proste przyjemności, to wynikało, jak twierdzą przyjaciele, z przeszłości, z przeżyć z getta, ale też z jego natury. On naprawdę bardzo kochał życie.

Fragment książki Pan Doktor i Bóg Violetty Ozminkowski i Magdaleny A. Olczak


Wydawnictwo Czerwone i Czarne
Dowiedz się więcej na temat: Marek Edelman

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje