Reklama

Reklama

Pięć tajemnic z planu "Trędowatej"

Historia nieszczęśliwej miłości wrażliwej guwernantki do bogatego ordynata wzruszyła miliony widzów. Ale zanim ten film powstał, twórcy musieli pokonać wiele przeszkód.

Gdy Jerzy Hoffman postanowił sfilmować wyciskającą łzy z oczu powieść Heleny Mniszkówny, entuzjazmu reżysera nie podzielali ani decydenci, ani krytycy. Kolejne instytucje odmawiały pomocy. Jednak Hoffman był uparty i parł do przodu. Bez wielkiego budżetu i sympatii władz nakręcił melodramat, który tylko w kinach obejrzało 10 mln widzów. Podczas produkcji, na planie, wiele się działo i twórcy filmu mają do dzisiaj co wspominać. Zdradzamy kilka najciekawszych sekretów...

Reklama

Zamiast aktorki zagrał... mąż

W "Trędowatej" atmosferę od początku tworzy muzyka Wojciecha Kilara. W filmie jest kilka jego walców. Jeden z nich to utwór do słów Adama Mickiewicza "Precz z moich oczu". Pierwszą wersją muzyczną wiersza była kompozycja Fryderyka Chopina z 1827 r. Kilar skomponował jednak nowy utwór na fortepian, bardziej nostalgiczny, pełen smutku i słowiańskiej zadumy. Na białym instrumencie, w scenie w salonie, wykonać go miała główna bohaterka, Stefcia Rudecka, czyli Elżbieta Starostecka. Tylko jak, skoro aktorka nie grała na fortepianie i nie miała wykształcenia muzycznego?

Po wielu lekcjach i próbach artystka poradziła sobie z wokalem, zaś w grze z pomocą przyszedł jej... mąż. Włodzimierz Korcz nagrał playback, który puszczano z taśmy w czasie zdjęć. Aktorka nauczyła się zaś ruchów palców w pierwszych taktach. - W związku z tym, że utwór się robił coraz trudniejszy i ja już nie dawałam rady, kamera musiała z rąk przejechać na twarz - zdradza szczegóły Starostecka.

Koszmarny upał! Pot zalewał oczy

Kulminacyjną scenę walca, kiedy to ordynat Waldemar Michorowski (Leszek Teleszyński) tańczy ze Stefanią już jako swoją narzeczoną, wprowadzając ją oficjalnie na salony, nakręcono we foyer Teatru Wielkiego w Warszawie. Pozostałe sceny wnętrz sfilmowano w przepięknych salach pałacu w Łańcucie. Ekipa nie mogła sobie pozwolić na wynajęcie wszystkich pomieszczeń, pracowano więc zaledwie w kilku. W pozostałych hałasowały w tym czasie zwiedzające je wycieczki szkolne. Produkcja musiała zatem pozamykać szczelnie wszystkie okna, mimo że na zewnątrz panował niemiłosierny upał. Na dodatek kostiumy aktorów uszyte były z tanich, nieprzepuszczających powietrza tkanin.

- Dwa kroki w kostiumie to było wszystko, co się dało zrobić. Były porządne, mocne reflektory wyładowcze, które grzały dodatkowo tak, że charakteryzacja musiała być na planie bez przerwy. Pot zalewał nam oczy, charakteryzatorki co chwilę podbiegały do nas, by usunąć nam go z czoła. A kołnierzyk musiał być nieskazitelnie biały, czyściutki, wyprasowany - wspominał Leszek Teleszyński. Dzięki zaangażowaniu charakteryzatorek i aktorów kochankowie na ekranie wyglądają świeżo i pięknie. Pojawił się jednak kolejny problem - podczas filmowania sceny balu Starostecka, wybiegając z sali w deszcz, złamała rękę. Ale i z tym reżyser sobie poradził - filmowano ją tak, by nie uwidocznić w kadrze gipsu.

Sposób na zbyt ruchliwe konie

Granie w upale po kilkanaście godzin dziennie było bardzo męczące. W przerwie między ujęciami filmowy ordynat Michorowski odpoczywał więc, leżąc w zabytkowej karecie wypożyczonej z powozowni w Łańcucie. Pozostałe karety oraz konie użyczyła filmowcom stadnina w Bogusławicach. Zwierzęta były wytrenowane, by słuchać powożącego, lecz dla młodego aktora, który dopiero co opanował arkana jazdy konnej, było nie lada wyzwaniem utrzymać je na wodzy, jadąc na stojąco. Po wielu próbach w końcu mu się udało.

Zupełnie inaczej kręcono zaś scenę jazdy karetą hrabianki Melanii Barskiej (Anna Dymna) i jej ojca (Mariusz Dmochowski). Tu konie okazały się zupełnie zbędne. Kareta stała więc bez zaprzęgu, a jej ruch udawali filmowcy, którzy trzęśli pojazdem. Wachlowali też gałęziami przy oknach, by zrobić wrażenie ruchu.

Kwiat aktorstwa zamiast statystów

W latach 70. wielu artystów było już zaangażowanych w działalność opozycyjną, przez co mieli zakaz grania. Reżyser postanowił więc zatrudnić ich zamiast statystów. - Trzeba było dać im zarobić - tłumaczy Hoffman. W efekcie w scenie przyjęcia u księżnej Podhoreckiej w ogrodach jej pałacu zamiast anonimowych epizodystów i statystów pojawił się kwiat polskiego aktorstwa ze scen teatralnych. Ze względu na cenzurę nie można było jednak podać ich nazwisk w napisach na zakończenie filmu.

Romans był, ale nie na planie

Po premierze plotkowano, że Elżbieta Starostecka i Leszek Teleszyński tak wiarygodnie zagrali kochanków, bo byli nimi naprawdę. Tymczasem w trakcie kręcenia filmu Leszek Teleszyński przeżywał gorący romans ze starszą od niego koleżanką z teatru, żoną znanego pisarza. Środowisko było zbulwersowane. Aktor walczył jednak o tę miłość równie mocno, jak ordynat Michorowski o Stefcię.

W końcu literat zgodził się na rozwód, zakochani mogli się pobrać. Ich ślub miał miejsce w tym samym roku, co produkcja "Trędowatej" - 1976. Natomiast Elżbieta Starostecka i Włodzimierz Korcz byli wtedy już 10 lat po ślubie i mieli 5-letniego syna Kamila. Dziś są małżeństwem z ponad 50-letnim stażem, a od czasu "Trędowatej" aktorka nazywa swojego męża "ordynatem na całe życie".

Iwona Aleksandrowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje