Przez dziurkę od klucza

Fragment książki "Masters of Sex", która ukazała się 22 października nakładem wydawnictwa Czwarta Strona.

Jako szef policji, H.S.Priest doskonale wiedział, co przekonani o swojej nieskalanej moralności mieszkańcy St.Louis myśleli o prostytucji. Znał też opinię własnej żony na temat Billa Mastersa.

Reklama

Prostytucja w St.Louis miała brudną, miejscami pełną przemocy historię. W1850 roku wściekły na wymalowane panie lekkich obyczajów tłum zdemolował wszystkie burdele wmieście, próbując siłą wprowadzić dobre obyczaje. Przez następne dekady prawo stanu Missouri uznawało prostytucję za przestępstwo i ludzie z nią związani trafiali do więzienia, a domy publiczne zamykano. Jednak w1955 roku Priest zdecydował, że prostytutki biorące udział w badaniach doktora Mastersa z Uniwersytetu Waszyngtońskiego dostaną swego rodzaju tymczasowy immunitet- żadnych aresztowań, żadnych najazdów policji, nikt nawet nie zapuka ostrzegawczo do ich drzwi. Ta wspaniałomyślnie obiecana nietykalność była tym dziwniejsza, że to właśnie żylastemu komisarzowi o twardej ręce przypisywano zasługę obniżenia wskaźnika przestępczości wmieście, podczas gdy wreszcie kraju on wzrósł. Priest ufał jednak lekarzowi.

W domu Priesta uwielbiano Billa Mastersa za odebranie porodu przy ich drugim potomku. Margaret Priest podziwiała go za umiejętności i praktyczne podejście, a oprócz tego (jak inni ludzie) po prostu szanowała człowieka, który pomógł w przyjściu na świat ich dziecka. Sam Priest również darzył Mastersa szacunkiem, nie zważając na naganę, jaką mógł dostać od zwierzchników za brak działań przeciwko prostytucji. "Sam czuł, że to ważne badania i po prostu nie pozwalał, by prostytutki zamykano albo prześladowano w jakikolwiek inny sposób- wspominała Margaret.- Gdyby Masters chciał je przepytać albo wyciągnąć z nich jakiekolwiek informacje, mój mąż nie miałby nic przeciwko, o ile nie łamano by przy tym żadnych praw tych kobiet". Komisarz policji dołączył do sekretnej listy sprzymierzeńców. Funkcjonariusze pod jego zwierzchnictwem wskazywali prostytutki, które chętnie dołączyłyby do badań, i pilnowali, by media nie dowiedziały się o szczegółach. A wszystko to na prośbę Mastersa. "Mój mąż nie jest ani naukowcem, ani lekarzem, jedynie politykiem z St.Louis", wyjaśniła Margaret. Zresztą Sam prosił środowisko akademickie o rady, by móc zwiększyć efektywność swojego wydziału.

Zdaniem prawników, którzy reprezentowali później Mastersa, zwerbowanie komisarza policji w St. Louis jako specjalnego konsultanta w radzie doradczej, razem z wieloma innymi poważanymi osobami z miasta, okazało się szczególnie istotne dla projektu. "Priest akceptował jego badania i dzięki temu, gdy dołączyły prostytutki, policjantom polecono nie robić nalotów na laboratorium", wspominał Torrey Foster, młody chłopak z sąsiedztwa, który został pierwszym adwokatem Mastersa. Zdaniem Waltera Metcalfe'a, prawnika reprezentującego Mastersa i jego klinikę, przypadek Priesta udowadnia, jak wielki dar przekonywania posiadał Bill. "Miał w sobie ogromne pokłady determinacji, stworzył dalekosiężne plany, a ludzie to kupili- powiedział Metcalfe.- Jego szczerość i przekonanie rzucały się w oczy. Mówił dokładnie, co chce osiągnąć ijakie środki musi przedsięwziąć".

Oprócz komisarza policji wśród doradców znaleźli się także Richard Amberg, wydawca "St.Louis Globe-Democrat", jednej zdwóch gazet wmieście, a także biskup Kościoła Episkopalnego Missouri i najstarszy rabbi na Środkowym Zachodzie. Kanclerz Uniwersytetu Waszyngtońskiego Ethan Shepley zgodził się zMastersem, że tacy wpływowi doradcy z pewnością przydadzą się, by uniknąć kłopotów. Powiedz mi, Bill, jakiego głupca poprosisz o szefowanie tej radzie? - zapytał Shepley. - Myślałem o panu, panie kanclerzu- odparł Masters. Shepley przez chwilę pozostał w bezruchu- być może zastanawiał się, w jaki sposób kanclerz uniwersytetu mógł nagle zacząć sprawować funkcję związaną z nadzorowaniem badań z udziałem prostytutek- apotem wybuchnął śmiechem z powodu absurdu tej sytuacji. - Skoro ty masz dość odwagi, żeby mi to zaproponować- powiedział Shepley ze śmiechem- to ja muszę mieć jej tyle, by dołączyć do twojego przedsięwzięcia.

Nakazał Mastersowi upewnić się, że ma katolików po swojej stronie, gdyż mieszkało ich w St. Louis bardzo dużo. Następnego dnia Masters zadzwonił do diecezji z prośbą o spotkanie z arcybiskupem, wytrącając sekretarkę z równowagi informacją, że tematem ma być "badanie seksualności". Uznał, że jego prośba została odrzucona, ale trzy dni później ta sama sekretarka oddzwoniła z wiadomością, że arcybiskup chętnie się znim spotka.

JosephE.Ritter, mężczyzna drobnej budowy i o delikatnym głosie, w okularach bez oprawek, był przedstawicielem rzadkiego gatunku w amerykańskim Kościele katolickim - liberałem, który wspiął się na wysokie stanowisko. Kiedy został arcybiskupem w 1946 roku, zarządził integrację szkółek parafialnych, podczas gdy wiele publicznych placówek w Missouri wciąż dzieliło uczniów według rasy. Gdy oponenci zagrozili procesem, Ritter zagroził ekskomuniką każdemu, kto sprzeciwi się jego decyzji. "Krzyż na naszych szkołach musi coś oznaczać", upierał się duchowny, który w końcu został kardynałem. Masters odwiedził go w połowie lat pięćdziesiątych, kiedy ledwie interesowano się antykoncepcją i nie istniały jeszcze tak głębokie podziały, jakie powstały po zakazie jej używania z1968 roku, walce z aborcją z lat siedemdziesiątych, a także po znacznie późniejszych doniesieniach o pedofilii wśród dostojników kościelnych, które to wydarzenia zmobilizowały hierarchów katolickich do intensywnejszej wojny z seksem. Większość wiernych wciąż wspominała o swoich cielesnych grzechach w konfesjonale. W czasie spotkania z Mastersem biskup z zadowoleniem przyjął pomysł przeprowadzenia badań nad kwestiami powodującymi spięcia w małżeństwach. - Zdaję sobie doskonale sprawę, że milionom małżeństw w tym kraju grozi rozpad z powodu problemów na tle seksualnym- powiedział Ritter w trakcie rozmowy trwającej dwie i pół godziny. Dostojnik kościelny zaznaczył, że nie może stać się oficjalnym członkiem rady Mastersa, ale wskaże księdza, który będzie informował go o postępach. Przy pożegnaniu arcybiskup podziękował Billowi. - Nie muszę ci mówić, że niektóre z wybranych przez ciebie metod nie mogą zostać zaaprobowane przez Kościół katolicki- powiedział- ale z pewnością nasz Kościół będzie zainteresowany wynikami badań. Ritter obiecał, że nie wypowie się publicznie na temat projektu bez wcześniejszej konsultacji z Mastersem.

Po zwerbowaniu komisarza, arcybiskupa i kanclerza Uniwersytetu Waszyngtońskiego- z których każdy na swój sposób wierzył w naukę- Masters wreszcie poczuł się wystarczająco pewnie, by oprzeć swoje badania na obserwacji prostytutek.

Podobnie jak winnych amerykańskich miastach, prostytutki zSt. Louis postrzegano jako upadłe kobiety wspierające szkodliwe dla społeczeństwa zachowania. Ich klientów uważano za ofiary kobiecych wdzięków (nigdy za ludzi obdarzonych wolną wolą), nieświadomie zarażonych gruźlicą oraz syfilisem i innymi chorobami wenerycznymi, które potem zanosili do domów. W raporcie o zdrowiu publicznym wmieście St.Louis z1895 roku znalazły się spostrzeżenia odzwierciedlające te powszechne poglądy: "Dla dziewicy, która w chwili miłosnego uniesienia składa w darze klejnot swojej cnoty, można jeszcze znaleźć wytłumaczenie; ale jakąż wymówkę lub okoliczność łagodzącą wymyślić można dla kobiety, która oddaje swe ciało każdemu przybyszowi dla pieniędzy? Grzech ten jest stary jak świat i wynika z powszechnego i nieuleczalnego zła, którego tolerować nie można. Można je tylko zwalczać wszelkimi sposobami".

W latach pięćdziesiątych większości lekarzy wSt.Louis do głowy by nie przyszło pracować z prostytutkami. A jednak światek ulicznic, burdeli i anonimowych klientów żądnych seksu stał się laboratorium Mastersa. Przez pierwsze dwadzieścia miesięcy badań przeprowadził wywiady ze stu osiemnastoma kobietami i dwudziestoma siedmioma mężczyznami parającymi się najstarszym zawodem świata w St.Louis oraz innych miastach. Starannie wynotował ich doświadczenia i historię medyczną. Masters twierdzi, że nigdy nie zapłacił za współpracę, chociaż zdaniem asystujących mu lekarzy prostytutki otrzymywały rekompensatę za czas poświęcony na badania. Z przepytanej grupy wyznaczono osiem kobiet i trzech mężczyzn do "badań anatomicznych i fizjologicznych", które polegały na obserwacji różnych aktów seksualnych. Chociaż Masters był wykładowcą jednej z najlepszych uczelni medycznych w kraju, dopiero wtedy zrozumiał, jak niewiele wie o zawiłościach kopulacji. Szczerość ludzi ulicy znacznie różniła się od sztywnego podejścia zdenerwowanych pacjentów z wyższej klasy średniej, którzy przychodzili do jego gabinetu. Prostytutki, zwerbowane dzięki pomocy asystentów, doskonale wiedziały, co podniesie sflaczałego penisa i pobudzi suchą pochwę, a także jak ta dwójka może pracować wspólnie z maksymalną efektywnością. "Opisały wiele metod na podniesienie bądź kontrolowanie napięcia seksualnego i zademonstrowały niezliczone warianty technik stymulacji", napisał Masters. Pomogły mu przejść przez etap badań oparty na metodzie prób i błędów i zrozumieć, w jaki sposób może zaobserwować najbardziej podstawowe anatomiczne aspekty stosunku.

W burdelach, z błogosławieństwem policji, Masters spotkał "trzech mężczyzn, którzy do pewnego stopnia sprawowali kontrolę nad populacją prostytutek w St.Louis". Ci stręczyciele dali się przekonać, że Masters nie jest częścią przedziwnej akcji policyjnej, lecz profesorem, który chce się czegoś nauczyć. Uderzyła go szczerość, z jaką prostytutki omawiają doświadczenia klientów i własne. Wiele z nich "zaczynało uprawiać seks z wieloma partnerami" jeszcze jako nastolatki, żeby "odwdzięczyć się za zabranie do kina czy na zabawę". Ponieważ mężczyźni rzadko zakładali prezerwatywy, najczęściej wybieraną przez nie metodą antykoncepcji był krążek domaciczny, a zaskakująca liczba kobiet została poddana sterylizacji. Jednak w przypadku męskich prostytutek Masters często miał wrażenie, że jest okłamywany, zwłaszcza w kwestii "częstotliwości stosunków, a także ich jakości i efektywności". W przeciwieństwie do koleżanek po fachu, panowie opisywali sprawność seksualną wykraczającą poza wszelkie prawdopodobieństwo. Kiedy Masters czuł, że przedstawiania historia "była raczej fantazją niż faktem", odmawiał przyjęcia jej autora do badań. Niemniej jednak te wywiady pozwoliły Mastersowi poznać więcej intymnych szczegółów, niż sobie wyobrażał. "Zazwyczaj pytania wynikały z mojej oczywistej ignorancji wobec wielu zachowań seksualnych, o których miałem wiedzę znikomą bądź żadną", wyjaśnił.

Bezpośrednia obserwacja w burdelach pozwoliła Mastersowi wkroczyć do świata płatnego seksu i zobaczyć to, czego nigdy nie poznałby dzięki wywiadom. Początkowo policjanci z obyczajówki dostarczali mu skonfiskowane w trakcie nalotów filmy pornograficzne, na których seks pokazywano dość drastycznie i beznamiętnie. Jednak Masters wytłumaczył, że musi "przyjrzeć się funkcjom seksualnym, żeby osiągnąć odpowiedni poziom obiektywizmu". Przekonanie stręczycieli i prostytutek do przystania na tego typu prośbę- zamiast uznania jej przez nich za zwykłą perwersję- doskonale świadczyło o tym, jaki wydawał się szczery i jak wiele mogło zdziałać wsparcie wpływowych doradców.

Skryty w ciemnościach Masters przyglądał się zachęcającym klientów prostytutkom oraz reakcjom tychże. W burdelach zaglądał przez dziurki od klucza albo lustra weneckie, które ustawiono w strategicznych i dyskretnych miejscach, by podglądacze mogli obserwować parę w trakcie stosunku albo by burdelmamy mogły pilnować niesfornych klientów. "Zawsze ciekawiło mnie, skąd wynika takie, anie inne zachowanie prostytutki wobec mężczyzny", wyjaśnił Masters niczym antropolog w rozmowie o nieznanej cywilizacji. Niektóre prostytutki okazywały "jawną obojętność", jak zauważył, podczas gdy inne kobiety wyraźnie starały się "stymulować, zachęcać i zadowalać konkretnego partnera". Po kilku chwilach sam na sam prostytutki zawsze pytały klienta o pochodzenie, a Masters dowiedział się, że pytanie nie miało być zwyczajną uprzejmością- jeśli mężczyzna pochodził z okolicy, kurtyzany dawały z siebie trochę więcej, by zwiększyć szansę na kolejną wizytę.

Podglądanie przez dziurkę od klucza to zajęcie, które przyprawia o skurcze i wysokie ciśnienie. Żeby dobrze widzieć, Bill musiał przysunąć prawe oko do dziurki, siedząc za ścianą albo w ciasnym, dusznym kącie. "Były to najbardziej paskudne, najmniej podniecające warunki, jakie sobie można wyobrazić", opowiadał później swoim kolegom. Kucając w ciszy, sprawdzał długość stosunku, moment wejścia i wyjścia, a nawet to, jak intensywnie skakano po łóżku. Snuł plany o wykorzystaniu elektrokardiogramu, monitorów oddechu i innych dostępnych urządzeń medycznych, którymi mógłby zmierzyć zmiany zachodzące w ciele podczas stosunku. Po wszystkim, kiedy już znalazł się w samochodzie albo pokoju hotelowym, Masters zapisywał swoje obserwacje. Między 1955 a późnym 1956 rokiem rozciągnął swoje badania także na inne miasta, takie jak Chicago, Minneapolis czy Nowy Orlean. Zazwyczaj prosił o moratorium policyjne na tydzień przed badaniem, tydzień samej obserwacji, a także tydzień po. W ramach wymiany informacji proponował też każdej ochotniczce darmową poradę lekarską. Kontrola obejmowała gardło, pochwę, szyjkę macicy i odbytnicę.

W końcu Masters doszedł jednak do wniosku, że prostytutki nie nadają się do jego badań. Próba była zbyt mała i za mało reprezentacyjna, żeby wysnuwać na jej podstawie wnioski o przeciętnej Amerykance. Kobiety te często cierpiały na zespół przekrwienia miednicy, znany jako syndrom Taylora (po profesorze Uniwersytetu w Columbii, który w późnych latach czterdziestych opublikował pracę na temat pacjentek cierpiących na chwilowe przekrwienie macicy bez późniejszego odpływu nagromadzonego płynu). Masters czuł, że nie jest wstanie wyciągnąć jakichkolwiek konkretnych wniosków dotyczących seksualnych reakcji kobiet, bazując na tych nietypowych przykładach. Co więcej, ogłaszając w publikacji, że opierał się na badaniach przeprowadzonych na prostytutkach, narażał się na "niezwykle negatywną reakcję ze strony społeczności miasta St.Louis", a taka burza mogłaby zakończyć jego karierę. Niemniej jednak wierzył, że tak zwane panny lekkich obyczajów dostarczyły mu mnóstwa ważnych informacji inie zmarnował ani jednej sekundy, poświęcając im tyle czasu. "Wywiady z tymi kobietami były bardzo produktywne, zwłaszcza dla kogoś, kto w gruncie rzeczy nic o seksualności płci przeciwnej nie wiedział", wyznał później. Te ograniczenia lekarza płci męskiej, próbującego zrozumieć reakcje kobiety, nigdy nie stały się tak wyraźne, jak w czasie rozmowy z"niezwykle atrakcyjną" absolwentką college'u, inteligentną i dociekliwą studentką biologii. Jak wspomina Masters, dziewczyna "dorabiała przed zbliżającym się ślubem", zgłaszając się na ochotniczkę do badań nad seksem. Pewnego dnia zasugerowała coś, co zmieniło wszystko.

W gabinecie w Szpitalu Położniczym ta młoda kobieta stymulowała się (Masters nazywał to "autostymulacją") aż do osiągnięcia orgazmu, a Bill utrwalał cały proces za pomocą swoich urządzeń medycznych. W czasie kolejnego wywiadu dyskutowali o zaciskaniu palców i dreszczach, ale także głębszych emocjach, jakich doznawała w trakcie seksu. Celem tych pytań było "zidentyfikowanie subiektywnych aspektów w ramach typowej reakcji seksualnej". Młoda kobieta opisała uczucie towarzyszące orgazmowi i powiedziała, że jego osiągnięcie zależało od tego, kto i jak ją stymulował. - A co, jeśli udaję?- zapytała w końcu. Masters wydawał się zupełnie zbity z tropu. - Nie rozumiem, co masz na myśli- przyznał po chwili ciszy. - Tym się zajmuję na co dzień: udaję orgazmy- stwierdziła bez ogródek, jakby wyjaśniała dziecku, że Święty Mikołaj nie istnieje. Czasami jedynym celem udawania orgazmu w trakcie stosunku było dla niej "przyśpieszenie, żeby facet skończył, zapłacił i sobie poszedł". Chociaż Masters był żonatym ginekologiem z setkami pacjentek, ta wypowiedź go zadziwiła. Opis szczytowania oraz idea udawania orgazmu, żeby szybciej zakończyć stosunek, nie mieściły mu się w głowie. "Zwyczajnie jej nie rozumiałem- wyznał.- I chyba nigdy nie udało mi się tego pojąć".

Fakt, że do tego skądinąd inteligentnego lekarza, który rejestrował jej orgazm, zupełnie nie przemawia opis towarzyszących mu uczuć, wywołał u kobiety napad frustracji. Stwierdziła, że jej cierpliwość się skończyła. - Naprawdę potrzeba ci tłumaczki, jeśli masz zamiar na poważnie zająć się tymi badaniami- oznajmiła ostentacyjnie.- Przydałaby ci się partnerka.

Masters nie odpowiedział. Siedział jak urzeczony, jakby nagle pojął prawdę tak oczywistą, a jednak dotychczas niedostrzeganą. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej sensowny wydawał mu się ten pomysł. Jeśli miał zrozumieć psychologiczne aspekty kobiecej seksualności- nieznany dotąd kierunek jego medycznych dociekań, dla których ryzykował karierę- zdecydowanie potrzebował współpracowniczki - kobiety. Wiedział, że nie może poprosić swojej żony, Libby, ponieważ ta rzuciła pracę w Szpitalu Położniczym, żeby skupić się na wychowaniu dzieci. Zamiast tego Masters postanowił poszukać asystentki, kogoś zupełnie obcego. Opublikował niewinnie wyglądające ogłoszenie w biurze do spraw rekrutacji Uniwersytetu Waszyngtońskiego. Po kilku tygodniach bezowocnych rozmów, tuż przed Bożym Narodzeniem 1956 roku, Masters wreszcie znalazł do pomocy taką osobę, jakiej poszukiwał.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje