Saudyjka za kierownicą

Manal asz-Szarif wychowywała się w Mekce, a jej narodziny zbiegły się w czasie z przejęciem władzy w kraju przez religijnych fundamentalistów. Jako dwudziestolatka została specjalistką ds. bezpieczeństwa systemów informatycznych i wtedy właśnie wewnętrzne sprzeczności saudyjskiego królestwa zaczęły jej ciążyć: w podróżach służbowych towarzyszył jej nieletni brat, choć miała samochód, nie wolno jej było go prowadzić. Aresztowana za prowadzenie auta w towarzystwie brata postanowiła przeciwstawić się królestwu mężczyzn i wygrała! Poniższy fragment pochodzi z książki Manal asz-Szarif "Saudyjka za kierownicą".

Na początku trzeciej doby pobytu za kratkami dotarło do mnie, że nieprędko stąd wyjdę, więc ustaliłam sobie plan dnia. Każdego ranka, gdy strażnicy o dziewiątej otwierali drzwi, szłam do biura naczelniczki więzienia, prosiłam o możliwość skorzystania z telefonu i przypominałam, że chcę się widzieć z prawnikiem. Przez wiele dni władze więzienia zabraniały mi widzenia z prawnikiem pod nieobecność mojego opiekuna czy mahrama, odmawiały mi również prawa porozmawiania z nim przez telefon. Pozwalali mi natomiast kontaktować się telefonicznie z bratową. Z perspektywy czasu sądzę, że mogłam wybierać: albo jedno, albo drugie. 

Reklama

Następnego dnia dowiedziałam się, że stan Abudiego się poprawia. Zaatakował go pasożyt bytujący na kotach. Nasz kot był na wszystko zaszczepiony, ale musiał zarazić się od jakiegoś zwierzaka wałęsającego się po okolicy i w ten sposób zainfekował Abudiego. Dopiero później dowiedziałam się, jak w szpitalu lekarze rzucili się do owijania go prześcieradłami i obkładania lodem. Nawet mój były mąż płakał, skulony na podłodze, gdy wydawało się, że nic nie jest w stanie zbić gorączki trawiącej ciałko Abudiego. 

Nadszedł czwartek, mój pierwszy oficjalny dzień odwiedzin. Pod bramą pojawiła się Munira w towarzystwie mojej matki. Nie mogąc dostać biletów na samolot, mama przez osiemnaście godzin tłukła się autobusem z Dżuddy do Ad-Dammamu i prosto z dworca przyszła do więzienia. Musiała przez całą drogę płakać, bo dotarłszy pod bramę, wciąż jeszcze nie mogła się uspokoić. Wprowadzono ją do sali widzeń przedzielonej dwiema podwójnymi taflami pleksi z otworami po każdej stronie. Otwory się jednak nie pokrywały. Chcąc coś usłyszeć, należało przyłożyć ucho do jednego otworu, mówiło się zaś do drugiego, obróciwszy wcześniej głowę. Odwiedzający musiał robić to samo. W sali panował zgiełk kilkudziesięciu toczących się jednocześnie rozmów i zaduch nieklimatyzowanego pomieszczenia spotęgowany nieopisanym smrodem gówna i szczyn. To było to samo pomieszczenie, w którym przeprowadzono mi rewizję osobistą. Rozbierałam się bez świadomości, że mam za plecami szybę. 

Nie chciałam, żeby mama oglądała mnie w takim stanie. Nie chciałam, żeby stała wśród tego smrodu i zgiełku. Z perspektywy czasu sądzę, że nic nie poruszyło jej w życiu tak mocno, jak widok mnie za kratami. Zależało mi na tym, by nie pogłębiać jej zdenerwowania, więc od początku do końca się uśmiechałam. Mama była czerwona na twarzy i zlana potem. Prawie się nie odzywała - od płaczu niemal straciła głos. Przyłożyła ucho do otworu, a ja przysunęłam do niego usta po drugiej stronie i zaczęłam pocieszać ją podniesionym głosem, bo inaczej nic by nie usłyszała. Zdecydowałam, że nie chcę, by tu przychodziła; czułam, jak udziela mi się jej rozpacz. Pozostali odwiedzający zaczęli się na nas gapić. Interesowałam ich znacznie bardziej niż osadzone, które przyszli odwiedzić.

Podczas piątkowych modlitw w meczetach imamowie z całego kraju entuzjastycznie pochwalili moje aresztowanie. Potępili mnie w żarliwych kazaniach, zarzucając mi zły wpływ na inne kobiety. Napiętnowali za "deprawowanie społeczeństwa", oskarżyli o bluźnierstwo i dążenie do zniszczenia islamu. Nazywano mnie "ladacznicą" i "dziwką". Zdaniem imamów, więzienie było dla Manal asz-Szarif jedynym odpowiednim miejscem.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje