Reklama

Reklama

Tajemnica Stelli Walsh

Z biegiem lat pamięć o jej dokonaniach coraz bardziej się zaciera, a była przecież 40-krotną mistrzynią USA, 18-krotną rekordzistką świata i 51-krotną rekordzistką Polski. Królową lekkiej atletyki! Stella Walsh, a właściwie Stanisława Walasiewicz - jakie tajemnice skrywała? Poniższy fragment pochodzi z książki "Sportsmenki. Pierwsze polskie olimpijki, medalistki, rekordzistki" autorstwa Krzysztofa Szujeckiego.

Tragiczną śmierć Stasi odczułam bardzo, tak skończyć pracowite życie! Nigdy w mej pamięci nie zginie jako wspaniały sportowiec, koleżanka i człowiek (...). Jak trudno jest wynarodowić Polaka na obczyźnie - Polaka kochającego swój stary kraj. I ona taka była - tak wspominała zmarłą na skutek ran postrzałowych Stanisławę Walasiewiczównę jej koleżanka z reprezentacji Polski, rekordzistka świata w rzucie dyskiem, Jadwiga Wajsówna. 

Po szokujących wynikach sekcji zwłok do opinii publicznej zaczęły docierać relacje pochodzące od dawnych znajomych Stanisławy, którzy pamiętali ją jeszcze z czasów szkolnych. Jeden z nich, Casimir Bielen, powiedział, że dzieci często naśmiewały się z jej muskularnej postury i chłopięcego wyglądu. Potwierdziła to również młodsza koleżanka Walasiewiczówny z tamtego okresu, Beverly Perret Conyers. Opowiedziała też dziennikarzom o pewnym zdarzeniu, które utkwiło jej mocno w pamięci. Otóż podobno dostrzegła kiedyś Stanisławę biorącą prysznic, a Polka miała zareagować na jej spojrzenie pytaniem: "Czy to Bóg mi to zrobił?". 

Reklama

Z polskiej wsi do Ohio

Urodziła się 3 kwietnia 1911 roku we wsi Wierzchownia koło Górzna (dziś w tym niewielkim miasteczku znajduje się ulica imienia Stanisławy Walasiewiczówny). Jej rodzicami byli Julian i Weronika z Ucińskich. Małżeństwo wraz z malutką Stasią, kilka miesięcy po jej narodzinach, opuściło polskie ziemie. Julian Walasiewicz ubiegał się bowiem o pracę w amerykańskiej stalowni, a gdy otrzymał zezwolenie na jej podjęcie, rodzina Walasiewiczów udała się do dalekiego Cleveland w stanie Ohio.

W dekadzie poprzedzającej wybuch pierwszej wojny światowej miała miejsce ostatnia i zarazem największa fala wielkiej emigracji Polaków "za chlebem" - znajdujący się pod zaborami kraj opuściło wówczas ponad dwa miliony rodaków. Za wielką wodę wyruszali głównie przedstawiciele ludności zajmującej się rolnictwem i najczęściej, podobnie jak ojciec Stanisławy, znajdowali zatrudnienie właśnie w przemyśle, a także w handlu.

Gdy państwo Walasiewicz osiedlili się w Cleveland, było tam ponad pół miliona mieszkańców, a z każdym rokiem liczba ludności, także polskiego pochodzenia, rosła. Okres międzywojenny charakteryzował się intensywnym rozwojem miasta, w którym już od 1914 roku świeciły elektryczne latarnie. Rozrastało się w wielki ośrodek przemysłowy. Stanisława mieszkała w Cleveland do końca swojego życia, kiedy to liczba populacji była zbliżona do... tej z początku XX wieku. Apogeum rozwoju miasta przypadło bowiem na pierwsze lata po drugiej wojnie światowej. Później sytuacja stopniowo zmieniała się już na gorsze. Kwitły bezrobocie, korupcja i przestępczość...

W Cleveland na świat przyszły dwie młodsze siostry Stasi - Zosia i Klara, która przez pewien czas próbowała swoich sił jako biegaczka. Rodzice bynajmniej nie odcinali się od swoich korzeni i dzieci wychowywali w atmosferze polskości, a w domu pielęgnowali ojczysty język. Stanisława kształciła się w szkole amerykańskiej, dlatego posługiwała się imieniem Stella i nazwiskiem Walsh. Gdy po latach przyjechała do Polski, w jej akcencie dało się słyszeć ślady gwary, jaką posługiwali się polscy chłopi przed pierwszą wojną światową.

Już w dzieciństwie Walasiewiczówna odznaczała się ponadprzeciętnymi zdolnościami sportowymi. W miejskim parku rekreacyjnym grała w koszykówkę i baseball razem z chłopcami. I radziła sobie znacznie lepiej od nich - czym zaskoczeni i poirytowani, pozwalali sobie na szydercze uwagi pod adresem koleżanki. Przede wszystkim jednak bardzo wcześnie ujawnił się wielki talent Stasi do lekkoatletycznych biegów krótkich, więc szybko poświęciła się im niemal całkowicie.

Powrót do Polski

Kiedy Stanisława miała 17 lat, letnie igrzyska olimpijskie odbywały się w Amsterdamie. Młodej sportsmence bardzo zależało na zdobyciu olimpijskiej kwalifikacji i cel ten zrealizowała, ale do stolicy Holandii nie pojechała. Powodem był brak amerykańskiego obywatelstwa oraz wiek - nieukończony 21. rok życia - który był warunkiem jego otrzymania. Nie myślała wówczas raczej o reprezentowaniu Polski, to nie stanowiło dla niej priorytetu. Chciała po prostu spełnić osobiste marzenie, jakim byłby udział w największej sportowej imprezie. Wkrótce jednak bieg wydarzeń zachęcił ją do jednoznacznego wyboru...

Tak jak wszyscy Polacy, i wiele sportsmenek na świecie, Stanisława była pod wielkim wrażeniem triumfu Haliny Konopackiej na igrzyskach w Amsterdamie. Sukces ten wyraźnie zmotywował ją do podjęcia działań umożliwiających starty w biało-czerwonych barwach. Niebawem więc przystąpiła do polonijnego klubu "Sokół", koncentrując się przede wszystkim na trenowaniu biegów sprinterskich i skoku w dal, czyli swoich głównych specjalności.

Z pewnością atmosfera panująca w polskim klubie rozbudziła w Walasiewiczównie patriotyczne uczucia, ponieważ już w 1929 roku, czyli zaledwie rok po igrzyskach amsterdamskich, postanowiła odwiedzić swoją ojczyznę, która po ponad 120 latach odzyskała upragnioną niepodległość. Wystartowała na zawodach w Poznaniu, gdzie odbywał się Wszechsłowiański Zlot Sokołów, uświetniający pierwszą w dziejach Powszechną Wystawę Krajową. Przedstawiano na niej największe osiągnięcia 10-lecia Niepodległej Polski w sferze gospodarczej, kulturalnej, naukowej, politycznej i sportowej, a lekkoatleci prezentowali swoje umiejętności na stadionie.

Stanisława Walasiewiczówna w zawodach lekkoatletycznych startowała jako zawodniczka drużyny "Sokoła" amerykańskiego i zwyciężyła z łatwością we wszystkich konkurencjach, w których brała udział: biegach sprinterskich, a także skoku w dal. Zacieśniła jednocześnie kontakty ze środowiskiem sportowym w kraju, poznała wielu doskonałych polskich lekkoatletów, m.in. Jadwigę Wajsównę, która zajęła w Poznaniu kilka drugich miejsc. Panie - obie kilka lat później należały już do czołówki światowej - mogły wówczas porozmawiać ze sobą po raz pierwszy. Jak się wkrótce okazało, nawiązały serdeczną relację. Wajsówna niemal od początku była pod wrażeniem spotkania z Walasiewiczówną.

- Byłam zaskoczona jej dobrą polszczyzną - opowiadała dyskobolka z Pabianic. - Opuściła swoją rodzinną wieś Wierzchowna pod Rypinem, emigrując do "Hameryki" w wieku trzech lat. Wypytywałam, jak to się stało, że po tak długim pobycie w innym kraju mówi dobrze po polsku. "Jestem Polką - odpowiadała - wychowałam się w polskim domu. W Ameryce z siostrą Klarą zawsze rozmawiam po polsku". Czy twoja siostra będzie też biegać tak jak ty? - byłam ciekawa. "Biega. I to dużo - informowała Stasia. - Za chłopcami, gdyż jest ładną dziewczyną". Zaśmiewałyśmy się do łez. Byłyśmy młode, skore do żartów i śmiechu. Stasia była inna niż nasze dziewczęta. Wychowana po amerykańsku - samodzielna, nie potrzebowała żadnej opieki, sama trenowała. Spokojna, opanowana, nawet nad wiek poważna i świadoma celu we wszystkim co robiła. Może przybliżał nas ten dziwny kontrast.

Po formie i stylu, jakie zaprezentowała Stanisława na poznańskich zawodach, działacze PZLA w kraju nie mieli żadnych wątpliwości, że objawił się w polskim sporcie wielki talent. Walasiewiczówna chętnie więc przystała na ich propozycję pozostania w kraju i rozpoczęła treningi w warszawskim klubie "Sokół-Grażyna".

Na wyżynach lekkiej atletyki

Klub powstał w 1905 roku z inicjatywy Heleny Kuczalskiej jako V Gniazdo Kobiece Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół", ale wkrótce został zdelegalizowany. Ponownie oficjalną działalność rozpoczął po opuszczeniu Warszawy przez Rosjan - niemieckie władze zezwoliły bowiem na reaktywację polskich organizacji sportowych. Wówczas zawodnicy "Grażyny" wykorzystywali do ćwiczeń teren Parku Saskiego, a w okresie, gdy w jej barwach startowała Stanisława Walasiewiczówna, treningi odbywały się na boisku do gier sportowych w Parku Paderewskiego. Obiekt ten, usytuowany w pobliżu stadionu AZS, "Grażyna" otrzymała od magistratu, a sekcja kobiecej lekkoatletyki utrzymywała się w klubie na najwyższym krajowym poziomie.

Niebawem nasza bohaterka występowała już w reprezentacji Polski na międzynarodowych meczach międzypaństwowych. Zadebiutowała podczas rywalizacji z Austrią, następnie Czechosłowacją i Japonią, osiągając znaczące sukcesy i ustanawiając nowe rekordy życiowe.

Po trwającym rok pobycie w Polsce, który wykorzystała także na spotkanie z rodziną mieszkającą na Pomorzu, powróciła do Stanów Zjednoczonych i do pracy na kolei. Powoli zbliżały się igrzyska w Los Angeles (w 1932) - Stanisława Walasiewiczówna miała na nich wystartować jako reprezentantka USA. Po długim wahaniu zdecydowała się jednak nie przyjmować amerykańskiego obywatelstwa i w ostatniej chwili złożyła rezygnację. Oczywiście spotkało się to z bardzo nieprzyjazną rekcją amerykańskiej opinii publicznej... Amerykanie, podobnie jak Polacy, świetnie zdawali sobie sprawę z ogromnych możliwości lekkoatletki urodzonej w niewielkiej kujawsko-pomorskiej wsi.

O okolicznościach tej decyzji Walasiewiczówna wspominała po latach w audycji radiowej z cyklu "Z Ziemi Polskiej":

- W 20-ósmym roku startowałam w Mistrzostwach Ameryki, w których była wybrana drużyna do reprezentacji Ameryki w Amsterdamie. Byłam przyjęta do drużyny sztafetowej 4×100 m pań, ale gdy sędziowie sprawdzili zgłoszenia, a w zgłoszeniu trzeba było zaznaczyć, gdzie się zawodnik albo zawodniczka urodziła, więc ja podpisałam - urodziłam się w Polsce, tak, jak było - i właśnie dlatego, że się urodziłam w Polsce, nie byłam przyjęta do drużyny amerykańskiej i nie pojechałam do Amsterdamu. Więc gdy nadeszła już następna olimpiada, w trzydziestym drugim roku, ja to zapamiętałam i to była jedna z przyczyn, że gdy miałam zdecydować, w jakich barwach będę startowała, zdecydowałam się ostatecznie startować w barwach Polski.

W konsekwencji mogła reprezentować na igrzyskach Polskę, ale aby tak się stało, musiała znaleźć nowe zatrudnienie, ponieważ jej decyzja spowodowała, że utraciła zajmowane dotychczas stanowisko w kompanii kolejowej New York Central. Konieczność znalezienia pracy związana była z surowymi wówczas przepisami dotyczącymi udziału sportowców w igrzyskach (jako amatorka musiała utrzymywać się z innego zajęcia niż sport), a także z trudną sytuacją finansową, w jakiej znalazła się jej rodzina. Ostatecznie zatrudniono ją w polskim konsulacie w Nowym Jorku, mogła więc spokojnie rozpocząć olimpijskie przygotowania.

Zbiegło się to w czasie z wielkim ogólnoświatowym kryzysem ekonomicznym. Wiele amerykańskich przedsiębiorstw wówczas zbankrutowało, znacząco ograniczono także produkcję przemysłową. A Stanisława dzięki nowej, stabilnej pracy była w stanie pomóc ojcu (któremu zredukowano liczbę godzin pracy) w utrzymaniu żony i swoich sióstr.

W 1930 roku Stanisława Walasiewiczówna - obok Hulanickiej, Schabińskiej, Orłowskiej, Kilos, Freiwald, Lewin, Jasieńskiej, Kobielskiej i Konopackiej - reprezentowała Polskę na III Światowych Igrzyskach Kobiet w Pradze, uznawanych wówczas za nieoficjalne mistrzostwa świata. Wypadła znakomicie, wygrywając trzy dystanse sprinterskie i walnie przyczyniając się do zajęcia przez nasz kraj drugiego miejsca w tabeli medalowej igrzysk. Był to niewątpliwie przełomowy moment w jej karierze, ponieważ zdobyła poważne już uznanie i renomę w środowisku międzynarodowym, a w Polsce wygrała po raz pierwszy w karierze plebiscyt na najlepszego sportowca "Przeglądu Sportowego". Gazeta w podsumowaniu roku 1930 w polskim sporcie pisała:

- Bilans sportowy roku 1930 jest zdecydowanie dodatni. Najwybitniejszą jego pozycją jest lekka atletyka kobieca, w której wznieśliśmy się do wyżyn mocarstwowych. Nasz wielki sukces praski - wicemistrzostwo świata - opieraliśmy co prawda przede wszystkim na wybitnych indywidualnościach dwu zawodniczek - Konopackiej i Walasiewiczówny. Sukcesów Walasiewiczówny nie można nadto zapisać w pełni na nasze dobro. Nie możemy zapominać, że zawdzięcza ona więcej Ameryce niż Polsce, choć z drugiej strony pierwsze wiadomości o jej talencie poszły w świat właśnie z Polski. 

Mistrzyni olimpijska

Igrzyska olimpijskie w Los Angeles odbyły się na przełomie lipca i sierpnia 1932 roku. Drużyna polskich olimpijczyków przypłynęła do wybrzeży Stanów Zjednoczonych wysłużonym statkiem "Pułaski", który na pokonanie Atlantyku potrzebował niespełna dwóch tygodni, choć w tym czasie kursowały już znacznie szybsze transatlantyki. Potem w drodze z Nowego Jorku, przez Chicago, do Los Angeles - witali naszych sportowców przedstawiciele Polonii, a wśród nich... Stanisława Walasiewiczówna.

Tę podróż po Ameryce tak wspominała Jadwiga Wajsówna:

- Niespotykana gościnność na każdym kroku. Wokół Stasi domysły i sensacje. Czy rzeczywiście wystąpi w barwach polskich, czy zmieni decyzję i wystartuje w drużynie amerykańskiej? Wpadliśmy w inny rytm życia. Szybko, szybko, szybko. Ogromne nowoczesne hotele, biurowce, Statua Wolności, autostrady, to wszystko tylko migało przed nami. Niesłychanie serdeczne powitanie w Chicago. Potem podróż przez całe Stany pociągiem - za oknem lasy, rozległe pola, łąki, pustynne tereny, górskie wąwozy, żar, upał, i wreszcie, i wreszcie bardziej umiarkowany klimat Los Angeles. Zmęczenie i frajda. Tego się nie zapomina. Wybałuszałam oczy, ale jak się człowiek wyrwie z takiej dziury jak Pabianice...

Podczas olimpijskiego występu Walasiewiczówna spełniła marzenia swoje i wszystkich sympatyków sportu w naszym kraju. Po pierwsze, wybrała barwy Polski, a po drugie, pewnie wygrała biegi eliminacyjne oraz finałowy bieg na 100 m, zdobywając złoty medal po pasjonującym finiszu (spóźniona na starcie, musiała nadrabiać stracony dystans). Zwyciężyła w świetnym czasie 11,9 sek., co było wyrównaniem ówczesnego rekordu świata.

O swoim triumfie tak opowiadała:

- Zawsze czułam się Polką, gorąco pragnęłam, aby dla mnie i moich rodaków, którzy wyemigrowali do Ameryki, zagrano w Los Angeles Mazurka Dąbrowskiego i wciągnięto na maszt polską flagę. Dla nas, dla Polonii amerykańskiej, była to sprawa honoru i wynagrodzenia za wiele trudnych chwil, jakie niejednokrotnie przeżywaliśmy na obczyźnie. 

Był to pierwszy wielki sukces 21-letniej lekkoatletki, która podczas tych igrzysk wystąpiła także w rzucie dyskiem. Jak wielu lekkoatletów tamtego okresu, nie będąc klasyczną wieloboistką, potrafiła wystartować z powodzeniem w kilku konkurencjach. Niestety w programie olimpijskich zawodów kobiecych nie znajdował się jeszcze bieg na 200 m czy skok w dal, w których Polka miałaby również duże szanse na sukces.

Na treningach Walasiewiczówna rzucała dyskiem ponad 40 m, jednak - co oczywiste - najbardziej zależało jej na zwycięstwie w biegu na setkę. Bardzo przeżywała ten występ, nie chciała zawieść polskich kibiców, a w szczególności amerykańskiej Polonii, marzyła o tym, aby na stadionie zabrzmiał polski hymn. Korespondent tygodnika "Raz, Dwa, Trzy" tak opisywał ostatnie godziny przed startem i wydarzenia na olimpijskim stadionie w Los Angeles:

- W domu, przed zawodami, naturalnie - ogromne zdenerwowanie. Walasiewiczówna panuje nad swemi nerwami, ale i ona obciera czoło, pokrywające się zimnym potem. Wynajduje sobie zajęcie, siedzi i ostrzy kolce: koniecznie chce zrobić 11,8 sek. Wajsówa wciąż patrzy na zegarek. Jak wloką się godziny, kiedy nareszcie będzie druga? Obiad. Walasiewiczówna pije dużą szklankę soku pomarańczowego i zjada dwa "toasty" przełożone serem. Wszystko. Trochę owoców do torebki. Pantofle, ręczniki. Długie ciepłe spodnie treningowe. Biały sweter z szerokim czerwonym napisem - Polska. Jedziemy. (...) Mimo oszczędzania sił w dysku jest jednak trochę zmęczona i zdenerwowana. (...)

Bieg ciężki. Amerykanki staną na głowie, żeby pokonać swą polską rywalkę, której nikt w Ameryce darować nie może, że została w zespole polskim. (...) Prosto z "ceremoni" idzie Walasiewiczówna do koła. Naturalnie jeszcze drży od wysiłku, jaki zrobiła na setkę. W dodatku - ten piekielny dysk. Taki gruby i mały, jak tu go wziąć? Nic się nie udaje. Wszystkie trzy kolejne rzuty, rzucane w pośpiechu (spieszyli się ogromnie panowie sędziowie) - poszły niżej 33 m. Koniec. Szóste miejsce. 

Na jesieni 1932 roku Stanisława zjawiła się ponownie w Polsce i podjęła studia w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie. Na terenie bielańskiej uczelni także mieszkała. Koleżanki wspominały, że każdego dnia czas spędzała bardzo aktywnie i późno wracała z miasta. Nie mogła jednak oswoić się z inną strefą czasową:

- Tłumaczyła, że trudno jej przywyknąć do zmiany czasu - wspominała Jadwiga Wajsówna. - Baby, śpicie? - wpadała do nas w nocy. - Ciacha od Gaja przyniosłam! Zjadałyśmy po dwa ciastka z cukierni Gajewskiego, gawędziłyśmy jeszcze kwadrans, szłyśmy spać. Walasiewiczówna wstawała późno, miała indywidualny trening, nie obowiązywał jej poranny marszobieg czy gimnastyka. Wolne chwile spędzała na korespondencji, pisała dużo do znajomych, rodziny, przyjaciół, sporo czasu zabierały jej wizyty w redakcjach, gdzie udzielała wywiadów. 

Gwiazda stadionów, ulubienica kibiców

W następnych latach, upływających pod znakiem przygotowań do kolejnych igrzysk w Berlinie, ale także obfitujących w liczne starty, kilkakrotnie poprawiała rekordy świata na sprinterskich dystansach: 60 m, 100 m, 200 m oraz w biegu na 220 jardów (ok. 201 m). A ostatni z jej rekordów Polski, który w chwili ustanowienia był również rekordem światowym na 200 m (23,6 sek.), przetrwał blisko 30 lat! - poprawiła go dopiero powojenna, godna następczyni Stelli - Irena Kirszenstein (Szewińska)...

W 1934 roku Stanisława znów przyjeżdża do Polski i znów prezentuje znakomitą formę, zwyciężając wszystkie biegi sprinterskie w zawodach krajowych. Jest także podporą reprezentacji na meczach międzypaństwowych. Przeżywa okres swojej wielkiej sławy. Gdy tylko ma się pojawić na starcie lekkoatletycznych zawodów w Polsce, liczba kibiców chętnych do przybycia na stadion momentalnie wzrasta.

W 1935 roku Walasiewiczówna zmieniła barwy klubowe, przechodząc do jednego z największych i najsilniejszych ówczesnych klubów sportowych stolicy - Warszawianki.

Choć zazwyczaj dość małomówna, była osobą bardzo lubianą, zarówno przez kolegów z bieżni, jak i przez zwykłych kibiców. Przyczyniała się w niezwykłym stopniu do - jak pisały gazety - pięknego pokazu polskiego sportu emigracyjnego. Jej koleżeńskie zachowanie nieraz zjednywało sympatię środowiska sportowego. Pewnego razu Walasiewiczówna wstawiła się np. za koleżanką z reprezentacji kraju, wielokrotną mistrzynią Polski w biegu na 80 m przez płotki i brązową medalistką Światowych Igrzysk Kobiet w Pradze w 1930 roku w sztafecie 4×100 m, Marylą Freiwald, zawodniczką Makkabi Kraków, gdy ta doświadczyła nagonki z powodu swojego żydowskiego pochodzenia.

O skali popularności, jaką cieszyła się wśród kibiców Walasiewiczówna, najlepiej świadczy fakt, że aż czterokrotnie została wybrana na najlepszego sportowca Polski w plebiscycie czytelników "Przeglądu Sportowego". W latach 1932-1934 wygrywała trzy razy z rzędu, podobnie jak w XXI wieku Otylia Jędrzejczak czy Adam Małysz.

W 1936 roku była jedną z największych nadziei na złoty medal dla Polski podczas Igrzysk XI Olimpiady w Berlinie.

Olimpijskie kontrowersje

Igrzyska olimpijskie w stolicy Trzeciej Rzeszy odbywały się w atmosferze hitlerowskiej propagandy, mającej dowieść całemu światu słuszności i doskonałości ideologii nazistowskiej. Realizowano ją zwłaszcza poprzez eksponowanie olbrzymich budowli oraz nowoczesnych urządzeń sportowych, a także niebywały przepych, który towarzyszył zawodom.

Męska część lekkoatletycznej reprezentacji Polski podczas berlińskich igrzysk nie zaimponowała niestety wynikami. Kibicom w kraju powodów do radości dostarczyły tylko panie, zdobywając dla naszych barw trzy medale - w biegu na 100 m Stanisława Walasiewiczówna (srebrny), w rzucie oszczepem Maria Kwaśniewska (brązowy) oraz w rzucie dyskiem Jadwiga Wajsówna (srebrny).

Walasiewiczówna nie obroniła złotego medalu wywalczonego na poprzednich igrzyskach w Los Angeles w biegu na 100 m. Mimo znakomitego czasu (11,7 sek.) zajęła w finale drugie miejsce, co w naszym kraju uznano za porażkę. Polka musiała uznać wyższość świetnie dysponowanej, młodszej o siedem lat Amerykanki Helen Stephens, która triumfowała z czasem 11,5 sek. Brązowy medal przypadł w udziale Käthe Krauss z Niemiec, uzyskała ona czas 11,9 sek. Stanisławie Walasiewiczównie, choć pod względem sportowym nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań, i tak gratulowano wielkiej woli walki, ponieważ podczas treningu przed biegami półfinałowymi nadwyrężyła mięsień uda i jej udział w zawodach stał w ogóle pod znakiem zapytania. Mimo wszystko wielu polskich dziennikarzy i kibiców z niedowierzaniem przyjmowało wyniki finału sprintu olimpijskiego pań.

Doszło nawet do tego, że redaktorzy "Kuriera Porannego" publicznie domagali się wykonania... testu płci Stephens, aby dowieść ponad wszelką wątpliwość, że jest ona w stu procentach kobietą... Presja opinii publicznej doprowadziła do wykonania tych badań, które Amerykanka przeszła pomyślnie.

Muskularnie zbudowana i wywodząca się, podobnie jak Polka, ze środowiska wiejskiego Stephens wyraźnie natomiast przypadła do gustu Adolfowi Hitlerowi, który wręczył jej autograf i... zaproponował wspólne spędzenie weekendu w jego rezydencji. Amerykanka nie przystała jednak na propozycję kanclerza, jak wspominała, uprzednio nie odwzajemniwszy również jego nazistowskiego pozdrowienia:

- Przyszedł i wykonał ten nazistowski salut. Odpowiedziałam dając mu stary, dobry uścisk dłoni zgodnie z zasadami Missouri. Potem złapał mnie za szyję, a następnie za tyłek. Zaczął ściskać i szczypać, a potem mnie objął. Powiedział: "jesteś prawdziwym aryjskim ideałem. Powinnaś biegać dla Niemiec". Potem zaczął mnie masować i zaprosił mnie na wspólny weekend w Berchtesgaden. 

Oczywiście Helen Stephens, która w dzieciństwie nawet wzorowała się na naszej wybitnej sprinterce, chciała czym prędzej zakończyć spotkanie z Hitlerem, traktując je jako przykry obowiązek, i nawet przez myśl jej nie przeszło, aby kiedykolwiek w przyszłości rozważać starty w barwach III Rzeszy...

Podczas igrzysk w Berlinie startował jeszcze co najmniej jeden wzbudzający kontrowersje sportowiec. Był nim Niemiec Hermann Ratjen, biorący udział w konkursie skoku wzwyż... kobiet. Występował jako Dora Ratjen, ale mimo swojej fizycznej przewagi nie zdobył medalu, na który oczywiście liczyli nazistowscy działacze. Wyrażane już wtedy wątpliwości co do jego płci okazały się w pełni uzasadnione, co potwierdziło się dwa lata później. I nie było raczej mowy o jakichś specyficznych uwarunkowaniach genetycznych, ale o cynicznym oszustwie.

W kolejnych sezonach forma Ratjena wzrastała. Odwiedził nasz kraj w 1938 roku, startując na Stadionie Miejskim w Bydgoszczy podczas meczu lekkoatletek Polska-Niemcy. Wkrótce doskonale wypadł podczas mistrzostw Europy kobiet w Wiedniu, gdzie zwyciężył z rekordem świata - 1,70 m. Jednak tuż po tym zwycięstwie jego sekret wyszedł na jaw. Otóż w drodze powrotnej z zawodów odkryto, iż Ratjen posiada męskie narządy płciowe. Najprawdopodobniej spostrzegła to koleżanka z drużyny lekkoatletycznej, podróżująca z nim w jednym wagonie sypialnym. Zaniepokojona wezwała kontrolerów, którzy zarządzili rewizję. Prawda wyszła na jaw, lecz władze niemieckiego sportu próbowały tuszować sprawę. Niemiecka Federacja Lekkiej Atletyki zdecydowała wprawdzie o dyskwalifikacji Ratjena, ale powodem tej decyzji - jak oficjalnie uzasadniano - było "naruszenie zasad amatorstwa". Ustanowiony w Wiedniu rekord i medal zdobyty w skoku wzwyż pań zostały mu odebrane. Męskiego imienia Hermann zaczął używać po wojnie, a w latach pięćdziesiątych XX wieku oznajmił, że do oszustwa został namówiony przez nazistowską organizację Bund Deutscher Mädel (żeńską sekcję Hitlerjugend).

Niesłabnąca forma i grad medali

Niedługo po zakończeniu berlińskich igrzysk, pewnego wrześniowego dnia, w centrum Warszawy doszło do przykrego incydentu. Nieopodal siedziby "Przeglądu Sportowego", mieszczącej się przy ul. Marszałkowskiej 3/5, nasza sprinterka stanęła oko w oko ze złodziejem, który zaczepił ją, gdy wysiadła z tramwaju. Jak donosił "Orędownik Ostrowski":

- Na pl. Unii Lubelskiej usiłowano okraść Stanisł. Walasiewiczównę. Walasiewiczównie udało się ująć złodzieja, którym okazał się znany policji "doliniarz" Chaim Miodownik. Żyd. 

Przestępca sądził, że ma do czynienia z cudzoziemką i liczył na łatwy łup. Na jego drodze stanęła jednak bardzo silna i sprawna kobieta, która bez trudu poradziła sobie z mikrej postury złoczyńcą. Chudy 22-latek próbował ukraść mistrzyni olimpijskiej portmonetkę z (jak się okazało) zawartością 50 zł, którą miała w kieszeni. Na miejsce została wezwana policja i wkrótce przybył przed budynek redakcji posterunkowy w celu wylegitymowania doliniarza.

Kilka dni po tym zajściu Stanisława wystąpiła, obok pozostałych naszych medalistek olimpijskich i innych reprezentantów, podczas zawodów lekkoatletycznych we Lwowie, prezentując świetną formę. Po kontuzji odniesionej w Berlinie nie było już śladu, o czym świadczyły osiągnięte przez Walasiewiczównę wyniki, w tym wyrównanie rekordu świata na 60 m i ustanowienie nowego - na 80 m (9,5 sek.). Najlepsza polska sprinterka podkreślała też, że w uzyskaniu rekordu świata pomogła jej doskonale przygotowana bieżnia stadionu "Pogoni", którą oceniła jako najszybszą w kraju. Start we Lwowie był ostatnim występem Stanisławy w olimpijskim sezonie podczas popytu w Polsce.

Rekordami żegna nas Walasiewiczówna - zatytułował swoje sprawozdanie z tych zawodów "Przegląd Sportowy", który informował również o dużym zainteresowaniu nimi publiczności.

- Po ukończonych konkurencjach nastąpiło istne oblężenie szatni naszych olimpijek. Cyfra pragnących uzyskać autograf Walasiewiczówny, zamienić parę słów z Wajsówną, czy wreszcie móc spojrzeć na Kwaśniewską, przybierała tak wielkie rozmiary, iż przed szatniami "Pogoni" powstały ogonki rzadko spotykanej długości. 

W 1938 roku, na zakończenie sezonu, jak co roku, Stanisława wzięła udział w dużych zawodach krajowych w Gdańsku. Tym razem była to szczególna impreza - miała bowiem charakter wybitnie propagandowy. Patronował jej minister Marian Chodacki, który był Komisarzem Generalnym RP w Wolnym Mieście Gdańsku. Zawody lekkoatletyczne odbyły się na zakończenie Tygodnia Sportu Polskiego, w niedzielę 11 września. Walasiewiczówna, zajmując trzy pierwsze miejsca - w biegu na 100 m, skoku w dal i rzucie dyskiem - zdobyła puchar ufundowany przez ministra Chodackiego. Publiczność zgromadzona na stadionie lekkoatletycznym przyjęła ją niezwykle owacyjnie, a rekordzistka świata zaprezentowała tradycyjnie wyborną formę.

Tydzień później - w drugiej połowie września - na stadionie w Wiedniu rozegrano historyczne I Mistrzostwa Europy w Lekkoatletyce Kobiet, w których wzięło udział blisko 100 zawodniczek, reprezentujących 11 państw. Dwudniowe zawody przebiegały w niesprzyjającej atmosferze międzynarodowej, ze względu na narastającą agresywną politykę Hitlera i przyłączenie Austrii do Trzeciej Rzeszy. Mimo tej ponurej aury reprezentacja Polski wypadła znakomicie, zdobywając aż pięć medali, z czego cztery wywalczyła... sama Stanisława Walasiewiczówna.

Przed wyjazdem siedmiu naszych reprezentantek do Wiednia, nastroje w kraju raczej nie były optymistyczne. Przeważały opinie, że tylko Walasiewiczówna może stanąć do rywalizacji o miejsca na podium. I rzeczywiście nasza sprinterka nie zawiodła oczekiwań kibiców, wygrywając - i to w świetnym stylu - biegi na 100 m i 200 m. Dwa złote medale!

Największą niespodziankę sprawiła w polskiej reprezentacji sztafeta 4×100 m, zdobywając wicemistrzostwo Europy. Srebrny medal! Stało się tak przede wszystkim dzięki świetnemu biegowi Walasiewiczówny, która po swoim występie na ostatniej zmianie otrzymała ogromne brawa od publiczności, czego nie omieszkała podkreślić polska prasa. O sukcesie Polek - jak relacjonował korespondent "Sportu Polskiego" - przesądził znakomity bieg Walasiewiczówny:

(...) na ostatniej zmianie - choć odebrała pałeczkę jako czwarta, potrafiła przegonić Włoszkę i na samej mecie chwycić jeszcze Angielkę Lock, nad którą nadrobiła - mimo, że Lock jest mistrzynią Anglii - około 7 metrów. W biegu tym Walasiewiczówna wykazała swoją wspaniałą klasę, wyższość bezapelacyjną nad wszystkimi przeciwniczkami. 

Sztafeta uzyskała czas 48,3 sek., co było rezultatem o dwie sekundy lepszym od dotychczasowego rekordu Polski. Podczas mistrzostw w Wiedniu Stanisława Walasiewiczówna wystartowała także w jeszcze jednej konkurencji, która nie była wcale jej koronną - w skoku w dal. To był bardzo udany występ, zakończył się zdobyciem srebrnego medalu. Nasza lekkoatletka potwierdziła tym samym swoje doskonałe przygotowanie do zawodów w Wiedniu.

Śmierć legendy

Na początku grudnia 1980 roku do Cleveland miały przybyć polskie koszykarki, aby rozegrać mecz z tamtejszą drużyną uniwersytecką. Na uroczyste powitanie rodaczek Stanisława postanowiła zakupić biało-czerwone wstążki. Ruszyła więc do pobliskiego centrum handlowego. Pora była już dość późna i zapadł zmrok. Gdy wracała z zakupami do samochodu zaparkowanego na sklepowym parkingu, nagle spostrzegła biegnących za nią dwóch mężczyzn - pędzili prosto w jej kierunku. Jeden z nieznajomych, jak się potem okazało, był nim niejaki Donald Cassidy, próbował ukraść jej portmonetkę. Towarzyszył mu jego szwagier Ricky Clark.

W opinii znajomych mistrzyni olimpijska wciąż była w znakomitej kondycji fizycznej, czuła się młodo i podobno również wyglądała na osobę o 20 lat młodszą - nie rozstawała się z blond peruką. Dlatego zdecydowała się podjąć walkę z agresywnym przestępcą, który nie zdawał sobie sprawy, że na jego drodze stanęła wysportowana, silna kobieta. Wywiązała się walka wręcz - na co wskazywały oparzenia i ślady prochu na dłoni biegaczki - a potem padł strzał z pistoletu, raniący Stanisławę Walasiewiczównę w pierś. W toku późniejszego śledztwa ustalono, że oddał go Cassidy.

Ciężko ranną Walasiewiczównę odwieziono do szpitala św. Aleksego, gdzie natychmiast ją operowano. Niestety obrażenia okazały się zbyt poważne. Zmarła po kilkudziesięciu minutach...

Zgodnie z amerykańskim prawem, ze względu na okoliczności śmierci sportsmenki, zarządzono sekcję zwłok. Po jej wykonaniu początkowo prasa o wynikach nie informowała w ogóle. Wkrótce jednak świat obiegła sensacyjna wiadomość: zmarła kobieta miała zarówno żeńskie, jak i męskie organy płciowe - jedne i drugie nie w pełni rozwinięte.

W opublikowanym protokole z autopsji Walasiewiczówny lekarz napisał m.in.:

Większość badanych komórek miała prawidłowy chromosom X i Y. Tylko niewielka ich część zawierała pojedynczy chromosom X i brak chromosomu Y. Osoby z tą formą mieszanki chromosomów płciowych (zwanej mozaikowatością) mogą prezentować różne formy fizyczne, zaczynając od prawie normalnych samców przez osoby, które byłyby nie do odróżnienia od kobiet z zespołem Turnera. 

Ruszyła medialna nagonka na polską mistrzynię, sugerowano wręcz, że była tak naprawdę mężczyzną i tylko udawała kobietę, aby zyskać sportową sławę. Później jednak, gdy emocje nieco opadły, jedna ze stacji telewizyjnych, Kanał 5, złożyła nawet oficjalne przeprosiny za zniesławienie dobrego imienia sportsmenki.

Stanisława Walasiewiczówna nie była bowiem mężczyzną, tylko osobą interpłciową (w przestarzałej już terminologii medycznej nazywano je hermafrodytami, czyli obojnakami). Interpłciowość to, w dużym uproszczeniu, posiadanie i męskich, i żeńskich cech płciowych - zarówno na poziomie genetycznym (chromosomy płci XX i XY), jeśli idzie o budowę wewnętrzną (narządy), jak i zewnętrzną (charakterystyczne dla kobiet i mężczyzn cechy wyglądu fizycznego). Ta "międzypłciowość" dotyczy, jak się szacuje, jednej na dwa i pół tysiąca osób.

Po narodzinach Walasiewiczówna została uznana za dziewczynkę, czego świadectwem jest jej akt chrztu. Także z wypowiedzi samej zawodniczki wynikało, że zawsze czuła się kobietą. Dlatego też, choć miała typowo męską urodę, co dobrze widać na wielu fotografiach, za życia nigdy publicznie nie poddawano w wątpliwość jej płci.

Przez 69 lat swojego życia społecznie, kulturowo i w świetle prawa była kobietą. Żyła i zginęła jako kobieta. 

Jeśli chodzi o aspekt sportowy całej sprawy, to ani Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF), ani Międzynarodowy Komitet Olimpijski nigdy nie anulowały rekordów i medali Stanisławy Walasiewiczówny. Jedynie przez pewien czas w oficjalnych zestawieniach widniał przy jej osobie dopisek: "status płci nieokreślony". Najprawdopodobniej więc przyjęto, iż interpłciowość nie dawała jej aż tak znaczącej przewagi nad innymi zawodniczkami, aby zastosować dyskwalifikację.

Na jej grobie widnieje napis: "Stella Walsh, Walasiewiczówna, 1911-1980" oraz pięć olimpijskich kół.

Odpowiedzialni za zabójstwo bandyci zostali ujęci przez policję i na wiosnę 1983 roku postawiono im zarzuty. Po upływie niemal trzech lat od śmierci Stanisławy, w listopadzie tego roku, zapadł wyrok - każdy z napastników otrzymał karę kilkunastoletnieg więzienia.

Fragment pochodzi z książki "Sportsmenki. Pierwsze polskie olimpijki, medalistki, rekordzistki" autorstwa Krzysztofa Szujeckiego. Więcej o książce przeczytasz TUTAJ

 

 

 

 



Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje