Reklama

Reklama

Feminizm - co ja na to?

"Pani Anito, czy jest pani feministką?" Takie pytanie usłyszałam niedawno podczas jednego ze standardowych wywiadów o wszystkim i niczym i zupełnie mnie zapowietrzyło. A bo ja wiem? Co to właściwie dzisiaj znaczy? Jedni traktują zagadnienie bardzo serio, inni z lekceważeniem, a mnie zastanawia: jak ja się w tym wszystkim znajduję? Tak na poziomie czysto życiowym, nie teoretycznym.

W końcu hasło "feminizm" zawiera w sobie tyle skrajnych postaw. Poglądy anty-facetowskie i pro-równopłciowe wzajemnie się wykluczają, a jednak dwoma skrajnymi klamrami zamykają ten sam obszar wspólny, określający walkę kobiety o swoje prawa i godną pozycję w życiu społeczno-politycznym.

Jestem Polką. Mam 31 lat. Wykonuję zawód wolny, będąc jednocześnie mamą ośmiomiesięcznej córki. Powinnam chyba już znać siebie na tyle, by móc udzielić jasnej odpowiedzi na proste pytanie zadane przez dziennikarza. Skąd więc to wahanie?

Pierwsze moje oficjalne starcie z feministyczną materią miało miejsce wiele lat temu. Był rok 1997. Od całkiem niedawna funkcjonowałam w świadomości społeczeństwa jako osoba publiczna, sama do końca nie zdając sobie z tego faktu sprawy. Zostałam zaproszona do wieczornej audycji radiowej, gdzie oprócz mnie gośćmi były panie Kofta i Domagalik, promujące wspólną książkę "Harpie, piranie, anioły...", która właśnie ukazała się na rynku wydawniczym. Naturalnym biegiem rozmowy było więc poruszenie kwestii pozycji kobiety w polskim społeczeństwie. W końcu padło na mnie i oto miałam określić swoje stanowisko w tym temacie. Pamiętam doskonale, że wtedy nie wahałam się ani chwili. "Nie jestem feministką" - wypaliłam nonszalancko. "Być może dlatego, że ani razu nie spotkałam się w swoim zawodzie ani ogólnie w życiu z żadnymi przypadkami dyskryminacji mojej osoby z powodu płci. Nie czuję się ani gorsza, ani słabsza od mężczyzn, nie widzę więc potrzeby podejmowania jakiejkolwiek walki na tym polu". Taki, mniej więcej, był sens mojej wypowiedzi. (Wtedy słowo "feministka" kojarzyło mi się z wizerunkiem agresywnej baby, co nie lubi facetów. Nie potrafiłam zidentyfikować się z nim w żaden sposób).

Reklama

Potem nastąpił proces stopniowej weryfikacji moich poglądów. Wcale nie dlatego, że zmieniła się jakoś drastycznie moja sytuacja czy też stosunek mężczyzn do mnie. Chodziło raczej o to, że UŚWIADOMIŁAM sobie jak to realnie wyglądało od początku.

Urodziłam się i wychowałam w świecie patriarchalnym i całkiem niezauważalnie dla siebie zostałam zaprogramowana według określonych standardów zachowań. Mogłam się czuć wyzwolona, momentami nawet krnąbrna i nieokiełznana. W rzeczywistości jednak pozostawałam mimowolną ofiarą dominacji męskiego pierwiastka w życiowej chemio-sferze. Zaczęłam analizować zdarzenia z innej perspektywy. Nagle niewinne epizody z przeszłości stały się dla mnie dowodami przestępstw różnorakich nadużyć facetów wobec mojej kobiecości.

W wieku 15 lat wyjechałam na trzy miesiące do Tokio podejmując pracę w charakterze modelki. Dość wcześnie (i całkiem bez znieczulenia!) zostałam wciągnięta w świat damsko-męskich zależności. Wtedy wydawało mi się, że jestem dorosła i stanowię sama o sobie. Jak bardzo się myliłam, widzę dopiero z perspektywy czasu. Cała moja przygoda z modelingiem, trwająca w sumie trzy lata, obfitowała w przedziwne dwuznaczne sytuacje, w których moja godność osobista notorycznie wystawiana była na próby ognia. A to jakiś ważny pan ze świata mody poklepywał mnie "po przyjacielsku" po tyłku podczas przyjęcia, a to inny oficjalny "opiekun" próbował mnie pocałować w samochodzie, odwożąc z pokazu do domu.

Pamiętam, że czułam się dziwnie, stawiając opór. Miałam wrażenie, że muszę coś robić nie tak i pewnie to wszystko moja wina, że podobne zdarzenia w ogóle mają miejsce. Może nie znam zasad, albo źle pojmuję kodeks mej pracy? W każdym razie pogubiłam się w tym wszystkim na tyle, że w końcu obcięłam włosy na zero, zaczęłam nosić czarne glany i generalnie robić wszystko w kierunku obrzydzenia swojej powierzchowności na tyle, by w końcu przestano traktować mnie jak kawałek mięsa i dostrzeżono we mnie człowieka. Zapragnęłam stać się partnerem mężczyzny, a nie jego maskotką. Rzuciłam więc modę i zostałam wokalistką rockowego zespołu. Muzyka dała mi wreszcie możliwość wyrażenia siebie.

Jednak i w tej dziedzinie nieraz przekonałam się na własnej skórze, jaką iluzją jest równy status kobiet i mężczyzn we współczesnym świecie. O ile powszechnie akceptuje się rolę liderki wysuniętej na frontową linię w zespole, to jednak ciągle naturalnym pozostaje przypuszczenie, że o powodzeniu muzycznego przedsięwzięcia decyduje "męski mózg", który stoi za całością sprawy i o wszystkim decyduje. Od kobiety wymaga się nadal głównie dobrego wyglądu i anielskiego głosu. Resztą, czyli sprawami większej wagi, mają zajmować się faceci: manager, producent, wydawca, promotor itp. Przez pierwsze lata swojej kariery odczuwałam duży dyskomfort z powodu tendencyjnego traktowania mojej osoby w trybach show-biznesowej machiny. Jednocześnie starałam się cały ten zastęp głodnych samców zadowolić! Na poziomie świadomości nie znałam źródła moich frustracji. To był tylko kolejny etap dochodzenia do prawdy o swoim miejscu w szeregu.

Tak na serio, po raz pierwszy poczułam różnicę, kiedy odeszłam z zespołu Varius Manx i wyjechałam pracować nad solową płytą do Londynu. Być może gdyby nie ten fakt, nigdy nie odkryłabym, że można funkcjonować inaczej. Nie ma co się oszukiwać - społeczeństwo angielskie przerobiło znacznie wcześniej podstawowe lekcje z dziedziny równania statusu kobiet i mężczyzn . Pewne postawy zachowań, które tutaj ciągle stanowią normę, w wielu zachodnich krajach są co najmniej passe albo wręcz w złym guście. Muszę przyznać, że dopiero będąc tam (w gruncie rzeczy jako osoba nikomu nieznana i całkiem anonimowa!), zostałam potraktowana po partnersku przez kolegów płci przeciwnej, którzy z wielką uwagą i szacunkiem odnosili się do moich pomysłów i starali się pomóc w realizacji mojej artystycznej wizji. Takie podejście do sprawy bardzo mnie dowartościowało, stałam się odważniejsza w egzekwowaniu "swego" i w końcu uwierzyłam we własne możliwości.

To było szalenie rozwijające doświadczenie - móc realnie poczuć siłę sprawczą w pracy nad projektem i przejąć za niego odpowiedzialność. Z tych powodów nadal lubię pracować za granicą. Po prostu tam mam mniej kompleksów babskiej natury i swobodniej wychodzę z roli "radosnej blondynki", w której ciągle jeszcze do czasu do czasu zostaję tu obsadzana. Nieraz zdarza mi się popaść w poważne zakłopotanie, kiedy podczas wywiadów ze mną i Johnem wszystkie pytania o kuchni, dziecku i pogodzie kieruje się do mnie, zaś o muzyce - do Johna. Tak jakby z góry było jasne, kto w tym zestawie jest od czego. Całkiem niesłusznie. Bo to John u nas gotuje (wspaniale zresztą!) , a ja podczas nagrań w studio częściej przejmuję inicjatywę w sprawach aranżacji i produkcji piosenek. Na przykład. Dzieckiem zajmujemy się po równo, tak jakoś naturalnie się układa.

To jestem w końcu tą feministką czy nie jestem? Buntuję się, kiedy widzę jak kobieta traktowana jest przez mężczyznę przedmiotowo, szlag mnie trafia, gdy dostrzegam do jakich musi uciekać się zabiegów, jakie triki stosować, żeby móc w pełni realizować się w, bądź co bądź, nadal szalenie patriarchalnym społeczeństwie. Lata życia "w cieniu" wymusiły na niej opanowanie umiejętności działania "z ukrycia", kierowania pojazdem z tylnego siedzenia. Tajemnicą poliszynela jest przecież fakt, że to kobieta właśnie "zarządza" częściej życiem w polskiej rodzinie, trzyma wszystko w garści, dba, żeby się nie porozpadało. Ale to mężczyzna obnosi się z koroną króla w stadzie. Mężczyzna króluje nadal także w szeroko pojętym życiu polityczno-społecznym, częściej piastuje wysokie stanowiska i zarabia lepsze pieniądze za dokładnie tę samą pracę, którą wykonuje kobieta. Wszystko to wiem i jestem przekonana, że tak jest naprawdę.

Jednocześnie sama mam na sumieniu wiele grzechów, za które feministki posłałyby mnie chętnie do piekła (jak chociażby sesje dla Playboy'a!). Wiele razy publicznie wypowiadałam się, że wolę pracować z facetami, bo lepiej się z nimi rozumiem niż z paniami itd. Byłabym więc hipokrytką, gdybym podawała się za pełnoetatową feministkę. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że to dzięki ich staraniom mam dziś ten luksus, że tyle mogę, w przeciwieństwie do pokolenia mojej mamy (nie mówiąc o totalnie uciemiężonych przez męski gatunek babciach!).

Wychodzi na to, że jestem po prostu współczesną kobietą. Jedną z wielu, jedną z milionów, którym nieobcy jest los swoich sióstr, matek i córek, które stopniowo, kroczek po kroczku, starają się wydeptać swobodną ścieżkę do krainy szczęśliwości. Do miejsca, gdzie nie ma znaczenia płeć ani podziały innej natury. Coś mi jednak mówi, że to wszystko nie jest takie proste. Dlatego ciągle szukam. Dlatego nie wstydzę się błądzić...

Anita Lipnicka

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: feminizm

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje