Reklama

Reklama

Jestem skrybą... - fragmenty wywiadów

W gruncie rzeczy nie umiem opowiadać o tym, co mnie ukształtowało, inaczej niż poprzez fikcję. Każdy ma swoje sekrety, chwile załamania. Ja dzięki nim doszedłem do tego, że mogę pisać. - wyznał pisarz w jednym z wywiadów.

Fragment wywiadu z François Busnel, dla "L'Express" (01. 11. 2007)
- (...) "Nie mógłbym wypowiedzieć niektórych słów, nie osuwając się w przepaść" - napisał Pan w jednej z książek. Jakie mroczne historie Pan skrywa?
- Ukrywam moje cierpienia. Ujawniam jedynie ich rezultat, to znaczy ufność i optymizm, które dziś mnie wypełniają. Nie odczuwam żadnej potrzeby, by eksponować moje smutki i nieszczęścia. Przede wszystkim dlatego, że nie lubię postawy ofiary, apologii patosu, panującego dziś kultu negatywności. Poza tym uważam, że dużo ciekawsze jest opowiadanie o tym, co wynika z trudnych doświadczeń, niż ciągłe powracanie do przeżytej traumy. W gruncie rzeczy nie umiem opowiadać o tym, co mnie ukształtowało, inaczej niż poprzez fikcję. Każdy ma swoje sekrety, chwile załamania. Ja dzięki nim doszedłem do tego, że mogę pisać.

Reklama

- Czy aby zostać pisarzem trzeba mieć jakąś tajemnicę?
- Tak, potrzebne są rzeczy, których nie można sformułować dosłownie, lecz w sposób literacki, fikcjonalny, dramatyczny. Gdybym po prostu pokazał moje życie, choćby w sposób, który byłby czytelny tylko dla mnie, być może uleczyłbym niektóre źródła mego cierpienia, ale nie dotarłbym do innych ludzi, do czytelników. Myślę jednak, że kiedy jest się pisarzem wyobraźni, paradoksalnie, wyjawia się na swój temat znacznie więcej niż autor, który pisze quasi autobiograficznie.
Znam lepiej Balzaka niż Montaigne'a. Balzak nie mówi nigdy "ja", a jednak wyraża swoją koncepcję świata i sprzeczności pożądania, podczas gdy Montaigne, którego uwielbiam w równym stopniu, przeprowadza analizę własnego "ja" w stosunku do własnego świata, ale nie pokazuje tego świata. Można się nawet zastanawiać, czy on w ogóle ma jakiś swój świat...
Dużo więcej mówi się o sobie, ukrywając się za maską wymyślonych przez siebie postaci. Być może dlatego, że czuje się bezpiecznie. I zaczyna się mówić więcej. Ale mówi się to w sposób metaforyczny - poprzez obrazy, symbole, historie, mity. Tak można dotrzeć do innych. Okrężną drogą. Żyjemy dziś w tyranii szczerości: wmawia się nam, że wartość książki polega na tym, że jest "autentyczna", "szczera", że jest w niej "mięso" etc. Przecież to śmieszne! Nie ma nic bardziej fałszywego niż proza o charakterze autobiograficznym, nic bardziej zachowawczego, kontrolowanego! Podczas gdy nic nie wymyka nam się tak jak wyobraźnia. Tekst, w którym odbijają się impulsy, pragnienia, fantazje. Nic nie zdradza nas bardziej niż wyobraźnia.(...)

- Czy ranią Pana negatywne opinie dziennikarzy, którzy albo w ogóle nie czytają Pana książek, albo źle je odczytują?
- Nie, teraz już nie. Paradoks polega na tym, że najpierw zostałem odkryty i pobłogosławiony przez krytykę, a potem przez nią zdeptany. Kiedy sprzedawało się po czterysta egzemplarzy moich książek, byłem geniuszem, przy czterdziestu tysiącach nie miałem już talentu, a przy czterystu tysiącach jestem zerem. Przynajmniej, zdaniem niektórych... (...)

- Jak Pan pisze?
- Cały czas komponuję. Gdziekolwiek jestem, wymyślam jakieś historie. Spotykam się z mnóstwem książek, które dojrzewają w mojej głowie, a piszę przez zaledwie kilka tygodni w roku, wyłącznie po południu. Nie znam widoku czystej kartki, ponieważ nie piszę! Kiedy już siadam do pisania, natychmiast zaczerniam stronę. Racine mówił: "Skończyłem tragedię, teraz pozostaje mi tylko ją napisać...".
Gdy zaczynam pisać, mam już gotowe pierwsze i ostatnie zdanie. Tworzę to, co pomiędzy nimi. Dzięki temu czuję się jak linoskoczek, ktoś, kto przyczepia hak do szczytu: mocuję hak pierwszego zdania do skały i ruszam w podróż, sam staram się przestraszyć, zaskoczyć, wzbudzić w czytelniku wrażenie, że mogę upaść... Pierwsze i ostatnie zdania moich powieści i sztuk teatralnych to matryce. Między nimi rozpinam linę.

Fragment wywiadu z A. Lesegretain dla "La Croix" (07.10.2000) (całość wywiadu na oficjalnej stronie Schmitta)
- Z tego, co wiem, przeżył Pan głębokie doświadczenie duchowe. Co to było?
- Pojechałem z przyjaciółmi w góry Hoggar. Weszliśmy na najwyższy szczyt, Tahar, i chciałem zejść jako pierwszy. Szybko się zorientowałem, że obrałem złą drogę, ale szedłem nią dalej, nie mogąc oprzeć się pokusie, żeby się zgubić. Kiedy zapadła noc i zrobiło się zimno, na co nie byłem przygotowany, zagrzebałem się w piasku. Choć powinienem odczuwać lęk, ta samotna noc pod rozgwieżdżonym niebem była niezwykła. Doznałem istnienia Absolutu, poczułem pewność, że jakiś Porządek, jakaś inteligencja czuwa nad nami i że ja zostałem stworzony w tym porządku, że ktoś mnie w nim chciał. Potem wciąż towarzyszyła mi myśl: "Wszystko jest uzasadnione".

- Jak Pan to rozumie?
- Była to odpowiedź na wszystkie moje pytania dotyczące Zła. Nie mogłem się już się gorszyć tym, co niepojęte. Mogłem zaakceptować śmierć jako miłą niespodziankę... Tamta noc była także doświadczeniem wieczności. Ta chwila poza czasem uczyniła mnie niewiarygodnie silnym: odtąd wiem, że wewnątrz mnie nie jestem sam - by przywołać świętego Augustyna. Ta noc mistyczna była doświadczeniem fundamentalnym.(...)

- Pamięta Pan, kiedy to się zdarzyło?
- Czwartego lutego 1989 roku. Od tego dnia mogę pisać. Wcześniej wszystko, co pisałem, wydawało mi się puste. Niedługo po tamtym wydarzeniu napisałem moją pierwsza sztukę, La Nuit de Valognes i od tej pory nie przestałem. Tamtej nocy na pustyni zrozumiałem, po co istnieję: jestem skrybą.

- Czyli kimś, kto pisze pod dyktando kogoś innego?
- Powiedzmy, że to, co piszę, mnie przerasta.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy