Reklama

Reklama

Prowincja science fiction

Magda nie wie, co to Facebook. Nie używa e-maila. Nie zaczyna dnia od przejrzenia wiadomości na Gazeta.pl i plotek o gwiazdach na Pudelku. Nie interesuje jej to za bardzo, bo nie ma nawet komputera. Ma za to dwie kilkuletnie córki, męża, pracę i mnóstwo spraw, które pochłaniają cały jej czas.

Magda: "Pojechałam dziś na rynek do miasta. To wyprawa na cały dzień. Ale obkupiłam się na całe wakacje. Ubrania dla dziewczynek, nowe spodnie dla Wojtka, koszula, bo za miesiąc idziemy na wesele, buty dla mnie. Znalazłam super szpilki za 30 zł, czarne, obcas, tak na oko ok. 5 cm. Pasują mi do sukienki."

Młody życia nie zna

Magda ma 30 lat. Urodziła się, wychowała i spędziła większość życia w M. - półtysięcznej wsi na Podlasiu. Nie miała łatwego życia. Ojciec - alkoholik, jak 90 proc. mężczyzn we wsi, matka kasjerka w sklepie w mieście. Zmarła, zanim Magda skończyła podstawówkę. Magda skończyła tylko podstawówkę - wtedy jeszcze była we wsi szkoła, bo dziś zamieniono ją na mieszkania komunalne, gdzie gromadzi się "element" i wieczorami pije wino i hałasuje tak, że sąsiedzi spać nie mogą. Po podstawówce poszła do zawodówki krawieckiej. Wtedy jeszcze były zawodówki, ludzi w szkołach uczyli pożytecznych rzeczy, a nie tylko matura i studia. I co dalej?

Reklama

W "Wiadomościach" mówią ciągle, że nie ma pracy dla tych po studiach, bo wszyscy są wykształceni, a nikt nic pożytecznego nie umie. Nie wszystko jest dla każdego. Ale jakoś tej zawodówki nie udało się Magdzie skończyć. "Człowiek, jak jest młody, to nie zna życia, różne głupoty mu do głowy przychodzą. Mnie w głowie były dyskoteki i chłopcy. Była taka dyskoteka w miejscowości K. Jakieś 8 km od M. Wszyscy tam jeździli. Brało się rower, albo, jak się znało kogoś z samochodem, to zabierało się z nim. Co sobotę. Impreza do rana. Chłopcy, z różnych wsi, nie tylko z naszej, bo tutaj to nie bardzo było i jest na kim oko zawiesić. No i młodej gówniarze się w głowie przewróciło. Zamiast się uczyć, wolałam się bawić. A żeby się bawić, potrzebne były pieniądze. Poszłam pomagać do sklepu, który jest we wsi. I tak pomagałam coraz więcej, aż zawaliłam szkołę. Tak wyszło."

Po tym, jak zawaliła szkołę, Magda miała dwa lata szaleństwa. Kilka miesięcy mieszkała u koleżanki w mieście. Miasto R. oddalone jest o rodzinnej wsi Magdy o jakieś 20 km. Autobus jeździ tam dwa razy dziennie. Rano, o 7, żeby zabrać młodzież do szkoły i po południu, o 16, żeby odwieźć uczniów do domu. Mieszkanie w mieście było dla Magdy przygodą. Tylu chłopaków, fajnych, śmiesznych, z myślą o przyszłości, nawet niektórzy z autami.

"Wtedy takie rzeczy mi imponowały. Jak ktoś jest zaradny, to ma samochód, wie, co chce w życiu robić - tak myślałam. I tak mi się wszystko pomieszało trochę".

"Pomieszało" oznacza przypadkowy seks, brak pieniędzy, alkohol, eksperymenty z narkotykami. Magda nie miała się dla kogo starać. Życie od imprezy do imprezy wydawało się dobrym rozwiązaniem. Ojciec nie interesował się córką, bardziej obchodziło go to, za co kupić w sklepie tanie wino i upić się kolejnego wieczora...

Książę na rowerze

"Pewnie żyłabym tak do dziś, o ile bym żyła w ogóle, gdybym nie poznała Wojtka. I to śmieszne, ale właśnie w mojej wsi. Pojechałam odwiedzić ojca, zobaczyć, czy się nie zapił na śmierć i poszłam po zakupy do sklepu. I tam właśnie był Wojtek. Nie znałam go wcześniej. Nie był "od nas", ani z żadnej okolicznej wsi. Nie wpadł mi w oko od razu, o nie. Miał 35 lat, wyglądał jak "stary kawaler". Robił zakupy dla babci, bo jak się później okazało, do niej przyjechał. Pochodził ze wsi K., jakieś 50 km od M. Od czasu, kiedy zmarł jego wujek, który opiekował się babcią, przyjeżdżał do niej dwa razy w tygodniu, żeby zrobić zakupy, pomóc w domu. Wydał mi się bardzo nudny. I w dodatku z tej swojej wsi przyjeżdżał na rowerze..."

Ale Wojtkowi Magda wpadła w oko od razu. Wypytał o nią wszystkich i kiedy następnym razem była w domu, żeby odwiedzić ojca, zebrał się na odwagę i zaprosił ją na spacer. Później był kolejny i kolejny. Okazało się, że Wojtek nie jest tak nudny, jak się wydawało. Że nawet jest całkiem fajny. I nie do końca taki "stary kawaler", miał kiedyś żonę, ale zginęła w wypadku samochodowym. Dziesięć lat wcześniej. Od tego czasu Wojtek jeździł tylko na rowerze. Pracował na budowie, miał dom po rodzicach, którzy już nie żyli. Nie szukał dziewczyny, zanim nie poznał Magdy.

"Jakoś nagle zaczęłam częściej być w domu. Rzadziej chodzić na imprezy. Czekać na to, kiedy Wojtek przyjdzie. Zastanawiać się, czy przyniesie kwiatka, świeże truskawki, czy czekoladki... To był taki mój książę z bajki. Zakochałam się."

Po dwóch latach znajomości Magda i Wojtek zdecydowali, że się pobiorą. Dwa lata później urodziła się Oliwia, ich pierwsza córka. Później Iwona - druga. Magda zapomniała o dawnym życiu, alkoholu, imprezach.

"Zostałam, jak to się mówi, kurą domową. Ale, jak mi się to podobało! Zamieszkaliśmy w domu Wojtka. Miałam dom. Prawdziwy. Z ogródkiem, w którym mogłam sadzić kwiaty, z werandą, na której można było siedzieć w ciepłe wieczory, z psem, który kręcił się wesoło po podwórzu. Byłam szczęśliwa. I jestem nadal. Bo teraz po domu biegają dwie śliczne dziewczynki".

Dzień jak co dzień

Dzień Magdy wygląda, jak sama mówi, zwyczajnie. Wstaje rano, zwykle koło szóstej, bo wtedy budzi się Iwonka, młodsza z córek. Trzeba zrobić śniadanie i kanapki do pracy Wojtka. Później trzeba zająć się dziewczynkami. Zaprowadzić Oliwię do szkoły, wrócić do domu, zrobić obiad, odebrać Oliwkę ze szkoły, zjeść obiad z mężem. Raz na tydzień jest wyprawa po zakupy. Do supermarketu w mieście. Jest taniej i można kupić to, co najpotrzebniejsze: mięso, makaron, mąkę, cukier, mleko.

To jakieś 10 kilometrów od wsi K., gdzie Magda z Wojtkiem mieszkają.

Na szczęście Wojtek przekonał się z powrotem do samochodu i co sobotę mogą pojechać na większe zakupy, bo autobusem byłoby ciężko, a na taksówkę szkoda pieniędzy, to niepotrzebny wydatek.

"Utrzymujemy się z wypłaty Wojtka. Zarabia sporo, 2 tys. na rękę, latem nawet więcej. Ale i tak, lepiej oszczędzać, bo pieniądze zawsze się przydadzą. Kiedy Iwonka pójdzie do szkoły, wydatki będą większe. Oliwka do gimnazjum też będzie musiała dojeżdżać do miasta."

Wydatki są starannie zaplanowane. 500 zł na opłaty za utrzymanie domu, rachunki za telefon, prąd, gaz itp. 1000 zł na jedzenie. 500 zł każdego miesiąca do skarbonki, na później. Czasem też pojawiają się dodatkowe wydatki, jak to wesele za kilka tygodni, trzeba przecież jakoś wyglądać. Magda dorabia "parę groszy" robiąc sąsiadkom przeróbki krawieckie ubrań. Przydaje jej się maszyna do szycia, którą dostała, kiedy poszła do zawodówki. Latem, zwłaszcza, kiedy sąsiadki mają dużo imprez: komunii, ślubów, urodzin, Magda zarabia 100 - 200 zł.

"Te pieniądze przepuszczam. Głównie na dziewczynki i na siebie. Na rzeczy, które nie są konieczne, ale przydają się. Albo na przyjemności. Dziś na przykład pojechałam na rynek do miasta. To wyprawa na cały dzień. Dziewczynkami zajęła się moja koleżanka. Ale obkupiłam się na całe wakacje. Ubrania dla dziewczynek, nowe spodnie dla Wojtka, koszula, bo za miesiąc idziemy na to wesele, buty dla mnie. Znalazłam super szpilki za 30 zł, czarne, obcas, tak na oko ok. 5 cm. Pasują mi do sukienki."

"Ranczo" vs. "Magda M."

Wieś K., w której mieszka Magda, jest niewiele większa od M. - jej rodzinnej miejscowości. Jakieś tysiąc mieszkańców, kościół, mały sklepik, do którego chodzi się, kiedy czegoś zabraknie, albo na wino - jeśli jest się mężczyzną. Jest też remiza i sala, w której odbywają się dożynki i inne lokalne uroczystości.

"Oglądam taki serial w telewizji. Nazywa się 'Ranczo'. Pokazuje polską wieś. Śmiesznie tam to wszystko wygląda, ale trochę prawdy w tym jest. Jak to na przykład, że wszystkie chłopy w okolicy piją wino pod sklepem. Mój Wojtek na szczęście nie pije, gdyby tak było, nie wyszłabym za niego, wystarczy mi, że mam ojca pijaka. W tym serialu jest trochę prawdy. Oglądałam też kiedyś inny - 'Magda M.' o takiej prawniczce z wielkiego miasta. Taki ładny, kolorowy, o Warszawie, gdzie zawsze, nawet zimą świeciło słońce. To chyba było mniej prawdziwe niż 'Ranczo'."

Telewizja i radio to okno na świat Magdy. Seriale ogląda, żeby się rozerwać, odpocząć po ciężkim dniu. Bardzo lubi też programy o podróżach, chociaż sama chyba by nie chciała nigdzie jeździć. Bo "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma", a te wszystkie ładne rzeczy można pooglądać w telewizji albo poczytać o nich w kolorowych gazetach.

"Raz byłam w Warszawie, kilka lat temu, jak jechałam do rodziny do Ustronia. Kilka godzin tam byłam. Od tego hałasu i szumu bolała mnie głowa przez następne dwa dni. Głośno, brudno, pełno ludzi, tłok. Nie umiałabym żyć w takim dużym mieście. Lubię ciszę, lubię sobie wyjść do ogrodu, posłuchać, jak ptaki śpiewają. To jest piękne w życiu. Kiedy można sobie po prostu posiedzieć na werandzie."

Sąsiadki

To, co Magda lubi, to plotki z sąsiadkami. Na wsi, zwłaszcza takiej małej, jak K., przyjaciół trudno sobie wybierać. Człowiek uczy się więc dostrzegać dobre cechy w ludziach, na których jest w pewien sposób skazany. Bo, tak naprawdę, z prawie każdym da się jakoś dogadać, trzeba tylko trochę dobrych chęci.

Sąsiadki Magda ma dwie: Wiolę i Beatę. Wiola jest mężatką, ma synka w wieku Oliwki, mieszka w domu obok. Ma 28 lat, pracuje w dużym gospodarstwie, które jest we wsi K. Hoduje się tam drób, na tym gospodarstwie pracuje dziesięć osób ze wsi. Właściciel płaci dobrze, dla ludzi, którzy potrzebują pieniędzy, to jak zbawienie. Wiola do pracy chodzi co drugi dzień, a kiedy nie pracuje, odwiedza Magdę. Przychodzi zwykle popołudniami, dzieci bawią się wtedy razem, a kobiety robią herbatę, siadają przed telewizorem, żeby obejrzeć "Telexpress" i "Klan", pogadać o tym, co się dzieje we wsi.

"Ostatnio największą sensacją jest to, że zmieni nam się ksiądz. Bo ten, który był do tej pory, odchodzi jakby na emeryturę i wszyscy się zastanawiają, jaki będzie ten nowy. Wiola wie dużo na ten temat, bo jej mama jest w kółku różańcowym. Mam więc informacje z pierwszej ręki."

Druga sąsiadka to Beata. To już "trochę starsza babka". Jest po czterdziestce, odchowała już dzieci. Jeden syn kończy liceum i za rok zdaje maturę, a drugi, starszy, pracuje w mieście w urzędzie. Beata jest bardzo dumna z synów. Tylko teraz, kiedy jeden znalazł sobie narzeczoną i wyprowadził się do niej do miasta - czego Beata bardzo nie pochwala, bo tak na kocią łapę to nie wypada żyć, a żenić się w takim młodym wieku, w dodatku z dziewczyną, która żyje z narzeczonym przed ślubem, to też nie najlepszy wybór - a drugi zaczyna coś mówić o studiach, kobieta czuje się trochę sama. Dlatego jest częstym gościem Magdy.

"Beata trochę za bardzo lubi obgadywać ludzi. Aż czasami zwracam jej uwagę, że są sprawy, w które nie warto wtykać nosa. Jak na przykład to, że sołtys w naszej wsi ma kochankę i jego żona nic o tym nie wie. A Beata dowiedziała się, bo jej mąż stróżuje w pensjonacie w takiej miejscowości, tu, niedaleko i widział, jak ten sołtys się spotykał w tym pensjonacie z kochanką. No, ale w takie sprawy to się nie należy wtrącać. I lepiej nie rozpowiadać naokoło, bo jak przyjdzie co do czego, to temu rozpowiadającemu zawsze oberwie się najbardziej."

Kubuś Puchatek i Shrek

W wolnych chwilach, Magda pisze wiersze (tak do szuflady - zresztą ma to od dziecka, to pozwalało jej na chwilę uciekać w świat marzeń, zwłaszcza kiedy w domu było ciężko, bo pijany ojciec robił burdę za burdą) i maluje. Najczęściej obrazki dla córek. Zawsze miała jakiś talent do rysunków, w szkole z plastyki miała same piątki. I to też się przydaje. Kiedy była w ciąży z Oliwką, postanowiła, że jej pierwsze dziecko będzie miało najładniejszy pokój, na jaki ją stać.

"Poszłam do sklepu, kupiłam dużo farb, pędzle i zabrałam się do roboty. Wojtek mówił, żem głupia i chyba przez ciążę mi się nudzi, bo po co komu takie wymysły. Ale, jak skończyłam, to do tej pory wszystkim gościom chwali się, że ma taką zdolną żonę."

Magda pokój dla córki malowała trzy tygodnie. Efekt? Nad łóżeczkiem duży Kubuś Puchatek z beczką miodu, z boku brykający Tygrysek, Prosiaczek i Królik. No i Kłapouchy. On się nie do końca udał, dobrze, że jest trochę z boku. Na przeciwnej ścianie zaś jest miejsce dla wielkiego zielonego ogra. To Shrek z kompanią: Osłem - tym razem udał się lepiej niż Kłapouchy, Kotem w Butach i Królewną Fioną.

"Chciałabym, żeby moje córki miały właśnie takie kolorowe, bajkowe dzieciństwo. Żeby cieszyły się każdym dniem. A jeśli kiedyś zdecydują, że chcą wyjechać, jak syn Beaty, na pewno nie będzie mi przykro. Będę się cieszyła, jeśli tylko one będą zadowolone. A na razie, cieszę się, że mogą wychowywać się z daleka od tych wszystkich szaleństw wielkiego świata. Komputer? W szkole na pewno się tego nauczą, internetu też. A teraz, zamiast niszczyć sobie oczy, lepią babki z piasku i uczą się rysować."

Aneta Zadroga

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: prowincja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje