Reklama

Reklama

"Test" - część II

środa, 30 kwietnia

Przestałam uczyć dyrektorów niemieckiego w weeken­dy. Przestałam pisać do Ciebie w weekendy, robić zaku­py w weekendy, czytać książki w weekendy, odwiedzać rodziców w weekendy. W weekendy - dla mnie week­end zaczyna się około szesnastej w piątek - stoję w kolejkach na lotniskach, trzęsę się ze strachu przy każdym starcie i lądowaniu i czytam przewodniki turystyczne, gdy jesteśmy na "wysokości przelotowej". Ale tylko wtedy, gdy nie ma turbulencji. Gdy są, trzymam się kur­czowo siedzenia, zamykam oczy i się modlę. Stewarde­sy to chyba najdurniejsze kobiety świata. Jak można tak poświęcać się dla pieniędzy?!

Reklama

Kupiłam wielką mapę Europy i powiesiłam ją na ścianie nad kanapą, noszę ze sobą w torebce rozkłady lo­tów sześciu linii lotniczych. Rozkład polskiego LOT-u na piątek wieczorem, sobotę przed południem i niedzielę wieczór znam na pamięć. Gdy wysyłam esemesy do Enrique, to posługuję się wyłącznie numerami lotów. On także zna je na pamięć.

Agnieszko, żyję od dwóch miesięcy w zwariowanym świecie, jego świecie. Inaczej mierzę czas. Zupełnie in­nym kalendarzem. Ostatnio każdy tydzień dla mnie to jak Wielki Tydzień przed Wielką Nocą. W poniedziałki walczę przez cały dzień ze snem i staram się przetrwać zajęcia ze studentami. We wtorki zaczyna mi go brako­wać i do niego wydzwaniam. W środy zaczynam tęsknić za nim i aby sobie z tym poradzić, pracuję do póź­na w nocy. Oprócz tego, że nadrabiam zaległości, mniej tęsknię, to jestem blisko Internetu i mogę pisać do nie­go e-maile. W czwartki wieczorem pakuję walizkę i idę wcześnie spać, aby skrócić czas czekania. Przeważnie je­szcze nie wiem, w jakim mieście w Europie i w jakim hotelu będę zasypiać z nim w nocy z piątku na sobotę. W Wielki Piątek wcześnie rano on przesyła mi kod nu­meru lotu. Późnym popołudniem lub wieczorem jadę taksówką na lotnisko, odbieram bilety, które kazał tam na moje nazwisko wystawić, i "na odwagę" piję whisky z colą w lotniskowym bistro. Potem wsiadam do samo­lotu i zaczynam się bać. Ląduję. Oszołomiona resztkami strachu, alkoholem i podnieceniem uspokajam się do­piero wtedy, gdy siedzę przytulona do niego w samo­chodzie. Opowiada mi o swoim tygodniu, delikatnie ca­łując moje włosy. Potem, w hotelu, rozbiera mnie, pro­wadzi do łazienki i myje i masuje mi głowę. Uwielbiam, gdy siedzimy razem w wannie i on palcami masuje moją głowę. Pierwszy raz kochamy się dopiero po pół­nocy.

W Wielką Sobotę...

środa, 30 lipca

Zwariuję...

Od czterech tygodni Enrique jest w Bostonie, a ja czuję się jak ćpun na odwyku. Gdy słyszę przelatujący nad Krakowem samolot, zaczynam zazdrościć stewardesom, że wybrały swój zawód. Jeszcze trochę, a będę jak ten pies Pawłowa. Gdy przeleci samolot, będę czuła wilgotność pod podbrzuszem.

Pracuję. Wstaję rano, idę do instytutu i wracam do domu, aby spać. Jeśli on nie wróci w ciągu kilku tygo­dni do Europy, to albo naprawdę zwariuje, albo... skoń­czę doktorat przed czasem. Tylko czy ja mogę to zrobić mojemu promotorowi?! Nad kim będzie się wtedy pa­stwił ten bigot na seminariach!?

Chcę mieć ten doktorat. Jak najszybciej. Chcę skoń­czyć pisać, nikomu o tym nie powiedzieć, trzymać goto­wy w szufladzie i mieć tony czasu, czekając na piątki, soboty i niedziele. Poza tym chcę, aby Enrique był ze mnie dumny. Podnieca mnie to, gdy patrzy na mnie z podziwem i jest ze mnie dumny. Nie wiem zbyt wiele o kobietach w jego życiu, ale zrozumiałam, że on jest w stanie pokochać tylko tę, którą podziwia. Opowiadał mi o tylko dwóch ważnych kobietach w swoim życiu. Właśnie tych, które podziwia lub podziwiał.

O swojej matce na cmentarzu Pere Lachaise w Pary­żu. Gdziekolwiek jest, zawsze w rocznicę śmierci matki idzie na jakiś cmentarz i na przypadkowym grobie za­pala znicz i zostawia kwiaty. Agnieszko, gdy będziesz następnym razem w Paryżu, koniecznie odwiedź cmen­tarz Pere Lachaise! Tam jest więcej życia niż na Champs Elysees. I o wiele mniej ludzi.

O Adrienne opowiedział mi w Kopenhadze. Tam spędzaliśmy jego urodziny i tam odebrał od niej telefon z życzeniami. Szefowa agencji rządowej, tak jak on ab­solwentka Harvardu, najpiękniejsza dziewczyna na ich roku. Powtarzała mu, że go kocha do momentu, gdy nadarzyła się okazja -wżenienia się w ropę naftową z Teksasu. Gdy mówił o niej, wyczuwałam w jego gło­sie podziw i rozżalenie jednocześnie. Rozżalenie zmieszane z podziwem jest niebezpieczne. Chciałabym, aby ona do niego już nigdy nie dzwoniła... Nigdy!

poniedziałek, 18 sierpnia

Myślisz, że nomadzi mogą chcieć osiąść gdzieś na stałe? Czy to tylko pożądanie?

Przyleciał do Krakowa. Przyleciał dla mnie. Tylko dla mnie! Nikomu nic nie doradzał, nic nie sprzedawał i nic nie kupował. Zastał mnie podczas gotowania w kuchni, posadził na parapecie okna, wlał mi cudow­ną muzykę do uszu, zacałował, rano zapytał, czy spędzę z nim i jego rodziną urlop w Barcelonie i wyjechał.

PS Kocham go...

czwartek, 28 sierpnia

W Barcelonie, w domu jego brata Carlosa sypialiśmy oddzielnie. To znaczy szliśmy do oddzielnych sypialni wieczorem i Enrique wychodził z mojej rano. Jego ro­dzina jest bardzo religijna i przykłada wagę do tego, że­by wszystko było tak jak kiedyś, gdy żyli dziadkowie i pradziadkowie. Oni też przemykali się w nocy pomię­dzy sypialniami. Może dlatego w ich rodzinie nie było dotychczas rozwodów...

Przedostatniego dnia naszego urlopu Enrique wy­wiózł mnie rano na plażę do Lorret de Mar, a sam poje­chał załatwiać jakieś swoje sprawy do Barcelony. Wie­czorem, gdy wróciliśmy do domu, na tarasie na pierw­szym piętrze przy uroczyście nakrytym stole czekała na nas cała jego rodzina. Enrique oprócz brata ma także trzy siostry. Dwie mieszkają ze swoimi rodzinami w okolicach Barcelony, jedynie najmłodsza, Marisa, przyjechała specjalnie na ten wieczór z Sewilli.

Cudowny wieczór...

O północy Enrique poprosił mnie do tańca. Nie mog­łam uwierzyć. On nigdy nie tańczył ze mną. Tuliłam się do niego, a oni wszyscy milczeli, patrząc na nas.

Cudowniejsza noc...

Kończyła się noc, gdy Enrique przemknął się do mnie. Czekanie. To jest chyba tajemnica tego hiszpań­skiego fenomenu "przemykania". Czekasz, pulsują ci nawet opuszki palców, powiększają się i falują piersi, oblizujesz zasychające wargi, poprawiasz setny raz poduszkę, na przemian ściskasz i rozwierasz uda. Za­niepokojona odczekujesz minuty, które wydają ci się go­dzinami. Czekasz na skrzypnięcie drzwi, na przecinają­cy ciemność snop światła z korytarza, na jego kroki. I gdy jest już wreszcie przy tobie, chociaż jesteś zupeł­nie naga, chcesz - dla niego - rozebrać się jeszcze bar­dziej.

Najcudowniejszy poranek...

On zawsze zaczyna całować mnie od dłoni. Kładzie jedną na drugą, zsuwa na brzuch i dotyka delikatnie ustami. Doskonale wie, że nie wytrzymam tego długo i wyciągnę je spod jego ust, a on -opadnie... wargami na mój brzuch. Zostanie tam nimi, czekając, aż sama prze­sunę się całym ciałem nieznacznie do góry. To jego usta, ale to ja decyduję, gdzie się znajdują. I jak długo.

Platyna i diament ogrzewają się z różną prędko­ścią. Platyna świetnie przewodzi ciepło. Diament po­trzebuje więcej czasu. Wepchnął we mnie językiem dia­ment w platynie i ogrzewał je tam moim ciepłem. Do momentu, aż ogrzał się diament. Potem wciągnął je do ust i, ślizgając się wargami po moim ciele, dotarł do twarzy. Otworzyłam usta, a on zwolnił wtedy uścisk zębów i pozwolił pierścionkowi opaść na mój wysunięty język. Potem przestał mnie całować, zbliżył wargi do mojego ucha i zapytał szeptem, czy zostanę jego żoną...

czwartek, 21 listopada

Mam atłasową sukienkę. Białoperłową. Słońce odbija się od niej niebieskim światłem. Jak od diamentu. W Naj­większą Wielką Sobotę, za dwa dni, w amerykańskim ko­ściele powiem po hiszpańsku: Si, quiero. Tak, chcę...

Po ślubie zamieszkamy w Cambridge (nie, niestety, nie w Anglii, ten Cambridge to satelicka miejscowość Bostonu, nie ma tam "tego" Cambridge, ale jest tam "ten" Harvard i "ten" MIT). Moi rodzice lądują w Bo­stonie za dwie godziny. Carlos i jego siostry z rodzinami są tutaj już od kilku dni. Czasami wydaje mi się, że to tylko sen. Nawet w snach śni mi się, że to sen...

wtorek, 26 listopada

Wysyłałam Ci dzisiaj fotografie. Na razie nie potrafię je­szcze o tym wszystkim opowiadać. Dlatego znajdziesz je w kopercie bez słowa komentarza.

Miałam wprawdzie cały czas obok siebie Mamę i Ta­tusia, ale pomimo to brakowało mi Ciebie, Agnieszko. Najbardziej, gdy przed wyjazdem do kościoła nadszedł wreszcie ten moment, kiedy wszystko było gotowe i miałam wyjść z pokoju w ślubnej sukni. Wiedziałam, że on czeka za drzwiami. Chciałam, abyś to Ty, a nie kto inny, ostatni raz poprawiła mi włosy, rozprostowała we­lon, miała łzy w oczach ze wzruszenia i podnosząc kciuk do góry, potrząsnęła dłonią, dając mi znak. Dopiero wte­dy wiedziałabym, że wszystko jest tak, jak sobie wyma­rzyłam, że mogę wyjść i zacząć moje nowe życie...

Zobaczymy się na święta! To już bardzo niedługo. Moja wiza traci ważność piętnastego grudnia. Muszę (i bardzo chcę!) spędzić naszą pierwszą Wigilię w Kra­kowie. W Krakowie przedłużę wizę, a po powrocie do Cambridge złożę wniosek o status rezydenta. Enrique bardzo chce abyśmy - przynajmniej przez jakiś czas -na stałe mieszkali w Stanach. Przynajmniej do urodzin naszego dziecka...

niedziela, 4 stycznia

Na razie bezskutecznie walczę ze smutkiem "po powro­cie". Nie mogę uwierzyć, że nie ma już w Polsce takie­go miejsca, które mogłabym nazwać swoim domem. Do Polski i Krakowa będę teraz tylko "wyjeżdżać". Tak jak na przykład do Barcelony lub do Nowego Jorku. Nie mogę się z tym do końca pogodzić. Przygnębia mnie to. Chociaż nie mówię o tym nic Enrique, on i tak wie. On chyba rozpoznaje mój smutek nawet po tym, w jaki sposób myję zęby rano w łazience...

Chcę jak najszybciej zacząć pracować. Najlepiej już od jutra! Nie wyobrażam sobie, że będę bezczynnie czekała na niego w domu. Enrique także tego nie chce. Rozgląda się już za wakatami germanistek na pobliskich uniwer­sytetach lub w szkołach średnich. Bez aktu rezydencji -tej osławionej zielonej karty wygrywanej na loteriach przez niektórych jak fanty - nie mogę myśleć o żadnej pracy. Jutro rano jedziemy do biura imigracyjnego (USCIS) w Cambridge. Doskonale wiem, co mnie tam czeka. Dziesiątki podchwytliwych pytań jak z wniosku o przyjęcie do raju, odciski palców jak u potencjalnych przestępców, specjalne badania lekarskie jak u kandyda­tów na trędowatych gruźlików z żółtaczką. Okropne! Ale bez tego nie ruszę do przodu z moim życiem tutaj...

sobota, 4 lutego

Wiem, że dzwonisz do mnie, wiem także, że dzwonisz prawie codziennie do moich rodziców. Przeczytałam wszystkie Twoje e-maile, odpowiedziałam także na wszystkie. Tyle że ich nie wysłałam. Nie jesteś żadnym wyjątkiem. Nie przeczytałabym też żadnego spamu od Boga i nie odbierałabym też jego telefonów. Niech spada...

Piszę do Ciebie dzisiaj (i wyślę!) tylko dlatego, że je­stem na czterech whisky (bez coli i sody), na trzech ta­bletkach xanaxu i na garści "przeciwbóli". Jest mi po prostu nareszcie smutno. Wspaniale smutno. Co za uczucie! Nareszcie oddycham. Nareszcie płaczę. Naresz­cie rozpaczam. Od dwudziestu siedmiu dni i nocy ma­rzyłam, żeby być "na smutku". Nareszcie przyszedł, osnuł szarością, zalewa łzami, przez co świat jest mniej wyraźny. Jest mi tak pięknie smutno. Jak kiedyś...

To pewnie ta whisky. Ostatnie trzy szklanki "pobra­łam" w wannie. Gorąca woda, lodowaty bourbon. Przy takim gradiencie temperatur xanax rozpuszcza się we krwi jak syczący selters w wodzie. Szybciej przychodzą też do głowy myśli. Najróżniejsze myśli...

Maszynka do golenia na skraju wanny. Cool! Sięgasz po nią. Można zacząć golić uda, można być lubieżną, przesunąć powoli maszynkę ku górze i gdy znajdzie się nad perineum centymetr za twoją waginą, przycisnąć ostrze mocniej do skóry. To świetne miejsce. Bardzo unaczynione. Trzy, cztery miliony zakończeń nerwowych. A może czternaście lub piętnaście milionów? Czasami wydaje mi się, że pamiętam dotyk jego warg na każdym z osobna. Można przycisnąć ostrze o wiele mocniej. Krew wypływająca z nacięcia rozpuści się w przezroczystej wo­dzie i uformuje miniaturowy zwrócony wierzchołkiem do dołu wirujący i wyginający się na wszystkie strony stożek z czerwonego welonu. Jak oko cyklonu. Widok jak z filmów na kablu w National Geogmphic. A gdyby tak na­ciąć mocniej? Najsilniej, jak się tylko da? Pozbyłabym się krwi. Ale razem z nią pozbyłabym się także wirusa...

Biała zadrukowana kartka pływa po powierzchni wody w wannie. Musi być zrobiona z bardzo dobrego papieru. Nie wchłania wilgoci i nie chce utonąć. Odpy­cham ją od siebie ruchem ręki pod wodą, ale za każdym razem przypływa z powrotem, odbija się od brzucha tuż pod moimi piersiami, zatrzymuje się na chwilę i krzyczy na mnie każdą literą.

Wynik: Nienormalny

HIV-1/2: POSITIVE
HIV-1. Western Błot: POSITIVE
HIV Przeciwciała: POSITIVE
HIV Przeciwciała
(ELISA): I.test: POSITIVE
2. test (pierwsza duplikacja): POSITIVE 2. test (druga duplikacja): POSITIVE
HIV Potwierdzenie testu Western Błot: POSITIVE
Dane zebrane: 08-01-2004, 05:30. Wiek 27, Płeć: Kobieta

Agnieszko, mam AIDS...

czwartek, 18 marca

Enrique zakłada lateksowe rękawiczki i myje płynem do naczyń wszystkie (czyste) naczynia, które wyciąga z kuchennej szafy. Bierze prysznic w łazience przy po­koju dla gości. Kazał zamontować patentowy zamek, aby mieć pewność, że nie będę tam wchodzić podczas jego nieobecności. Gdy pracuje w Bostonie, przyjeżdża do domu tylko po to, aby tutaj spać. Jeśli akurat nie śpi lub nie bierze prysznica, starannie unika kontaktu ze mną. Gdy jednak spotkamy się na przykład w kuchni, to robi wszystko, aby mi pokazać, jak mnie nienawidzi. Nie rozmawiamy. Nie udaje mi się przebić przez pan­cerz jego milczenia. Gdy zaczynam wariować ze stra­chu i samotności, dzwonię do niego, piszę nawet do niego e-maile. Chcę mu tylko powiedzieć, jak bardzo jest mi przykro, jak bardzo cierpię i jak bardzo chciała­bym umrzeć.

Jeśli sama niczego sobie nie zrobię, to nie umrę jed­nak zbyt szybko. Miriam, pielęgniarka z kasy chorych Boston Charity Care, która "prowadzi moją sprawę", powiedziała mi, że jestem zdrowa (!), silna i że z wiru­sem można żyć długie lata. Nie wiem jeszcze wszystkie­go o AIDS i HIV Gdy "wrzucisz" te dwa słowa na Google, to wyszukiwarka wyrzuci Ci ponad milion adresów stron internetowych. Przejrzałam tylko niewielką ich część. Dopiero około kilkudziesięciu tysięcy. Gdy nie czytam o wirusie i nie jestem w klinice u Miriam, to płaczę lub śpię. W klinice jestem często. Praktycznie co­dziennie. Mam wprawdzie spotkania z Miriam raz w ty­godniu, ale jeżdżę do kliniki co dzień. Także w niedzie­le. Miriam to jedyna osoba w pobliżu mnie - oprócz Enrique - która zna wyniki testu, i jedyna, która podaje mi rękę i nie obawia się przytulić mnie. Jadę do kliniki, wypijam kawę w kafeterii i czekam na korytarzu, aż Mi­riam wyjdzie z gabinetu. Podchodzi do mnie, dotyka mnie i czasami na kilka minut zaprasza do swojego ga­binetu. Ma tam mnóstwo kwiatów, fotografie swojej ro­dziny powieszone na ścianie i karton chusteczek higie­nicznych na biurku.

Robią mi mnóstwo testów: AST, FTA, CGTP, CD4... Chcą wybrać najlepszą dla mnie metodę leczenia. Usta­lić, przy danym poziomie wirusa, najbardziej odpowied­nie składniki w koktajlach, które mam łykać, zrobić grafik, ograniczyć skutki uboczne leków. Miriam opo­wiada o tym jak o leczeniu kataru. Nawet ją rozumiem. Wszyscy, którymi się opiekuje, mają HIV Gdyby miała płakać z każdym z osobna, wracałaby z pracy do domu odwodniona.

Tylko dwa razy zapytała mnie, czy wiem, "jak mog­łam się zarazić". Nie wiem, nie miałam w życiu żadnej transfuzji, nie wstrzykiwałam sobie do żył nic i nigdy, nie byłam nigdy operowana, nie spędziłam ani jednego dnia, poza trzema dniami po moim urodzeniu, w szpi­talu i oprócz Enrique miałam w swoim życiu tylko trzech "partnerów seksualnych". Opowiedziałam jej do­kładnie o nich wszystkich. Nie pominęłam nawet Mać­ka. Pamiętasz Maćka?! Kochałam się w nim od trzeciej klasy ogólniaka. On był "pierwszy". Pozwoliłam mu dwa razy wepchnąć ręce pod mój sweter i zdjąć sobie stanik.

Miriam powiedziała, że on zupełnie się nie liczy, a także to, że ci dwaj pozostali w żadnym wypadku nie "załapują się" do grupy ryzyka. Byli stricte heteroseksualni, nie uprawiałam z nimi seksu analnego, oby­dwaj nie byli narkomanami i obydwaj nie mają żadnej "historii, jeśli chodzi o HIV". Drugi raz zadała mi to py­tanie dzisiaj w trakcie oficjalnego spotkania z lekarzem prowadzącym i zapytała, czy się zgodzę, aby nagrywano moją odpowiedź na dyktafon. Poprosiła mnie, abym nie wymieniała - na razie - żadnych imion i nazwisk.

Po nagraniu lekarz zapytał mnie, czy mój mąż pod­dał się testowi. Nie poddał. Przynajmniej ja nic o tym nie wiem. Po spotkaniu Miriam przygotowała list do niego i powiedziała, że wyśle go z jutrzejszą pocztą.

Boję się...

wtorek, 6 kwietnia

Enrique odmówił poddania się testowi. Kopię listu z je­go odmową znalazłam dzisiaj na podłodze w sypialni. Wsunął kopertę przez szczelinę pod drzwiami i wyjechał na dwa tygodnie do Europy. Zaczynam odczuwać ulgę, gdy on wyjeżdża...

Po południu pojechałam do Miriam. Na dzisiaj miały być gotowe wyniki trzeciej kolejki testów i dzisiaj także miałam dostać swój plan leczenia. Miriam czekała na mnie na parkingu przed szpitalem. Ostrzegła mnie, że w pokoju jest dwóch lekarzy i że mam się nie denerwo­wać. Gdy weszłam do gabinetu, przestali rozmawiać i za­pytali mnie, czy zgadzam się na poniesienie kosztów po­nownego oficjalnego testu na HIV ponieważ "pojawiły się ostatnio pewne nieregularności i należy je wyjaśnić w związku z przygotowywanym, bardzo kosztownym dla pani, planem terapii". To było tak bezsensowne pytanie, że Miriam nawet nie czekała na moją odpowiedź. Zanim powiedziałam cokolwiek, podniosła słuchawkę telefonu i poinformowała laboratorium, że za chwilę będzie z pa­cjentką "na powtórzeniu". Zaraz potem jeden z lekarzy podsunął mi jakiś dokument do podpisania.

Gdy robią mi testy, zawsze przypatruję się z przera­żeniem krwi wciąganej z moich żył do strzykawki. Nie­nawidzę jej...

niedziela, 10 kwietnia

4.49 rano...

Miriam dobijała się do drzwi przez ponad godzinę. Nakleiła plaster na dzwonek, tak żeby nie przestawał dzwonić, a sama podeszła do okna i jak oszalała tłukła obcasem w szybę. Widziała mnie leżącą w ubraniu na dywanie w sypialni. Nie budziłam się. Paraliżuję się przed snem whisky i pigułkami i gdy docieram do łóż­ka, to zasypiam tam. Gdy nie docieram, to śpię na dy­wanie. Najlepszy anestezjolog nie uśpiłby mnie lepiej.

Gdy przez prawie godzinę nie reagowałam, Miriam wpadła w panikę i zadzwoniła po policję. Wyłamali drzwi. Kilka minut później przyjechała karetka sprowa­dzona przez Miriam z kliniki. Nie pozwoliła policjantce mnie dotknąć. W lodówce znalazła butelkę schłodzonej wody mineralnej i wylała całą jej zawartość na moją głowę. Gdy w końcu otworzyłam oczy, usiadła obok mnie na dywanie, podniosła moją głowę, przytuliła do siebie i zaczęła płakać. Policja musi widocznie wiedzieć, czym zawodowo zajmuje się Miriam. Upewnili się tyl­ko, że to był fałszywy alarm, zrezygnowali ze spisania wymaganego dla takich przywołań protokołu i po kilku minutach odjechali. Lekarz z karetki sprawdził rutyno­wo mój puls i ciśnienie, zostawił jakiś syrop zawierają­cy stężoną kofeinę i bardziej martwił się wyłamanymi drzwiami niż mną.

Gdy zostałyśmy same, Miriam osuszyła mi ręcznikiem włosy, posadziła mnie pionowo na łóżku, oparła moją głowę o ścianę, upewniła się kilka razy, że reaguję i rozumiem, co się do mnie mówi, i... znowu się rozpła­kała. Po chwili uspokoiła się, usiadła na krawędzi łóżka, wyciągnęła pomiętą kartkę papieru z torebki i zaczęła głośno czytać: NEGATIVE: for HIV, 1/HIV 2 przeciwciała. Przeciwciała protein HIV (testy Western Błot i EIA): NEGATIVE

Widząc, że nie reaguję, podeszła do mnie, objęła moją głowę i zaczęła nią potrząsać. Wepchnęła kartkę w moje ręce i krzyczała jak opętana: - You are fucking negative baby! Negative! N-E-G-A-T-I-V-E. Przeliteruj teraz za mną! EN-GIE-...

Wyjechała ode mnie przed godziną. Taksówką. Zo­stawiła samochód. Była zbyt pijana, by prowadzić. Pi­łyśmy whisky z butelek. Każda ze swojej. Nie jestem pijana, Agnieszko. A jeżeli już, to z pewnością nie od alkoholu.

Miriam spędza czas prawie wyłącznie z "pozytywa­mi" lub rodzinami "pozytywów". Pracuje w klinice od czternastu lat. Jeszcze NIGDY (fucking NEVER) nie zda­rzyło się jej w ciągu tych czternastu lat, aby negatywny test był fałszywy. Zdarzały się natomiast fałszywe pozy­tywne testy. Dzisiaj po południu Miriam przyjedzie do mnie i zabierze do jej przyjaciółki pracującej w innej klinice. W Bostonie. Aby się upewnić. Miriam chce być fucking SURE.

Dopiero po tym teście zadzwonię do Enrique.

czwartek, 15 kwietnia

Minęła Wielkanoc. W nocy z soboty na niedzielę zmar­twychwstałam...

Ale zniknęłam z grobu dopiero dzisiaj około połu­dnia. Boston potwierdził wynik testu.

N-E-G-A-T-l-V-E

Czułam, jak unoszę się do nieba.

Enrique nie odbiera telefonów ode mnie. Wsunę­łam do jego łazienki kopertę z wynikami testu. Drugą położyłam na jego biurku, trzecią przycisnęłam talerza­mi w kuchennej szafie, czwartą wrzuciłam mu do sa­mochodu w garażu, piątą położyłam na poduszce w po­koju, w którym sypia, szóstą zamknęłam w sejfie w sy­pialni, siódmą przypięłam pinezką do korkowej tablicy w jego gabinecie. Siedem. Tyle, ile dni w tygodniu. Ciągle pamiętam moje tygodnie. Wielkie Tygodnie...

piętek, 30 lipca

Nie nalegam, żeby mnie kochał. Chcę tylko, aby nie za­kładał już więcej lateksowych rękawiczek w kuchni i aby przestał mnie nienawidzić.

piątek, 27 sierpnia

Wczoraj zrobiłam peeling kolan. Ze skórą zdarłam wszyst­kie odłamki, które tam utkwiły. Zaraz potem zadzwoni­łam do biura podróży w Bostonie i zarezerwowałam lot do Polski. W jedną stronę. Miriam obiecała, że pomoże mi się pakować. Przylatuję do Krakowa 18 września. W Wielką Sobotę.

Opowiadanie pochodzi z książki "10 x miłość"

Świat Książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy