Reklama

Reklama

Wojtuś - uśmiech losu

Narodziny dziecka przewracają świat jego rodziców do góry nogami. Na tych stronach mamy opowiadają, jak niemowlę w domu odmieniło ich codzienność.

Ufff... Wreszcie w domu! Po dwóch ultraszalonych tygodniach przedślubnej wariacji związanej z przygotowaniami do ceremonii i wesela, poprawinami oraz podróżą poślubną, nareszcie leżę sobie na naszym mięciutkim, włochatym dywanie u boku mego świeżo upieczonego męża i po prostu odpoczywam... Nagle słyszę: "Klusia, może byś zrobiła sobie test?". Dość niepewnie odpowiadam: "Oj, misiu, po co? Przecież to niemożliwe, żebym była w ciąży! Teraz...? Nie...". "No taaak, w sumie to całkiem normalne, że wyjeżdżając na urlop, jego połowę przesypia się w pokoju hotelowym. A wieczorem, gdy wszyscy idą się bawić, jest się zmęczonym i... znowu idzie się spać. Że nie wspomnę o tym twoim apetycie, kochana żono...". To był właśnie dzień, który zmienił nasze dotychczasowe życie. Jeszcze tego wieczora Misio pojechał do apteki i kupił 3 testy ciążowe. Ostatni jednak zostawiłam sobie na rano, by... potwierdzić pozytywny wynik dwóch pierwszych, "wieczornych". Byłam w ciąży!

Reklama

Czas pięknych emocji

Kolejne 9 miesięcy było czasem wyjątkowym nie tylko dla nas, ale i naszych rodzin. Przeżywaliśmy wielką radość patrząc, ile szczęścia niespodziewana wiadomość o maleństwie dała przyszłym dziadkom. Bo ja i Bartek nie od razu to poczuliśmy. Właśnie robiliśmy kosztowny remont mieszkania, ja "rozkręcałam się" w nowej pracy... Z jednej strony strasznie cieszyłam się na myśl, że będzie dzidziuś, że będę sobie karmić piersią rozkosznego maluszka, z drugiej jednak byłam przekonana, że zabrakło jeszcze jakichś dwóch, trzech lat, by ustabilizować emocjonalnie i finansowo nasze życie we dwójkę. Przecież dopiero co był ślub! Myślałam o tym, że skończyła się beztroska, życie dla siebie - teraz malec będzie najważniejszy. Czy okażę się na tyle dojrzała, by dobrze wychować dziecko? Czy Bartek, który jest w szoku, będzie dobrym ojcem? Rodzina pomogła nam szybko otrząsnąć się z zaskoczenia. Zaczęły się pytania o niezbędne dla noworodka sprzęty, moje potrzeby, nawet zachcianki:) Od siostry dostałam stos książek o ciąży i wychowa maluszków. Wieczory spędzaliśmy z Bartkiem buszując po forach internetowych. Szło nowe!

Będzie synek kochani rodzice

Do siódmego miesiąca ciąży pracowałam tyle, co do tej pory. Resztę czasu zostawiłam sobie na przygotowania do przyjścia na świat naszego synka. Tak, tak, synka! Małego Wojtusia. Sama zaproponowałam to imię, ponieważ wiedziałam, że to ważne dla mojego męża. Tak miał na imię jego ukochany tata, wspaniały człowiek. Do momentu USG w 24. tygodniu ciąży byłam święcie przekonana, że noszę pod sercem małą Ninkę. Doznałam szoku, że wynik badania mógł tak dalece (bo przecież dalej się nie da:)) odbiegać od moich przeczuć. "Jak to, synek...?" - zapytałam. Pan doktor jednak nie miał wątpliwości, natura wyposażyła naszego Wojtka bardzo hojnie... Kątem oka spojrzałam na Bartka - pękał z dumy! "No, tak...", przemknęło mi przez myśl, "dwóch facetów w domu i ja, sama...?". W drodze od lekarza przypomniałam sobie jednak słowa mojej siostry, że pierwszy syn, to "synuś mamuni"... Można jej wierzyć, zna to z autopsji. To mnie podniosło na duchu i zmieniło moje podejście do tematu. Synek mamuni to jest to!

Wzruszenia przy pierwszym ruchu

Mniej więcej pod koniec 4. miesiąca ciąży zauważyłam, że bardzo często czuję uporczywe burczenie w brzuchu. Gdy zaczęłam się nad tym bardziej zastanawiać, zrozumiałam, że to chyba są pierwsze wyczuwalne ruchy mojego dziecka! Jednak wciąż nie byłam tego pewna. Aż wreszcie któregoś wieczoru, kładąc się do łóżka, poczułam nagle całkiem mocne uderzenie w brzuszku. Było to bardzo dziwne uczucie. Na chwilę zapomniałam, że noszę w sobie maluszka i przestraszyłam się. Co się dzieje w moim ciele!? Gdy moment "grozy" minął, już wiedziałam: mój synek to silny chłopak! Zawołałam Bartka, ale choć długo się przytulaliśmy, nie mógł doczekać się powtórki z tej rozrywki. Widziałam, że patrzy na mnie z niedowierzaniem. Myślał chyba, że jeszcze jest za wcześnie na takie "mocne uderzenie". Nie zapomnę nigdy jego miny, gdy wreszcie załapał się na to wojtusiowe boksowanie. Był taki skupiony, szczęśliwy, po prostu na dłuższą chwilę mój megaruchliwy mąż... zamarł! Gdy już doszedł do siebie, przejęty przytulił nas mocno i powiedział bardzo cicho: "Bardzo was kocham...". Oto, co znaczy być dumnym tatą!

Do dwóch razy sztuka

Powoli kończył się błogi czas przed porodem. Dzień rozwiązania przyszedł jednak równie niespodzianie, jak wcześniej sama wiadomość o ciąży. Dwa tygodnie przed terminem poczułam, że "coś się ze mną dzieje". To było specyficzne uczucie, nie do opisania. Wiedziona intuicją, poprosiłam Bartka, by dziś był "na oriencie". Nie dowierzał, że to może być już. "No co ty, przecież jeszcze dwa tygodnie! Nie panikuj...". Pełna werwy i... przeczuć, pojechałam do mojej mamy chrzestnej, cioci, która jest ginekologiem i prowadziła od początku moją ciążę. Muszę dodać, że także gdy ja przychodziłam na świat w warszawskim szpitalu na Inflanckiej, właśnie ciocia pomagała mamie mnie bezpiecznie donosić i urodzić. Czas zatoczył piękną pętlę - wkrótce i ja miałam zostać mamą dzięki, między innymi, jej opiece. W gabinecie usłyszałam: "Uleńko, jeszcze dziś, a najpóźniej jutro rano, przywitasz swojego dzidziusia!". Okazało się, że miałam dobre przeczucia, rozwarcie miało już 2 cm. Trzeba było jednak jeszcze poczekać na te "prawdziwe" skurcze.

Fałszywy alarm wieczorową porą

W domu emocje mi nieco opadły. Krzątałam się po mieszkaniu, a Misio odpoczywał na kanapie (chyba przeczuwał, że musi nabrać sił "na zapas"). Około 21.00 położyłam się obok Bartka i poczułam coś dużo mocniejszego niż "skurczyki", które mnie nękały w ciągu dnia. Za kilka minut znowu. I znowu. I... Jedziemy!" - zakrzyknęłam dziarsko do Misia. Ale w szpitalu aparat KTG nie wykazał skurczów macicy. Lekarz dyżurny wysłał nas do domu. Poprosił, byśmy przyjechali znowu o 5.00 rano.

Maleńki witaj na świecie

W domu relaks i odprężenie. Leżę w wannie, biorę kojącą kąpiel i rozmyślam nad kapryśną naturą skurczów porodowych. Misio - tak, słusznie się domyślacie - relaksuje się na kanapie. Nagle czuję, że bóle są dużo silniejsze i dłużej nie uda mi się zachowywać pozorów spokoju. Postanawiam nie czekać do żadnej piątej, bo będzie za późno na znieczulenie. O 3.00 nad ranem wsiadamy do auta i pędzimy do szpitala. Jest już inny lekarz dyżurny. Pani doktor zbadała mnie i powiedziała: "Zapraszamy na porodówkę!". Aż się nogi pod nami ugięły. Trafiliśmy do sali porodowej. Kiedy bóle były naprawdę nieznośne, poprosiłam o znieczulenie zewnątrzoponowe. Gdy zaczęło działać, poczułam, że wreszcie schodzi ze mnie stres. Po czterech godzinach kręcenia biodrami na piłce i wiszenia na drabinkach, przyszły bóle parte. Wreszcie usłyszałam głos mojego dziecka. Nie był to jednak płacz. Wydawało mi się, że to głośne wołanie: "Mamusiu, psitul sibko!". Razem z mężem, przeszczęśliwi przytuliliśmy naszego syna.

Nie od razu jest idealnie

Kiedy byłam w ciąży, wszyscy mówili mi, że na początku maluszek to tylko je i śpi. Tymczasem przeżyliśmy szok - nasz syn płakał non stop. Z różnym natężeniem. Czasem tylko kwękał, ale z każdym tygodniem coraz częściej głośno krzyczał. Ani my, ani peditara nie potrafiliśmy rozpoznać przyczyny tej rozpaczy. Bartek dużo pracował, głównie w nocy, a ja spałam po 1,5 godziny na dobę. Choć byłam wykończona, martwiłam się tylko o Wojtusia, bo doprowadzała mnie do szału myśl, że nie umiem pomóc męczącemu się dziecku. Po 2 miesiącach bezskutecznych prób zrozumienia przyczyny płaczu Wojtka (nawet pediatra się poddał), któregoś dnia zdesperowana podałam mu butlę z mieszanką modyfikowaną. Wypił ponad sto i... poszedł spać na trzy godziny. Wpadłam w histerię. Jak to możliwe, że pijąc zioła i karmiąc na żądanie, tyle czasu dopuszczałam, by mój syn był głodny?! Zaczęłam jeszcze intensywniej pobudzać laktację, by w końcu poddać się i na stałe wprowadzić sztuczne dokarmianie. Od tego momentu Wojtuś jest spokojnym, wiecznie uśmiechniętym dzieckiem, które ma stałe pory snu w ciągu dnia i pięknie przesypia noce. Wreszcie cieszymy się... normalnością.

Największe szczęście

Od tamtego czasu minął prawie rok. Nasz Wojtuś zaczyna chodzić, ma 5 zębów oraz ukochanego misia. Rzadziej widuję koleżanki, mniej pracuję. Więcej myślę o przyszłości naszej rodziny. Codziennie staram się, by była szczęśliwa. Bartek, choć bał się, że za wcześnie zostanie ojcem, jest zafascynowany synem. Od pierwszych dni po porodzie opiekuje się nim bez lęku taty nowicjusza, rozbawia do radosnego gulgotania, zabiera na męskie wyprawy (wciąż z wózkiem, oczywiście:). Tak wielkie szczęście moje i mojego męża oraz te wszystkie zawadiackie uśmiechy i psoty mojego synka uświadamiają mi, że życie jest piękne właśnie dzięki takim zmianom... Dzięki temu, że czasami los zdecyduje za nas i... ma rację!

Mam dziecko
Dowiedz się więcej na temat: bartek | świat | uśmiech

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje