Reklama

Reklama

Leśne przedszkola: Tu dzieci 80 proc. czasu spędzają na świeżym powietrzu

Czujesz, że tradycyjne przedszkola i szkoły nie wspierają dzieci w rozwoju tak, jak mogłyby i powinny? W poszukiwaniu ośrodków, do których chce się chodzić, Maria Hawranek, reporterka i mama, przejechała całą Polskę. Efekty swoich poszukiwań opisała w książce "Szkoły, do których chce się chodzić są bliżej, niż myślisz!". Przeczytaj fragment o leśnych przedszkolach.

Po zimowej przerwie dzieci znów regularnie wyruszają na wyprawy - pakują na wózek plecaki z drugim śniadaniem, koce, liny, przenośny wychodek oraz różne pomoce edukacyjne i idą w głąb lasu.

Może do szałasów? A może do Dziury - pełnej korzeni drzew, doskonale nadającej się na kryjówkę, oraz piachu, w który tak wspaniale się skacze?

Latem jedzą poziomki prosto z krzaków, obserwują lśniące żuki i znoszą do bazy wielkie pająki z łąk. Gdy jest upał, chłodzą się pod ogrodowymi zraszaczami. Gdy się zmęczą, leżakują pod baldachimami z moskitiery, a do drzemki usypia je szum liści. Jesienią pakują więcej koców, żeby na śniadaniu pod sosną, świerkiem, klonem czy dębem było im wystarczająco ciepło.

Reklama

Zbierają liście, nawlekają na nitki korale jarzębiny, testują odporność kaloszy. Próbują przeprawić się przez bagno, każde według własnego pomysłu (niektórym udaje się nawet w nie wpaść).

Zimą jeżdżą na sankach i nartach biegowych, jedzą śnieg i gotują kisiel na ognisku, które płonie w bazie w każdą środę (latem gotowały na nim zupę z pokrzyw oraz smażyły placki z ziemniaków i cukinii z własnego ogródka).

A na co dzień wchodzą na drzewa, gotują w błotnej kuchni, bawią się w domkach z palet, bujają się na hamakach i huśtawkach zawieszonych na drzewach, sypią pokarm ptakom, ryją w ziemi, budują jakieś konstrukcje, skaczą po oponach, śmigają na rowerkach biegowych porzuconych niedbale lub zaparkowanych w drewnianych stojakach. I tylko czasem, gdy jest głodno, nazbyt zimno czy mokro - albo gdy przyjdzie pora na szczególne zajęcia dydaktyczne - idą do sferycznych namiotów: wielkich kopuł, które sprawiają wrażenie, jakby na skraju lasu na obrzeżach Białegostoku bazę rozbiła banda ufoludków, a nie przedszkolaki i ich nauczyciele.

Na całym świecie dzieci w leśnych przedszkolach spędzają na zewnątrz osiemdziesiąt procent czasu w roku. Niektórych rodziców na wieść o tym zalewa nostalgiczna fala wspomnień z dzieciństwa, innym spędza sen z powiek obawa o zimno, deszcz, kleszcze, siku i kupę.

Czego boją się nauczyciele

Namioty "Puszczyka", pierwszego w Polsce leśnego przedszkola bez budynku, stoją na łące i dlatego czasem pojawiają się w nich myszy. Kiedyś wyjadły cały puch z kamizelki pozostawionej w skrzyni (każde dziecko ma swoją skrzynię pełną ciuchów na zmianę i skarbów: wyjątkowych patyków, kamieni, szyszek).

- Jeśli wiem, że mysz grasuje w namiocie, to nastawiam się psychicznie i jest jako tako. Najgorzej, gdy weźmie mnie z zaskoczenia - wyznaje Zosia, najmłodsza stażem wychowawczyni, która do kadry dołączyła w styczniu. Dzieciom nic nie daje po sobie poznać, podobnie jak druga wychowawczyni w tej grupie, Weronika.

- Boję się pająków, ale nie mówię o tym dzieciom, żeby nie rozbudzać uprzedzeń. Na wiosnę przynoszą na dłoniach takie wielkie, soczyste i mówią: "Patrz, Weronika!". Robię więc tak samo.

Podobnie Kasia Timofiejew, która w Irlandii skończyła kurs leśnego lidera (forest school leader), ale nie przepada za niektórymi owadami.

Emilia Opolska, pedagożka specjalna:

- Z przerażeniem myślałam: jak będę prowadzić zajęcia w lesie, przy kozie opalanej drewnem? Jestem zmarzluchem. Męczyłam się, gdy panowały mrozy po minus piętnaście stopni i trzeba się było ciągle ubierać i rozbierać, aby kursować między namiotami. Ale ogólnie znoszę to lepiej, niż sądziłam. Zosia jest dziś bardzo ciepło ubrana, ma nawet grube zimowe spodnie, które nadawałyby się na narty, choć właśnie zaczął się marzec i trafił się nam pierwszy naprawdę słoneczny dzień.

- Gdy na studiach poszłam na praktyki do przedszkola, to był reżim: nóżki na kokardkę, rączki na kolankach. Tego wymagano od trzylatków! Czułam, że tak nie powinno być - opowiada. Ostatnio pracowała w malutkim, przytulnym przedszkolu na osiedlu, ale bez ogródka czuła się w nim zamknięta.

- Z wieloma rzeczami się tam wewnętrznie nie zgadzałam, ale musiałam postępować tak, jak oczekiwano. Tu jest luz. Swoboda, ale nie samowolka - mówi.

- Gdy przyszłam na dzień próbny i zobaczyłam Malinkę z piłą, miałam odruch, żeby jej zabrać. Ale Weronika powiedziała: "Zaufaj jej". Teraz sama mówię: "Spokojnie, przecież dzieci nie dążą do samozagłady" - opowiada.

"Strach to największa siła, która powstrzymuje rodziców przed przyznaniem dzieciom takiej wolności, jaką sami cieszyli się, kiedy byli mali. Strach to uczucie, które oddziela dziecko od wszystkich niezbędnych do prawidłowego rozwoju dobrodziejstw kontaktu z naturą" - pisze Richard Louv w bestsellerowej książce "Ostatnie dziecko lasu", która ukazała się w 2005 roku i wielu ludziom namieszała w głowach. Wśród nich były matki założycielki podbiałostockiego przedszkola. (...)

- Nauka i zabawa odbywają się w otoczeniu przyrody, chodzi o to, by tego nie rozdzielać, żeby proces edukacyjny trwał, o ile tylko pogoda pozwala - tłumaczy Agata Preuss, koordynatorka Polskiego Instytutu Przedszkoli Leśnych (PIPL), edukatorka przyrodniczo-leśna i wychowawczyni w "Puszczyku". Gdy były mrozy po minus dwadzieścia stopni, nie wszyscy rodzice zdecydowali się posyłać dzieci. Przedszkolny dzień był znacznie krótszy (trwał pięć godzin), a wychowawczynie co pół godziny wołały do namiotu, żeby dzieci się ogrzały (zwykle to dzieci decydują, kiedy potrzebują się schronić).

- Przewracały oczami, jakby myślały: "Czego baba się nas czepia?" - mówi, śmiejąc się, Agata.

Leśna edukacja

Leśne przedszkola są zanurzone w naturze. Nie mają gotowych placów zabaw ani kolorowych plastikowych zabawek. Najlepiej, żeby zabawek potocznie rozumianych nie było wcale, a dzieci uczyły się, jak bawić się tym, co mają pod ręką i rozwijały wyobraźnię. Z zachwytem obserwowałam kiedyś dzieci z Leśnej Akademii w Wieliczce, które bawiły się na grubym konarze: raz był autobusem, a raz samolotem.

Legenda założycielska głosi, że wszystko zaczęło się od duńskiej mamy Elli Flatau, która w 1954 roku po prostu zaczęła zabierać swoje dzieci na spacery do lasu. Wkrótce dołączyli do niej sąsiedzi z dziećmi, a później kolejni chcieli powierzać jej córki i synów pod opiekę. Idea zakorzeniła się w Szwecji, gdzie aura nie rozpieszcza, ale zwykło się mówić, że nie ma złej pogody, można się jedynie nieodpowiednio ubrać.

Pod koniec lat sześćdziesiątych pomysłem zarazili się Niemcy (choć oficjalnie uznano tam leśne placówki dopiero w 1993 roku), Anglicy - w latach dziewięćdziesiątych, a Polacy - w pierwszej dekadzie XXI wieku. W Wielkiej Brytanii bardzo popularna jest idea tak zwanych forests schools - przyrodniczych zajęć dla dzieci ze szkół systemowych, które prowadzone są w kilkutygodniowych cyklach. W Niemczech szacuje się, że przedszkoli, które w nazwie zawierają przymiotnik "leśne", jest blisko trzy tysiące. Nic dziwnego, że to właśnie tam, dokładnie w Waldenkindergarten w Lipsku, lata temu pionierki z Białegostoku podglądały, jak się robi leśną edukację. Najpierw założyły przedszkole, później również instytut, który organizuje szkolenia, konferencje i podyplomowe studia dla nauczycieli.

Według mapy zamieszczonej na stronie Polskiego Instytutu Przedszkoli Leśnych w Polsce działa około pięćdziesięciu przedszkoli leśnych, z trzydziestoma PIPL utrzymuje regularny kontakt. Obok nich istnieje wiele inicjatyw, które realizują zajęcia w lesie w innej formule - punktów przedszkolnych, projektów fundacji czy grup nieformalnych. W 2019 roku odwiedziłam dwa przedszkola, które co prawda mają sale, ale ich wychowankowie codziennie wychodzą do lasu. Jednym z nich jest waldorfskoleśny punkt przedszkolny Momo prowadzony przez Fundację Q’Naturze w Krakowie. Jego współzałożycielka Anna Andrykowska tłumaczyła, że małe dzieci szybko doświadczają nadmiaru, nawet w dużej sali. W lesie są bardziej wyciszone, skupione, ponieważ nie ma tylu bodźców, które generowałyby napięcia. Przyroda stawia im również wyzwania: mogą spaść z kłody i spróbować na nią wejść jeszcze raz, przekonać się, że potrafią. Jej powtarzalność daje poczucie bezpieczeństwa. Natura budzi wrażliwość. Nawet te dzieci, które z początku są zagubione i nie wiedzą, jak się bawić bez zabawek, szybko się tu odnajdują. Mówią do robaczków, przytulają drzewa. Nawiązują relację z przyrodą, jest więc nadzieja, że w przyszłości będą chciały o nią dbać.

Do "Puszczyka", który sześć lat temu zaczął działalność od trzech dziewczynek, dziś ustawia się kolejka czterdzieściorga dwojga dzieci na jedno miejsce. (...)

Czego boją się rodzice

Czy nie zmarzną?

Zosia:

- Wszyscy myślą, że dzieciom jest zimno. A to my marzniemy! One są ciągle w ruchu.

Na początku "Puszczyka" rodzice przychodzili z walizką pełną kompletów ubrań na różne okazje. Szybko się okazało, że kombinezony się nie nadają - gdy dzieci chcą się wysikać pod krzaczkiem, trzeba wszystko ściągnąć. Najlepsze są nieprzemakalne spodnie na szelkach i kurtka. Ale zimą dzieci raczej nie chodzą w głąb lasu.

Lęk drugi: brud. Jedni rodzice przebierają dzieci od razu w bazie - czasem jadą później do miasta albo na zajęcia i trochę im wstyd pokazywać się z pociechą w usmotranym entourage’u, choć są i tacy, którzy z utytłanymi dziećmi bez obciachu przekraczają drzwi sklepów. Niektórzy tylną kanapę samochodu wykładają folią, by jej nie ubłocić. Ostatnio po roztopach dzieci urządziły tu Wenecję - pływały na sankach po wielkich czarnych kałużach. Outdoorowe ubrania jednak najczęściej zostają w suszarni - i tak nie można ich zbyt często prać, straciłyby swoje właściwości.

- Wysuszą się, to się wykruszą - rzuca sentencjonalnie Weronika.

Lęk trzeci: kleszcze. Jedni rodzice pozwalają opiekunom wyciągać je pęsetą, inni nie. Wtedy wychowawczynie dzwonią i rodzice zabierają dzieci do szpitala, gdzie spędzą pewnie z pięć godzin.

Agata:

- Informujemy o szczepieniu na odkleszczowe zapalenie opon, tłumaczymy, że wcale nie jest tak, że jak zostanie głowa, to dzieje się tragedia (kleszcz nie ma głowy - to, co może zostać, to otwór gębowy, który odpadnie wraz ze strupkiem). Każde dziecko przynosi też swój repelent, wiosną i latem rodzice mają obowiązek opryskać je rano, a my pryskamy w ciągu dnia, ponieważ spraye działają przez około cztery godziny. Codziennie przy kąpieli dziecko należy oglądać, bo im krócej kleszcz siedzi w skórze, tym lepiej. Na boreliozę szczepić się nie da, ale jej patogen jest przenoszony dopiero po upływie mniej więcej doby. Córka naszej prezeski zapadła na boreliozę. To ważne, by pamiętać, że wykryta wcześnie i leczona antybiotykiem nie jest groźna. Najgorzej mają ci, którzy nawet nie wiedzieli, że złapali kleszcza.

Są rodzice obawiający się nieco o toalety. W bazie stoi ogrzewany kontener toaletowy, a w każdym namiocie za parawanem jest kibelek jachtowy. Na wyprawy do lasu dzieci biorą nocniko-wychodek. Gdy trzeba zrobić kupę w terenie, dzieci wykopują dołek łopatką ogrodową, stawiają wychodek, po czym zakopują i po sprawie. Do podcierania używają papieru ekologicznego, który szybko się rozkłada. I tak większość "dwójek" wypada po obiedzie, w bazie.

Są i tacy rodzice, którzy drżą za drzewem i płaczą, bo nie wiedzą, "jak tam jest dziecku". Niektórym trudno odciąć pępowinę. Nie wyobrażać sobie, że dziecko uderzy głową o wystający kamień. Do tej pory wypadek był jeden - złamana ręka.

Niektórzy rodzice, jak to ładnie ujmuje Agata, wyrażają obawy wobec procesu edukacyjnego. Boją się, że ich dzieci niczego się nie uczą, tylko po drzewach łażą. Program nauczania jest zawsze do wglądu, dostają go na maila. Agata wbrew opinii wielu nauczycieli z alternatywnego środowiska wcale nie uważa, że podstawa programowa jest beznadziejna.

- To usystematyzowany plan edukacyjny sporządzony przez specjalistów. Można dyskutować o treściach potrzebnych i niepotrzebnych, o tym, kiedy co robić i jak. Rolą przedszkola jest przygotowanie do szkoły w każdym z czterech obszarów: emocjonalnym, fizycznym, społecznym i poznawczym. I nie chodzi o to, by dziecko liczyło i pisało na nie wiadomo jakim poziomie. Najważniejszy jest rozwój fizyczny i emocjonalny. Jeżeli dziecko nie będzie mieć na tym etapie życia możliwości poruszania się, wspinania, to będzie mu trudno rozwijać się w pozostałych obszarach. Nasze dzieci z zerówki wychodzą fajnie przygotowane. Choć żadne dziecko po żadnym przedszkolu: leśnym, w budynku czy Montessori, nie jest gotowe na system, jaki je czeka.

Dzieci mają zajęcia z bushcraftu i survivalu, uczą się na iPadach, słuchają koncertów ze światowych filharmonii (są wielkimi fanami Chrisa Bottiego), ostatnio oglądały pokazy mody i później przygotowywały własne kolekcje i szwalnie (niektórzy zasiedzieli się w temacie na cały miesiąc).

O wszystkich tych lękach rozmawiam z jedną z mam, Angeliką Jackowską. Jej starsza córka Zuzia skończyła przedszkole, a młodsza Maja właśnie do niego chodzi. Też obawiali się z mężem kleszczy i ciągłego przebywania na zewnątrz.

- Ale ostatecznie ma to wszystko więcej plusów niż minusów - stwierdza. - Znajomi ciągle pytają, czy nam dzieci nie chorują. Tłumaczymy, czym jest hartowanie i że zarazki na dworze mniej się roznoszą. Tylko jakiś katar się czasem przyplącze.

Każda z córek odnalazła się w "Puszczyku". Zuzia uwielbiała się taplać w błocie i być na zewnątrz bez względu na pogodę, Maja czasem, gdy jest zimno, kombinuje, żeby może tak nie pójść do przedszkola. Zazwyczaj jednak wraca zadowolona.

- W poprzednim przedszkolu, choć też było niepaństwowe, Zuzka dostawała czarne kropki za bieganie. Była tym sfrustrowana, nauczyciele też, ponieważ nie umieli jej uspokoić. A ona po prostu ma dużą i naturalną w tym wieku potrzebę ruchu.

Angelika pochodzi ze wsi, sama spędziła dzieciństwo na świeżym powietrzu i pamięta, jak nieraz wracała z włóczęgi po okolicy przemoczona, przemarznięta, ale szczęśliwa. Jak negocjowała z mamą: "Jeszcze tylko pięć minut".

- Wyzwanie polega na tym, by wyjść poza schemat dorosłego. Jesteśmy tak ukształtowani, że muszą być pomieszczenie, ławeczki, że tak trzeba. Byłam w szoku, gdy się dowiedziałam, że w przeciętnych przedszkolu i szkole dzieci spędzają na zewnątrz jeszcze mniej czasu niż amerykańscy więźniowie.

* Więcej o książce "Szkoły, do których chce się chodzić są bliżej, niż myślisz!" przeczytasz TUTAJ!

***

Zobacz również:

Maria Hawranek: Szkoła marzeń jest na wyciągnięcie ręki

Bliźniaczki syjamskie zrośnięte głowami zostały rozdzielone. Przejmujący film!

Znani influencerzy odwołali adopcję. Powód?

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje