Reklama

Reklama

Zbigniew Lew-Starowicz: Moje ojcostwo się udało

- Od trudnych rozmów nigdy nie uciekałem - tyle było odpowiedzi, ile pytań. A literatura na temat seksualności człowieka zawsze była w domu dostępna - opowiada w książce "Jestem tatą" Janiny Drosio-Czaplińskiej, Zbigniew Lew-Starowicz, tata dwóch dorosłych córek i dwóch dorosłych synów, dziadek siedmiorga wnucząt.

Czy pana dzieci miały ułatwione dojrzewanie dzięki temu, że ich ojciec był fachowcem od seksu?

- Od trudnych rozmów nigdy nie uciekałem - tyle było odpowiedzi, ile pytań. A literatura na temat seksualności człowieka zawsze była w domu dostępna. Myślę, że nie było źle, bo w trudnym okresie dojrzewania nie miałem jakichś dramatycznych historii jak niektórzy moi znajomi, którym córki pouciekały z domu i eksperymentowały z narkotykami. Może dlatego, że dawałem dzieciom dużo swobody?

Reklama

- Patrząc z perspektywy czasu, myślę, że moje ojcostwo się udało, bo wszystkie ułożyły sobie życie, więc nie mam powodów, by oceniać je krytycznie. Ale rzeczywiście nasza sytuacja z powodu mojego zawodu była nieco inna, ponieważ zapraszano mnie do podstawówki, do której chodziły kolejne dzieci na lekcje uświadamiające.  

Mam wrażenie, że edukacja seksualna za tzw. komuny była lepiej realizowana.

- To fakt, była na dużo wyższym poziomie. Zakładaliśmy, że "komuna" jest pruderyjna i mówiliśmy o seksie bez ogródek i - co najważniejsze - bez ideologii. Dziś mamy albo indoktrynację kościelną, albo gender. A wiedza to wiedza, nie można nią manipulować.    

A co pan myśli o edukacji gender?

- Trzeba rozgraniczyć: gender jako studia dotyczące badań nad tożsamością płci, społecznych ról zdeterminowanych kulturowo, a edukacją gender, którą uprawiają jacyś aktywiści spod znaku walki płci. Tacy, którzy dopatrują się we wszystkim śladów kultury patriarchalnej, którą chcą niszczyć. Ta krucjata zupełnie mi się nie podoba. Z drugiej strony, jest histeria kościelna polegająca na jakiejś obsesji,że ktoś chce wykończyć rodzinę.

- Osobiście myślę, że różnice między kobietą i mężczyzną są nam potrzebne. Bo jeśli doprowadzimy do tego, że będzie nas różniła tylko anatomia, to zaniknie pożądanie. To się już zaczyna dziać!

Gdzie pan to widzi?

- W swoim gabinecie. Dziś problemem numer jeden w związkach jest brak namiętności. Razem sprzątamy, razem gotujemy, robimy zakupy - wszystko razem. Nie mamy przed sobą tajemnic, wszystko sobie mówimy. Nie uważam, żeby model superpartnerstwa był dla nas korzystny. Partnerstwo może być komplementarnością, a nie wbijaniem gwoździa do połowy i od połowy.

- Co z tego, że będziemy świetnymi partnerami, jak przestaniemy być kochankami? W związku powinna być pewna doza tajemniczości. Uważam, że gender, owszem, pomaga nam w budowaniu partnerstwa, ale zabija namiętność. Człowiek jest tak skonstruowany, że czuje pożądanie do odmienności, nie identyczności. Bez inności nie ma namiętności! Nie można czuć pożądania do swojego klona. Mam poczucie, że jest coraz więcej małżeństw, które funkcjonują jak brat z siostrą.    

Ale ludzie coraz chętniej eksperymentują, sprawdzają swoje gra- nice, tworzą tak zwane otwarte związki, poliamoryczne. A co to jest poliamoria!?

- Wierzę, że można jednocześnie kochać dwie osoby, trzy, bo nie da się powiedzieć, że w krajach, w których jest poligamia, nie ma miłości. Nie mamy prawa powiedzieć, że człowiek mający kilka żon ich nie kocha. Podobnie jest w poliandrii, w której kobieta ma kilku mężczyzn.

- Jednak to, co u nas szerzy się pod hasłem poliamoria, to jest zwyczajne dziwkarstwo i łajdaczenie się. A najlepiej zróbmy sobie trójkącik i udajmy, że się wszyscy kochamy. To dorabianie ideologii do swoich orgiastycznych zachowań. Powiedz- my sobie otwartym tekstem, że się puszczamy i sprawiamy przyjemność i nie ubierajmy tego w ładne słowa. To naciągana filozofia.    

Czy w czasach transformacji rodziny - częstych rozwodów, rozluźnienia obyczajów, śmierci modelu macho, a w końcu nowego rynku pracy, trudniej jest być ojcem?

- O wiele, ponieważ mamy inną perspektywę. Dziś dziecko to wielka inwestycja, a kiedyś rodziło się z rozpędu. Wiadomo było, że mężczyzna ma zdobyć zawód, ożenić się i zarobić na dom. To była prosta koleina. Każdy wiedział, że jakaś praca zawsze będzie, nie było bezrobotnych.

- Dziś coraz więcej młodych ludzi kończy studia, więc ich start w dorosłość się opóźnia, potem walczy o kawałek chleba i to z różnym skutkiem. Potomstwo wydaje na świat, gdy czuje się w miarę bezpieczny ekonomicznie.

- Edukacja kosztuje, jedzenie, rozrywka też. Standardy są zupełnie inne, bo mamy bardziej konsumpcyjne podejście do rzeczywistości: tablety, laptopy, telefony - gadżety. Wydaje nam się, że dzieci nie będą mogły bez tego żyć i kupujemy.

- Jest jeszcze inny problem - w naszych głowach zmiany zachodzą powoli i czym innym jest tacierzyństwo lansowane w mediach, czym innym ojcostwo pod strzechą.  

Jak pan, w takim razie, postrzega dzisiejszych tatusiów?

- Pierwsza grupa to ta zaliczająca wpadkę. A jak mężczyzna nie chce dziecka, to z odpowiedzialnością bywa różnie. Druga grupa to typowy samiec - baby rodzą dzieci, chłopy na nie zarabiają, bo taki jest porządek świata - to fasadowe ojcostwo. U takiego typa relacja z dzieckiem rodzi się z czasem i nigdy nie jest zbyt głęboka.

- Trzecia grupa to mężczyźni, którzy zwariowali na punkcie swojego rodzicielstwa i opowiadają o kupach, zupach, przedszkolach. Na szczęście tych jest już coraz więcej, bo ojcostwo staje się częścią tożsamości mężczyzny, który otworzył się na uczucia.   

Czy wszystkie dzieci kocha się tak samo?

- Ci, co twierdzą, że tak, nie mówią prawdy. Każda miłość jest inna, bo każde dziecko jest inne. Nieporadne darzy się miłością opiekuńczą. Z podkreślającym swoją niezależność, dominującym, funkcjonuje się w bardziej partnerskiej relacji. 

Inaczej kocha się córkę, inaczej syna?

- Akurat dla mnie płeć nie różnicowała miłości. Czasem może łatwiej jest z chłopcem, o ile interesuje się tym co ojciec, np. samochodami czy futbolem, ale to nie determinuje miłości.    

Rodzice skarżą się, że żyją w poczuciu zagrożenia o życie dzieci. czy zawdzięczamy to mediom, które nieustannie straszą, bo złe newsy lepiej się sprzedają?

- Żyjemy dziś w strachu o dzieci, ponieważ mamy ich o wiele mniej - wielodzietne rodziny należą już do rzadkości. Zmalała umieralność, więc śmierć dziecka to wyjątkowa sytuacja, która jest przerażająca i zaskakująca.

- Kiedyś rzeczywiście było mniej zagrożeń, bo dzieci nie znikały z podwórek, a pedofilia nie miała takiej skali. W moich czasach był alkohol i palenie, ale nie było narkotyków, jakichś dziwnych chemicznych eksperymentów.

Kiedy mężczyzna staje się ojcem?

- Wtedy, kiedy nawiąże kontakt z dzieckiem, a to może być już w fa- zie życia płodowego. W przeszłości ojcostwo pojawiało się wtedy, gdy dziecko dobrze mówiło i można z nim było nawiązać kontakt.

- Jeśli o mnie chodzi, wiedziałem, że maluch jeszcze w brzuchu ma już swój charakter, że życie prenatalne wpływa na kształtowanie jego osoby. Dziecko w brzuchu matki dobrze słyszy, uśmiecha się, ma sny.  

Był pan w prl prekursorem takiego podejścia?

- Rzeczywiście ten stosunek do życia płodowego bardzo się zmienił na przestrzeni półwiecza. Kiedy byłem w liceum, uczyłem się, że płód to taka kijanka, jak inne zwierzaki. A człowieczeństwo pojawia się dopiero podczas rozwoju dziecka. Ale przyznam szczerze, że mimo tej mojej prekursorskiej wiedzy nie zdecydowałem się na wspólny poród.

- Po części dlatego, że jestem lekarzem i wiem, co się może stać, więc panikowałbym, a po części, nie ukrywam, że jako człowiek przyzwyczajony do atrakcyjności drugiego człowieka, mógłbym mieć później problem. Zawsze przestrzegam ludzi szykujących się wspólnie na poród, czy na pewno to przemyśleli.

- Dziś jest jednak trend w drugą stronę - ludzie robią sobie odlewy ciężarnych brzuchów i wieszają na ścianie, zjadają łożyska, nagrywają porody i puszczają przy obiedzie. No sfiksowali na punkcie ciała!    

Może to taki atawizm?

- Atawizmem nazwałbym coś innego - to, że powołując na świat dzieci mam świadomość ciągłości rodu. Dzieci czynią nas nieśmiertelny- mi, chociaż historia XX wieku dowodzi, że można wykończyć całe rodziny puszczając je z dymem.

- Teraz łatwiej zachować nazwisko, bo i córki decydują się na dwuczłonowe. Mimo nowoczesności to poczucie, że dziecko to krew z krwi, jest jeszcze u wielu mężczyzn bardzo ważne.   

Mam następcę rodu więc zrealizowałem się jako mężczyzna?

- To był ważny element patriarchatu, ale ten się skończył, mimo to człowiek przez pokolenia przyswaja pewne rzeczy. Kiedyś małżeństwa służyły załatwianiu interesów klanowych, wręcz całych społeczeństw i państw. Dziś występuje to w formie szczątkowej, bardziej jako folklor.

- Są oczywiście mężczyźni, którzy nienawidzą swoich ojców i chcą, by ród sczezł, dlatego nie mają dzieci. Ale to też rzad- kość. Zastanawia mnie tylko, dlaczego kobiety mniej interesują się tym, z jakiego rodu pochodzą. Dla mnie to zawsze było ważne, bo te informacje przekazywał mi mój ojciec, jemu jego ojciec, a ja przekazywałem je swoim dzieciom.  

I co to daje?



- Poczucie zakorzenienia owocuje poczuciem bezpieczeństwa. Inaczej patrzy się wtedy na swoje życie, cykl pokoleń, przemijanie. Nie mówię, że to jedyny sposób na pogodzenie się ze śmiertelnością, ale łatwiej dostępny, może prostszy?   

Łatwiej odpowiedzieć sobie na pytanie: kim jestem?

- Zdecydowanie tak. To takie osadzenie się w sobie. Człowiek nie czuje się jak ufoludek znikąd. Ważna jest narracja, jaką się buduje dookoła tych przekazów, to, żeby nie idealizować tej rodziny, tylko pokazywać, że ma swoje wady. Czarne owce, swoich świętych i grzeszników. Dzięki temu można uniknąć bajek i legend - mitologizacji, jacy jesteśmy wielcy i wspaniali.

- To pomaga w przekazie: bądź kim chcesz, masz też prawo do błędów. Nie musisz być idealny, zadowolić ojca, matki, swojej rodziny. Że każda decyzja obarczona jest jakąś odpowiedzialnością i ma konsekwencje. Jedni przodkowie cierpieli, bo się rozwiedli, a inni, z powodu, że tego nie zrobili. Nie ma reguły, ale jest historia, za którą stoją ludzkie uczucia.

- Opowiadanie o tym dzieciom to dla nich cenna nauka życia. Kiedyś żyliśmy w micie wychowania. O tym, jak ważna jest socjalizacja, pisano rozprawy naukowe. Dziś mówi się, że genetyka ma olbrzymie znaczenie. Świadczą o tym badania prowadzone na bliźniakach jednojajowych, które rozdzielone w adopcji zachowywały się podobnie, lubiły podobne rzeczy, wybierały zawody wymagające podobnych kompetencji.

- Powołując dziecko na świat, wiem, że biologicznie, genetycznie, jakaś tam cząsteczka mnie w moim wnuku, prawnuku, praprawnuku przetrwa. Nie całkiem zniknę.    

To buduje poczucie sensu?


- Niestety nie, ponieważ dotyczy tylko czystej biologii. Mam świadomość, że moich książek za 50 lat nikt nie będzie czytał i myszy je zjedzą. Ale przez te geny przetrwam, ot, taka mała satysfakcja.

Fragment pochodzi z książki "Jestem tatą" wydawnictwa Tamaryn.

Zbigniew Lew-Starowicz (ur. 1943 r.) Lekarz, psychiatra, seksuolog i psychoterapeuta. W czasach PRL edukował nas bestselerowym "Seksem partnerskim", o czym opowiada w swojej biografii "Pan od seksu". Uwielbia podróże i muzykę.

Ojciec czworga dorosłych już dzieci (dwie córki, dwóch synów), w tym trojga z pierwszego małżeństwa. Dziadek siedmiorga wnucząt. Jego drugie małżeństwo trwa już 33 lata.

Dowiedz się więcej na temat: Zbigniew Lew-Starowicz | ojcostwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje