Reklama

Reklama

Akceptuję siebie

Słynny aktor wyznaje mądrą filozofię. - Nie zachwycam się sukcesem ani pozycją, gdyż to wszystko jest kruche, ulotne - mówi. - Umiem docenić życie.

Panie Krzysztofie, ma pan dystans do siebie?
Krzysztof Kowalewski - Dystans trzeba mieć. To zdrowe. Wtedy jest mniej rozczarowań. Ja nie jestem człowiekiem, który zachwyca się sukcesem, pozycją, gdyż to wszystko jest kruche i ulotne. Mój dystans bierze się więc z rozumnego podejścia do życia. Ale też z upokorzenia, z jakim związany jest mój zawód...

Z upokorzenia?
- Podam przykład. Gdy kiedyś poszedłem do znajomego lekarza, pielęgniarka powiedziała głośno, żebym to słyszał: "Panie doktorze, jakiś aktorzyna do pana". Zdębiałem, a po chwili zacząłem się śmiać. Ale jej zachowanie to małe "fiki miki". W moim zawodzie zdarzają się o wiele podlejsze podjazdy. Media też potrafią dopiec.

Reklama

Gdy brał pan ślub z Agnieszką Suchorą młodszą o trzydzieści lat, brukowce nie zostawiły na was suchej nitki.
- W ogóle nie reagowałem na to, bo i po co? Zainteresowanie naszym związkiem szybko minęło, bo jak długo można pisać, że mam młodą żonę i małą córeczkę? Żona mnie nie zdradza, ja nie piję, nie awanturuję się, nie wszczynam skandali. Kompletna nuda u mnie. Raczej kraina szczęśliwości.

Czy to prawda, że poprzez córkę realizuje pan własne niespełnione marzenia?
- Moim niespełnionym marzeniem jest, poza umiejętnością gry na jakimś instrumencie, znajomość języków obcych. Ale nie po to posłałem córkę na naukę dwóch języków, żeby realizować swoje marzenia, lecz w tym celu, żeby w wieku dwunastu lat bez problemu mogła się porozumiewać z obcokrajowcami i żeby cały świat stał przed nią otworem.

Jakie pytanie dzisiaj zadaje pan sobie najczęściej?
- Kiedy umrę. Wiem, że brzmi to jak żart, ale chciałbym jak najdłużej zostać tu, na ziemi, będąc w dobrej formie fizycznej i psychicznej. Ponieważ mam dla kogo żyć, mam córkę. Chciałbym dożyć dnia, w którym skończy studia i będzie samodzielna. Chciałbym zatańczyć na jej weselu. To jeszcze daleko, ale kombinuję,

staram się.

Jak pan kombinuje?
- Dbam o siebie. Pływam, jeżdżę na rowerze, chodzę na siłownię. Zresztą jakoś specjalnie nie zmuszam się do tego, bo całe życie to robiłem. Nie wyczynowo, tylko rekreacyjnie, oczywiście. Dlatego dziś utrzymuję się w nie najgorszej kondycji.

Podobno odchudza się pan też przez całe życie. To prawda?
- Owszem, co pewien czas do tego wracam. Ale nie robię wielkiego problemu ze swej nadwagi. Tym bardziej, że przed wojną o kimś takim, jak ja mówiło się elegancko - "mężczyzna słusznej budowy". Akceptuję siebie takim, jaki jestem. A to ważne, między innymi dla dobrego samopoczucia.

Słyszałem też, że nigdy pan nie narzeka?
- Ponieważ mi nie wolno narzekać i skarżyć się. Już dwa razy byłem ciężko chory i wiem, co znaczy przeżyć ciężkie czasy. Chwilą trzeba umieć się cieszyć. Życie trzeba umieć docenić. Ja to potrafię.

Krzysztof Nowicki

Twoje Imperium

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje