Reklama

Reklama

Anna Seniuk: Cuda się dzieją każdego dnia

- Zdarzały mi się dramatyczne przeżycia. Po jakimś czasie okazywało się, że to „trzęsienie ziemi” było mi potrzebne - mówi Anna Seniuk. Aktorka nigdy nie straciła wiary, choć nie była wolna od wątpliwości.

W książce pani córki Magdaleny Małeckiej-Wippich "Nietypowa baba jestem" powiedziała pani, że ciepła zaznała głównie od ojca...

Anna Seniuk: - Mama trzymała nas krótko, mieszczańsko. Była oszczędna w pochwałach, niezbyt otwarta w rozmowach z córkami. W domu panowała dyscyplina - miałam wcześnie wracać i dobrze się uczyć. Mama była nauczycielką i widocznie sądziła, że dziecko należy wychowywać ostro, nie chwalić, żeby nie zagłaskać. Natomiast ojciec był bardzo wyrozumiałym człowiekiem. Dawał mi tak dużo ciepła oraz uwagi, że starczyło za dwoje rodziców.

Reklama

Często myśli pani o tacie?

- Tak, choć od jego śmierci minęło już sporo lat, ale nadal jestem z nim w kontakcie i rozmawiamy ze sobą. Myślę, że mam tam, "u góry" kogoś bliskiego, przez którego mogę sobie coś wyprosić u Pana Boga.

Blisko związana była pani też z siostrą Bożeną, która odeszła w 2013 roku.

- Była ode mnie starsza o cztery lata. W dzieciństwie z inicjatywy siostry organizowałyśmy teatrzyk "Trzech Widzów". Przebierałyśmy się, malowałyśmy szminkami mamy i zapraszałyśmy rodziców oraz babcię na przedstawienie. Babcia zawsze na tę okazję wkładała wieczorową suknię i przypinała sobie piękną broszkę. Grałyśmy przedstawienie według scenariusza siostry.

Jak wspomina pani swoich dziadków?

- Cała moja rodzina w 1945 roku musiała opuścić rodzinne strony na Wschodzie. Mieszkaliśmy w Stanisławowie. Dziadkowie ze strony mamy mieli tam swój domek i swoich bliskich. Z dnia na dzień zostawili - tak jak moi rodzice - cały dorobek życia. Oboje dosyć szybko odeszli. Dziadkom trudno było się odnaleźć w nowych miejscach (stale musieliśmy się przeprowadzać), mieszkając kątem u dzieci. Myślę, że nie chcieli już żyć w tym obcym dla siebie świecie, nie chcieli być ciężarem dla rodziny.

Czy pani od dziecka była osobą wierzącą?

- Moja wiara płynęła meandrami. Miałam czas dużej bliskości z Bogiem i czas wątpliwości. Życie stale konfrontuje nas z naszą wiarą. Ludzie często odchodzą od religii, kiedy ich modlitwy nie są wysłuchiwane... Pan Bóg nie spełnia natychmiast naszych oczekiwań, to nie jest koncert życzeń. Oczywiście trzeba prosić - jest nawet powiedziane: "Proście, a będzie wam dane", ale nie należy tracić wiary w momencie, gdy nasza prośba nie zostanie wysłuchana. Widocznie jeszcze nie jest na to czas. Wierzę w ogromną moc modlitw naszych przyjaciół, rodziny czy osób zakonnych. Myślę, że świadomość, że ktoś się za nas modli, daje nam wielką siłę.

Ma pani domek na Podkarpaciu, obok którego stoi cudowna kapliczka...

- W czasie wojny trzy dziewczynki schroniły się w tym miejscu przed sowieckimi żołnierzami i modliły się gorąco. Wtedy ukazała im się Matka Boża. Dziewczynki przeżyły. Opowiadała mi sąsiadka, babcia Zosia, że na pamiątkę tego wydarzenia mieszkańcy przybili na drzewie obrazek Matki Bożej i zaczęli przynosić różańce. Któregoś dnia babci Zosi ukazała się Matka Boża. I zapytała: "A czemu mi porządnej kapliczki nie zbudujecie?". "A z czego, Matko Boża, mielibyśmy zbudować, kiedy jesteśmy biedni?" - odpowiedziała kobieta. Wtedy Matka Boża spytała: "A te pustaki za stodołą to co?". I mieszkańcy wsi postanowili postawić murowaną kapliczkę.

Dla pani ma ona również duże znaczenie?

- Choć ten cud nie został uznany przez Kościół, ja wyraźnie czuję tu czyjąś opiekę. O każdej porze mogę tam pójść - bo kapliczka jest zamknięta tylko na haczyk - i pomodlić się nawet w środku nocy. Od lat są tam grube bruliony w kratkę, do których każdy może wpisać swoje prośby, intencje czy podziękowania.

A w pani życiu zdarzał się kiedyś cud?

- Cuda zdarzają nam się każdego dnia, ale ich nie dostrzegamy. Ile razy byliśmy o krok od wypadku, ile razy dziecko cudownie powróciło do zdrowia albo zaskoczyło nas swoją dojrzałością. Ile razy spotkaliśmy kogoś, kto odmienił nasze życie? Wysłuchane modlitwy też można rozpatrywać w kategorii niezwykłych wydarzeń.

Jak pani sobie radziła, kiedy przychodziły trudne chwile?

- Zdarzały mi się bardzo dramatyczne przeżycia - jak każdemu z nas. Potem, po jakimś czasie okazywało się, że to "trzęsienie ziemi" było mi potrzebne, bo zmieniło ono moje życie i myślenie.

Miała też pani okazję poznać Jana Pawła II. Jak go pani zapamiętała?

- Pojechaliśmy małą grupką artystów do Włoch, naszym przewodnikiem był ksiądz Kazimierz Orzechowski. Ojciec Święty przebywał wtedy w Castel Gandolfo, ale zgodził się z nami spotkać. Kiedy pozowaliśmy do wspólnego zdjęcia, uklękłam obok papieża i dotknęłam jego ręki. Do dziś czuję to ciepło jego drobnej dłoni. Przez cały czas powtarzałam: "Jestem też trochę z Krakowa, ja też...", a papież pogłaskał mnie po głowie. Kiedy wróciłam do Polski, czułam się taka lekka, że przez kilka tygodni wprost unosiłam się nad ziemią. Wszystko wydawało mi się takie proste, jasne, byłam pełna wiary w świat. Na szczęście jeszcze trochę mi tego uczucia zostało.

Kinga Frelichowska

Ludzie i wiara

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje