Autografów nie rozdaję

Do kina wszedł "od zaplecza". Jako nieznany aktor zagrał u brytyjskiego reżysera Kena Loacha. Skonsternowani krytycy pytali wtedy, kim jest ten chłopak. Dziś, po "Londyńczykach" i "Małej Moskwie", jego nazwisko zna każdy. Choć nie gra w telenowelach ani nie tańczy na lodzie.

Z Lesławem Żurkiem, chłopakiem ze wsi, który robił w życiu już prawie wszystko, rozmawia Agnieszka Niezgoda.

Reklama

Andrzej, którego grasz w "Londyńczykach", rozkręca biznes. Jeździ samochodem i sprzedaje polskim robotnikom pierogi. Ty też dorabiałeś kiedyś za granicą?

Kilka razy. Po drugim roku ekonomii we Wrocławiu, którą studiowałem przed aktorstwem, pojechaliśmy z kumplami do USA w ramach programu Work&Travel. Lądujemy w Chicago, wsiadamy do odpowiednika naszego pekaesu i przez 30 godzin jedziemy przez Dakotę Północną. W naszym autobusie Meksykanie w sombrerach palą marihuanę, uprawiają seks na tylnych siedzeniach. Za oknem preria, czasem przebiegnie krowa albo bizon. Co sto mil zatrzymujemy się po kolejnych pasażerów. Wchodzimy do przydrożnych barów. A to już świat, w którym rządzą kowboje. Odrapane ściany, pod sufitem wiatrak, nad kuflami piwa brodaci faceci w kapeluszach, dżinsach i T-shirtach z jeleniem na rykowisku. W końcu dojeżdżamy. Świta, budzę się i widzę raj. Zielona dolina, a w niej wypielęgnowane drzew- ka i domki w pastelowych kolorach, niczym z Truman Show. Na spotkanie wychodzi energiczny prezes Fundacji Theodore´a Roosevelta i błyska w uśmiechu śnieżnobiałymi zębami.

W Dakocie Północnej to bardziej Fargo braci Coenów niż Truman Show.
Dwa w jednym. W Fargo, stolicy stanu, byłem na wycieczce, a film widziałem już po powrocie do Polski. Osada, w której pracowaliśmy, była natomiast jak z "Truman Show". Latem odbywał się tam festiwal country. Fundacja Roosevelta go obsługiwała, prowadząc hotele, restauracje. Zimą mieszkało tam sto osób, w sezonie przyjeżdżały tysiące turystów. Nazwa fundacji wzięła się stąd, że dolinę przecinała rzeka Little Missouri - strumyk, który można było butem zatamować. W chatce przy nim urodził się Theodore Roosevelt.

Jaką rolę grałeś w swoim "Truman Show"?
Kilka. Pokojówki, kelnera, pracowałem też w pralni. Tam było najfajniej, bo do pralni fundacja wysyłała młodocianych recydywistów pod opieką kuratorów, na przykład Latynosów z gangów Los Angeles. Chłopaki byli cali w tatuażach, ale rozrywkowi. Na bardziej eksponowanych stanowiskach, choćby w restauracjach, pracowali natomiast dosyć nudni, młodzi Amerykanie z religijnego ruchu Christian Crusaders. Świetnie się z chłopakami z pralni bawiliśmy, mieliśmy dystans do tej szopki. No i zaczęły się problemy. Raz idziemy ulicą zamiast chodnikiem. Zatrzymuje się wóz policyjny z napisem "Unit One".

Wysiada mały, gruby policjant. Przez krótkofalówkę wzywa posiłki. Podjeżdża "Unit Two". Wychodzi duży, chudy policjant. Wyglądają jak Flip i Flap, ale wspólnie pouczają nas o wykroczeniu. To była największa akcja policyjna w osadzie. Uśmiechnięty prezes fundacji też w końcu przestał szczerzyć zęby i zaczął grozić, że walczył w Korei, że był klawiszem w więzieniu, więc nauczy nas dyscypliny. Spędziłem tam cztery miesiące. Miałem wylecieć do Polski w połowie września, prosto na obóz integracyjny w krakowskiej szkole aktorskiej, ale to był 2001 rok i atak na World Trade Center. Zostałem dwa tygodnie dłużej, bo loty były wstrzymane.

Dowiedz się więcej na temat: WSI | kasyna | show

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje