Reklama

Reklama

Barbara Krafftówna: Silna... i krucha

Chociaż wiele przeżyła, zachwyca energią i optymizmem. Właśnie za to kochamy Honoratkę z serialu „Czterej pancerni i pies”.

W małym ciele wielki duch! Ta maksyma sprawdza się w jej przypadku. Aktorka zawsze była drobniutka. - Mój wnuk ma dwa metry wzrostu, nawet klęcząc, przewyższa mnie o czoło. Dopiero jak wejdę na krzesło, jestem ponad nim - śmiała się w jednym z wywiadów. Tej radości życia i siły charakteru można jej pozazdrościć.

Reklama

Panna z Łucka na Wołyniu

Przyszła na świat w 1928 r. W stolicy, ale przed II wojną światową mieszkała w Łucku na Wołyniu. Jej tata był naczelnym architektem, mama prowadziła dom. Byli ludźmi doświadczonymi przez poprzednią wojnę, wdowcami, którzy pobrali się, mając odchowane dzieci. Basia była ich wspólnym, ukochanym. Mimo to wiele od niej wymagali. "Usiądź porządnie, zachowuj się", słyszała często. "Nie wynoś z domu kłopotów, bo inni mają własne". "Zawsze bądź gotowa, jakbyś szła na bal".

- Oczekiwali, żebym ładnie mówiła, ważna była modulacja głosu - wspominała po latach. - Na pytania miałam wyraźnie opowiadać słowem lub zdaniem, a nie mruknięciem. Chodziło im o wyrobienie pewnej postawy życiowej, samodyscypliny. Tak "wyposażona" wyruszyła w dorosłe życie. W uczuciach jednak pozostała spontaniczna.

Zakochałam się w czwartek niechcący

Pierwszy raz wyszła za mąż w 1953 r., po miesiącu znajomości. Michała Gazdę, też aktora, poznała jako artystka stołecznego teatru, na pochodzie pierwszomajowym. - Nieśliśmy razem szturmówkę z napisem »Niech żyje 1 maja« - opowiadała. 1 czerwca byli małżeństwem, a po dwóch latach przyszedł na świat ich syn, Piotr, którego pomagała wychowywać jej mama. Niestety mama zmarła i wtedy Krafftówna musiała się wykazać wielkim hartem ducha.

- Tego dnia był muzyczny program telewizyjny przygotowywany przez wiele tygodni. Śpiewaliśmy w duetach i nie było zastępstwa. Program był na żywo. Trzeba było nie tylko śpiewać, trzeba było grać, tańczyć. Śmiej się, pajacu, na chwilę po śmierci matki... - wspominała ze smutkiem. Udało jej się zdyscyplinować na tyle, żeby wystąpić.

10 lat później nagle zmarł jej mąż. Wtedy nie zdołała przyjść do Kabaretu pod Egidą, ale już po miesiącu odstawiła leki uspokajające. Lekiem na rozpacz okazała się praca i wychowanie syna. Dopiero gdy Piotr założył rodzinę, pomyślała, że i ona mogłaby ułożyć sobie życie.

Druga miłość życie zna

Następne uczucie znalazło ją w San Francisco, gdzie pojechała w 1983 r., na zaproszenie Polonii.- Potknęłam się na estradzie o kable i żeby nie upaść, oparłam się o czyjeś kolano - na zawsze to zapamiętała. Kolano należało do dyrektora Międzynarodowego Instytutu do Spraw Emigrantów, Arnolda Seidnera, który siedział w pierwszym rzędzie. - To, co określa się jako miłość od pierwszego wejrzenia, dokonało się, gdy spojrzałam w niebieskie oczy Seidnera - przyznała potem.

Pobrali się, snuli plany. I nagle - krach! Pół roku po ślubie mąż zmarł na zawał serca... - Staram się doceniać każdą chwilę, bo wiem, jak kruche jest szczęście - powiedziała potem aktorka. - Ale człowiek musi wracać do codzienności po wszystkich ciosach.

Całe lata w Ameryce

Postanowiła zostać w Stanach, choć rodzina pytała, czemu nie wraca. - Tam stało się coś szczególnego: zbudowało się na moment własne, nowe życie - tłumaczyła tę decyzję po latach. - Fizycznie człowiek odszedł, ale nie odszedł... duchowo. Na smutek i samotność pomogła intensywna nauka angielskiego, czasem też koncertowała dla Polonii.

Po sześciu latach opuściła San Francisco, gdzie jest grób męża i przeniosła się do Los Angeles. Zamieszkała w domu seniora, wystarała się o zezwolenie na stałą pracę i zaczęła współpracować z teatrem polonijnym. Z czasem dostała obywatelstwo. - Ameryka utwierdziła mnie na sto procent w filozofii mojej matki - twierdzi. - Człowiek musi być zawsze gotowy. Na dobre i na złe. Musi być ubrany i umalowany.

Dopiero pod koniec lat 90. poczuła się gotowa do powrotu do Warszawy. Występuje tu m.in. w Och-Teatrze. Świetną formę zawdzięcza głównie samodyscyplinie. Codziennie praktykuje jogę, od lat nie pije kawy ani herbaty, nie jada mięsa, nie soli, nie używa cukru. Nie ma telewizora, bo kradnie czas, ale słucha radia, więc jest na bieżąco. Wszystkim się interesuje i święcie wierzy, że człowiek nieustannie powinien się rozwijać...

Małgorzata Sienkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje