Reklama

Reklama

Bohdan Łazuka: Do szkoły miał zawsze pod górkę

Jedynak. Rodzice rozeszli się, kiedy miał trzy lata. Mieszkał z mamą blisko szkoły, lecz wagarował na potęgę. Mimo to został jednym z najlepszych polskich aktorów.

Mieliśmy pokój przechodni  w oficynie na lubelskiej ulicy - wspomina artysta, który 31 października 2019 r. skończył 81 lat.

- Dwa numery dalej była szkoła, ale na lekcje jakoś nie było mi po drodze. Dlatego co i raz zmieniałem miejsce nauki. Za to z rozkoszą latałem do Zespołu Pieśni i Tańca Ziemi Lubelskiej. A potem wyjechałem do Gdańska, do szkoły budowlanej. Zrobiłem maturę w klasie wodociągów i kanalizacji.

W reperowaniu kranów  i spłuczek nie był jednak mistrzem, więc i dziś zastrzega z humorem, żeby w tej sprawie do niego nie dzwonić.

Reklama

W wieku 17 lat wyjechał na Śląsk z hufcami pracy

Trafił do kopalni Katowice. Jako niepełnoletni nie mógł pracować na dole, więc posłali go do sortowni.

- Tam miałem pierwszą narzeczoną. Ścigaliśmy się po pociągach, które stały na bocznicy... - opowiada. - Jak się po latach w tej kopalni pojawiłem, dyrektor znalazł w dokumentach moje nazwisko. Wtedy ja, stary wesołek, mówię: "Panie dyrektorze, z tego, co pamiętam, to jednej dniówki nie dostałem".  I proszę sobie wyobrazić, on mi wypłacił te zł 7,80!

Poczucie humoru, przebojowość, świetny kontakt z ludźmi  - te cechy charakteru sprzyjały Łazuce, gdy zaczął myśleć o karierze aktora  i piosenkarza. Zapisał się do szkoły muzycznej. Żałował, że nie było tam możliwości gry na saksofonie, którą uwielbiał. Z konieczności ćwiczył więc na oboju. Kolega, Marian Kociniak, powiedział mu: "Co ty się wygłupiasz z tą rurką? Zgrywus jesteś, chodź do nas, do PWST". - Poszedłem więc do szkoły teatralnej i do dziś w tym tkwię. Polska muzyka nic nie straciła. A w teatrze nie przeszkadzam - mówi z przekorą Łazuka. I dodaje: - Mam taką gębę, że ludzie traktują mnie jak kogoś bliskiego. Jeszcze nie skończyłem studiów, a już miałem audycję w radiu: "Niedzielny kiermasz muzyczny". Autorami były same asy: Przybora, Minkiewicz, Marianowicz. Miałem się zatem od kogo uczyć...

W studenckich czasach mieszkał w akademiku Dziekanka na Krakowskim Przedmieściu. Potem, jako początkujący aktor, wynajmował kwaterę na mieście. Był czas, gdy mieszkałem u Kaliny Jędrusik i Stasia Dygata w ich pokoju z kuchnią na Mokotowie - wspomina. - Spałem na rozkładanym łóżku

Wśród kolegów w tamtych czasach uchodził za króla życia.  Kobiety, wino, śpiew... Dziś mówi o  tym dyplomatycznie: - Było normalnie. Kończyło się pracę i czasami szło na wódkę. Stresy się  topiło. A rano trzeba było wstać na próbę w teatrze. Potem leciałem do telewizji albo na nagranie w radiu. Później spektakl, a po teatrze jeszcze kabaret...


"W portfelu zwykle mu się nie przelewało"

Bo jak wspomina żartobliwie - w Teatrze Współczesnym, u słynnego dyrektora Erwina Axera, była aleja zasłużonych i... zadłużonych.

- Zasłużeni to oczywiście Tadek Łomnicki czy Tadek Fijewski - wyjaśnia aktor.  - A wśród zadłużonych sami komicy: Bardini, Dziewoński, Czechowicz, Michnikowski i... Łazuka. Ale nie to było wtedy ważne. Mówiąc językiem paszportowym, mieliśmy wszyscy wspaniałą wizę na życie: młodość!

W 1963 r. pojechał na festiwal opolski. Miał wtedy  25 lat. Zdobył dwie nagrody i wrócił do stolicy jako piosenkarz znany na całą Polskę.

Od tej pory zapełniał publicznością największe sale.

- Czternaście razy śpiewałem w wypełnionej do ostatniego miejsca Sali Kongresowej - wspomina. - Było też tak, że w ciągu dwóch dni  czterokrotnie zaśpiewałem dla 36 tysięcy osób w Hali Ludowej we Wrocławiu.

Łazuka występował również w "Kabarecie Starszych Panów", gdzie z Barbarą Krafftówną śpiewał słynną piosenkę "Przeklnę Cię". Na dużym ekranie zyskał miano mistrza ról komediowych, m.in. w "Małżeństwie z rozsądku", "Brunecie wieczorową porą" oraz w "Nie lubię poniedziałku".

Miał cztery żony, ale żenił się pięciokrotnie

Jak to możliwe? Po prostu ze swoją czwartą żoną, Renatą, najpierw się rozwiódł, a po pewnym czasie ponownie poprosił ją o rękę.

Teraz wspaniale czuje się  w roli dziadka. - Synek naszej córki Olgi, Andrzejek, stał się moim oczkiem w głowie - podkreśla. - Być z nim to jest takie przyjemne!

Tekst pochodzi z magazynu

Tina

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje