Dorota Chotecka: Bóg nie odmawia małżeństwom

Mama wychowywała ją samotnie. Przelała na nią swoją miłość, ale i lęki. – Sądziłam, że wiodę fajne życie, a ślub nie jest mi do niczego potrzebny. Dopiero, gdy powiedziałam, w obliczu Boga „tak”, zrozumiałam w jakim byłam błędzie.

W grudniu będzie pani obchodzić wraz mężem 15-lecie zawarcia ślubu. Jak będziecie celebrować ten dzień?

Reklama

Dorota Chotecka: - Świętujemy w Rzymie i we Frascati, gdzie się pobraliśmy. Towarzyszył nam będzie kapłan, który dał nam ślub, a potem chrzcił naszą córkę i udzielił jej Pierwszej Komunii. Każdą ważną dla nas rocznicę staramy się w ten sposób obchodzić. Na 10-lecie małżeństwa zrobiliśmy wesele dla 70 osób - jesteśmy szaleni pod tym względem. Hucznie fetujemy jubileusze, bo pierwsza uroczystość była skromna i uczestniczyły w niej tylko nasze rodziny i świadkowie. To był dla nas trudny czas - Radek wciąż dochodził do siebie po wypadku, a do ołtarza poszedł o kulach.

Wcześniej przez lata żyliście w wolnym związku. Co ślub zmienił w waszym życiu?

- Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co daje złożenie przysięgi przed Bogiem, zanim tego nie zrobiłam. Ślub wzięliśmy w najgorszym z możliwych momentów. Wcześniej Radek oświadczał mi się wielokrotnie, ale ja zawsze się wahałam. Zdecydowałam się powiedzieć "tak", kiedy był na wózku, nie wiadomo było, czy wróci do pełni zdrowia, będzie chodzić. To był trudny wybór.

Dlaczego?

- Moją niechęć do instytucji małżeństwa spowodowały chyba lęki. Przez lata mi towarzyszyły, wyniosłam je z domu. Moja mama wychowywała mnie sama, nie znałam biologicznego ojca. To były czasy, kiedy niełatwo żyło się pannie z dzieckiem. Myślę, że jej obawy przeszły na mnie. Gdy już związałam się z Radkiem, uważałam, że wiodę fajne życie, a małżeństwo nie jest mi do niczego potrzebne.

- Dopiero, kiedy stanęłam na ślubnym kobiercu i powiedziałam w obliczu Boga "tak", zrozumiałam, w jakim błędzie żyłam. Towarzyszące mi wówczas uczucia były piękne i nie do opisania. Ojciec Piotr Stasiński, który udzielał nam ślubu, powiedział, że jeżeli będziemy prosić o coś Boga w imię naszej miłości - tej przypieczętowanej podczas sakramentu małżeństwa, to wysłucha naszej prośby. I rzeczywiście czujemy, że Stwórca nam błogosławi.

Oboje jesteście aktorami. A wiadomo, że show-biznesowe związki nie są trwałe.

- Jesteśmy dojrzałym małżeństwem. Ufamy sobie, nie ma w nas zazdrości. Oczywiście, obracamy się w środowisku, gdzie są piękne aktorki i przystojni aktorzy, bierzemy udział w intymnych scenach, a wtedy może pojawić się zazdrość. I nie ma w tym nic złego. Ale ona może być zdrowa lub chora. Jestem na tym etapie, że to uczucie, które się u mnie pojawia, jest budujące. Staram się wtedy, by cała uwaga męża była kierowana na mnie, a nie na koleżanki (śmiech). Jesteśmy siebie z mężem pewni, stanowimy jedność.

Co to znaczy?

- Jedność to połączenie duchowe, coś niewidzialnego i trudnego do opisania słowami, co łączy dwoje ludzi, sprawia, że czujemy pełnię szczęścia i nieszczęścia we dwoje. Mój mąż, wypowiadając się w jakiś ważnych kwestiach dotyczących ducha, czy nas dwojga, mówi też w moim imieniu. Nie ma między nami kwestii spornych dotyczących wartości i religii.

Niezachwianą wiarę wyniosła pani z domu?

- Mama dbała o mój rozwój duchowy, ale nie robiła tego w sposób przesadny. Mieszkałyśmy w Radomiu. Moja szkoła przylegała do kościoła. Niedaleko żyły siostry zakonne. Mama zapisała mnie na obiady, na które do nich uczęszczałam. Bardzo się mną opiekowały, zostawiały dla mnie smakołyki, rozmawiały. Bardzo lubiłam tam chodzić. Zawsze, jak było mi smutno albo ktoś zrobił mi przykrość, to biegłam się pożalić do sióstr. W ten sposób od dziecka, nie zdając sobie tego nawet sprawy, byłam blisko Boga.

W dorosłym życiu ciepła relacja znów połączyła panią z siostrami zakonnymi.

- To prawda. Mieszkamy niedaleko zakonu sióstr klarysek kapucynek i wiele im zawdzięczamy. Długo staraliśmy się z mężem o dziecko i jestem przekonana, że dzięki ich modlitwom pojawiła się na świecie nasza córka. W podzięce i na cześć świętej patronki zgromadzenia nadaliśmy jej imię Klara.

A czy przyjaźń z zakonnicami jest możliwa?

- Mam dwie bliskie przyjaciółki, jedną z nich jest właśnie zakonnica - siostra Grażyna. Jest w zgromadzeniu klarysek kapucynek. To zakon klauzulowy. Grażyna to osoba wykształcona, oczytana, światła. Dzięki niej rozwijam się duchowo. Mogę na nią liczyć, zadzwonić i porozmawiać. Łączy nas bliska zażyłość. Mówimy sobie po imieniu i wspieramy. Przyjaźń z siostrą zakonną nie daje forów u Pana Boga. Gdyby tak było, to co roku grałabym w nowej produkcji filmowej, a tak nie jest (śmiech).

Jak wygląda znajomość z osobą, która nie może wyjść poza mury klasztoru?

- Siostry mogą się spotkać z rodziną, przyjaciółmi w specjalnym pokoju, jest też rozmównica. Choć pozostają po drugiej stronie krat, nie przeszkadza to w kontakcie. Kiedy kilka lat temu dowiedziałam się, że zakonnice z tego zgromadzenia śpią w trumnach, byłam bardzo zaskoczona i zszokowana. Potem siostry wyjaśniły mi, że w trumnie jest materac. Po śmierci mniszki są w tych samych trumnach chowane. Oczywiście, dziś śmieję się z tego, że odebrałam tę wiadomość jako taką sensację.

A jaki jest pani sposób na rozmowę z Bogiem?

- Przegaduję z nim każdą sprawę i jemu powierzam. Do modlitwy nie są niezbędne modlitewniki, wystarczy być, adorować. Czasem są takie dni, w których czuję, że muszę wyrazić Bogu wdzięczność w szczególny sposób. Wtedy mówię w myślach: "Dziękuję ci za to wspaniałe spotkanie!". Innym razem dziękuję np. za to, że byłam w parku i patrzyłam na zabawę psów. To mogą być proste, zwyczajne rzeczy.

Kinga Frelichowska


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje