Duet niespodzianka

Kiedy Seweryn Krajewski był królem bigbitu, Andrzej Piaseczny urywał się z lekcji na próby szkolnego chóru. Potem, gdy na koncerty Piaska przychodziły tłumy, lider Czerwonych Gitar piosenki pisał w domu. W końcu się spotkali i nagrali wspólną płytę Spis rzeczy ulubionych. Po raz pierwszy w "Twoim Stylu" opowiadają o przypadkach, które zaprowadziły ich na scenę, gwiazdorskim życiu i o tym, dlaczego dzisiaj obaj żyją daleko od szosy.

Andrzej Piaseczny: Dasz się namówić na jakiś wspólny koncert? Niewiele, kilka występów. Niech będzie piętnaście.

Reklama

Seweryn Krajewski: Wiesz, Andrzej, uznałem, że mam to już za sobą. Był taki moment w życiu, że popatrzyłem na ludzi po drugiej stronie sceny i poczułem się nieswojo. Pomyślałem, że z takim nastawieniem nie powinienem występować. Że jak nie czuję radości z koncertowania, nie ma sensu tego robić. Wymyślam więc piosenki w domu.

AP: Chyba pora na nowy rozdział? Patrz, ile okoliczności pchało nas do wspólnej płyty. Pamiętasz? Najpierw jakiś dyrektor z TVP wpadł na pomysł "żeby Krajewski skomponował utwór na Eurowizję". Zaproszono kilku artystów, wśród nich mnie, i u ciebie w domu odbyły się eliminacje. W pewnej chwili podszedłeś do mnie i powiedziałeś: "Chodź, poćwiczymy tę piosenkę razem". Zapamiętałem to, bo innym tego nie zaproponowałeś. Dlaczego wybrałeś wtedy mnie?

SK: Podobało mi się, jak śpiewasz. Po prostu. I cieszyłem się, że jakiś czas potem znowu się pojawiłeś u mnie w domu.

AP: Ja bym to nazwał nieustającą ingerencją czynnika wyższego. Szukałem piosenek na nową płytę. Okazało się, że mój producent cię zna. Niewiele mówiąc, wykręcił twój numer, powiedział: "przyjeżdżamy", i tak po raz drugi znalazłem się u ciebie. Pamiętam, jak siedzieliśmy nad ciastkiem i w końcu napomknąłem skrępowany: "Seweryn, może masz jakąś piosenkę, właśnie szukam, może napisałbyś dla mnie coś nowego...". A ty wstałeś, gdzieś wyszedłeś, 20 sekund później wróciłeś z gitarą, małym zeszytem nutowym, jakich używają dzieci, gdy uczą się pisania nut, i po prostu zacząłeś grać. A potem powiedziałeś tylko: "Wybieraj sobie".

SK: Pamiętam. Jedną chyba sobie wziąłeś?

AP: Tak. A jakiś czas potem kolejną. I w końcu padł ten pomysł: dlaczego by nie nagrać wspólnej płyty? Wiesz, co mi się bardzo podobało, kiedy się spotykaliśmy? Pisali dla ciebie najwięksi tekściarze tego kraju. Ale w żaden sposób, nigdy nie dałeś mi odczuć, że nie jestem Agnieszką Osiecką.

SK: Twoje teksty przypadły mi do gustu. Wyglądasz jak młodziak, ale nawet o przemijaniu potrafisz napisać prawdziwie. Ludzie myślą dziś, że to coś strasznego. A ty im przypominasz, że upływ czasu jest w porządku. Że czasem nawet miło trochę powspominać... Niby proste, ale gdzieś to zgubiliśmy.

AP: Pamiętasz jeszcze coś z Sopotu? Tam zaczynałeś...

SK: Sopot... Stare dzieje. Stolica polskiego bigbitu! Mieszkałem tam z rodzicami od dzieciństwa. Marynarze, płyty sprowadzane z całego świata. Na Wybrzeżu polowało się wtedy na najnowszą muzykę, plakaty. Rzeczy nie do dostania gdzie indziej w Polsce. Ja akurat nigdy nie zbierałem plakatów czy autografów, ale dobrą muzyką interesowałem się, od kiedy pamiętam. Tym żyliśmy: wymienialiśmy się, polowaliśmy na nowości. Jak się zdobyło coś specjalnego, w domu było święto! Tylko że płyty były strasznie drogie. W obiegu krążyły raczej taśmy szpulowe, ale z kolei nie miałem magnetofonu. Załatwiłem więc sobie nieprawdopodobny wynalazek. Taką dziwną przystawkę. Co to była za konstrukcja! Do dziś zachodzę w głowę, jak to w ogóle działało? Ale kładło się ten dziwny mechanizm na zwykły adapter i można było w ten sposób słuchać muzyki z taśm szpulowych.

Dowiedz się więcej na temat: piosenki | pomysł | koncert | Daleko od szosy | koncerty | rzeczy | matka | niespodzianka | krajewski | Seweryn

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje