Dzieciństwo Franka Kimono

Frapująca opowieść, niezwykły bohater – jako pierwsi sięgnęliśmy do biografii wielkiego aktora, która wkrótce ukaże się w księgarniach. Poznaliśmy kilka sekretów...

Rodzice nie opowiadali mu o swoich wojennych przeżyciach. O tym, że jego ojciec trafił z łapanki na Pawiak (niemieckie więzienie polityczne), a potem był w trzech obozach, Piotr dowiedział się ze strzępków rozmów.

Reklama

Jednak na co dzień widział "pamiątkę" po torturach, jakim poddano tatę. Władysław Fronczewski miał za uchem głęboką bruzdę - pozostałość po trepanacji czaszki, której musiał się poddać, bo na skutek licznych pobić w areszcie zachorował na ropne zapalenie mózgu. Żonę i mamę Piotra, Bognę, poznał najprawdopodobniej w Łodzi, do której obydwoje uciekli po upadku powstania warszawskiego. Tam też na świat przyszedł Piotr. Pięć lat później rodzina wróciła do zrujnowanej stolicy.

 - Zamieszkaliśmy w kamienicy na Wilczej. Z okna widać było gruzy. Morze gruzów - wspomina aktor w książce "Ja, Fronczewski".  - Ganialiśmy się z chłopakami po lejach po bombach i odsłoniętych piwnicach zburzonych domów. (...) A na naszych oczach dzień po dniu wyrastało fascynujące swym ogromem gmaszysko Pałacu Kultury i Nauki

Gdy coś przeskrobał, w jego obronie zawsze stawała mama. - Była całym moim światem. Byłem w nią wpatrzony jak w obrazek. Ojciec był bardziej surowy. Zdarzyło się, że oberwałem od niego lanie pasem w goły tyłek.

Odkąd pamięta, walczył z nieśmiałością. Chyba skutecznie, bo karierę aktorską rozpoczął w wieku ośmiu lat.  - W teatrze Syrena, gdzie mój ojciec pracował w administracji, odbywały się noworoczne spotkania przy choince. Żeby dostać prezent, trzeba było powiedzieć wierszyk, albo coś zatańczyć -  opowiada Fronczewski. Na jedno z takich spotkań trafiła redaktorka dziecięcego programu i zaprosiła chłopca do współpracy. Zaczął występować w telewizyjnym show, wkrótce też w spektaklach. Jako 12-latek zagrał w filmie "Wolne miasto", jednak kilka lat później musiał zrobić sobie przerwę.

- W drugiej klasie liceum miałem sześć luf na półrocze, więc rodzice uznali, że wystarczy już tych wygłupów - tłumaczy.

W szkole bardziej od nauki zajmowały go motocykle.  - Gdy dostałem pierwszego w życiu simsona, uznałem, że pana Boga to ja nie tylko za stopy złapałem, ale chyba nawet za kolana - żartuje. Możliwości pojazdu sprawdzał na Polu Mokotowskim.  - Tam były wertepy, górki, doły, pagórki, ścieżki. Oczywiście zdejmowaliśmy z kolegą tłumiki, w związku z tym silnik bardziej hałasował. Im głośniej, tym większa była radość w sercu - relacjonuje. Jako zapalony motocyklista co i rusz zmieniał maszyny i namiętnie jeździł na obozy motocyklowe. Miłość do motoryzacji została mu zresztą do dzisiaj.

Choć debiut zaliczył już jako dziecko, wcale nie marzył, by zostać aktorem.  - Byłem matołem z nauk ścisłych, z biologii byłem za słaby. Na wydział aktorski poszedłem więc po trosze z tchórzostwa, a po trosze z lenistwa - zdradza. Jego rocznik na PWST uznawany jest za jeden z najlepszych w historii. Piotr studiował m.in. z Danielem Olbrychskim, Maciejem Englertem i Jerzym Zelnikiem. Razem z nimi po zajęciach przesiadywał w warszawskiej restauracji U Fukiera. Często też organizowali domówki.

Po szkole, którą ukończył z wyróżnieniem, dostał angaż w Teatrze Narodowym, którym kierował wówczas legendarny Kazimierz Dejmek. To tam poznał swego idola Gustawa Holoubka.  - Był moim mistrzem. To zaszczyt, że mogłem go uważać za przyjaciela - mówi dziś.

Po śmierci ojca przez jakiś czas Piotr mieszkał z ukochaną mamą. W końcu postanowili jednak zamienić duże rodzinne mieszkanie na dwa mniejsze. Podczas przeprowadzki poznał żonę Ewę. Ich małżeństwo trwa już ponad 40 lat. Mają dwie dorosłe córki. Choć Piotr nie boi się przyznać, że w związku bywało różnie, a on sam po siedmiu latach małżeństwa dopuścił się zdrady. Dziś tamte wydarzenia kwituje słowami: - Mając trzydzieści kilka lat, okazałem się gówniarzem. Związek przetrwał jednak tę ciężką próbę.

Dziś małżonkowie mieszkają razem ze 103-letnią mamą Piotra.  - Opiekując się nią, spłacam dług za jej dobroć, poświęcenie, za te wszystkie lata, gdy była dla mnie, a potem dla nas oparciem. Znam ją od 69 lat i 9 miesięcy i przez cały ten czas nigdy jej nie okłamałem -  mówi wzruszony.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje