Julianne Moore: To, co dobre, spotkało mnie po czterdziestce

Dzieci, ślub, ważne role, prestiżowe kontrakty reklamowe i Oscar... Tak wygląda wiek średni Julianne Moore.

Słyszałam, że Oscar odmładza co najmniej o 5 lat. Jeśli to prawda, to bardzo dobrze, bo mam młodszego męża - powiedziała kilka tygodni temu, odbierając pierwszego w życiu Oscara za rolę w filmie "Motyl Still Alice". W Hollywood, w którym wiek jest tematem wyjątkowo drażliwym, takie wyznanie nie zdarza się często. Ale w przypadku Julianne to nie dziwi. Jeszcze przed 40. zastanawiała się, dlaczego koleżanki- aktorki jak ognia unikają określenia wiek średni. Inna rzecz, że jej samej magiczna czterdziestka przyniosła wszystko, co w jej życiu najlepsze.

Zawsze w roli drugoplanowej

Reklama

Dzieciństwo wspomina niechętnie. Ojciec - zawodowy wojskowy - ciągle zmieniał przydział, rodzina przeprowadzała się więc z miejsca na miejsce i Julianne nigdzie nie zdołała zapuścić korzeni. "Rozmawiałam niedawno o tym ze swoją córką i opowiadałam, jak nie udało mi się zostać cheerleaderką ani członkiem szkolnej orkiestry. Ponieważ często się przeprowadzaliśmy, chodziłam do różnych szkół i ciągle czułam się outsiderką. Zawsze byłam tą nową dziewczyną, która nie miała zbyt wielu koleżanek, która nie odzywała się zbyt często" - opowiadała w wywiadzie dla "Elle".

Była nieśmiała i marzenie o aktorstwie nigdy nawet nie wpadło jej do głowy. Do czasu gdy nauczycielka z amerykańskiego liceum w Niemczech uznała, że Julia Anne Smith (to jej prawdziwe nazwisko) jest urodzoną aktorką. Julia dała się przekonać. Długo wyglądało jednak na to, że to tylko pobożne życzenia. Po powrocie do Ameryki grywała epizody w operach mydlanych, od czasu do czasu trafiała jej się jakaś rólka w filmie telewizyjnym, a na dużym ekranie debiutowała rolą... wskrzeszonej mumii w horrorze "Opowieści z ciemnej strony". Nie mogła jednak utrzymać się z aktorstwa, często dorabiała więc jako kelnerka. Po paru latach zaczęto doceniać jej talent, ale... ciągle nie trafiała do hollywoodzkiej ekstraklasy. Owszem, grywała w dobrych filmach, dostawała nawet nominacje do ważnych nagród, ale zawsze jako aktorka drugoplanowa. Rzadko zwyciężała.

Dwa lata temu, kiedy dostała wreszcie Złoty Glob (po siedmiu nominacjach) powiedziała: "Moje dzieci odczują wielką ulgę! Przeżyły już kilka nominacji, po których nie dostałam nagrody. Dzieciakom generalnie bardzo zależy na wygranej. Zawsze pytają, czy zwyciężyłam. Kiedy poprzednim razem nie zdobyłam Złotego Globu, moja córka zrobiła mi statuetkę na zajęciach plastycznych. Zrobiła też dla mnie nagrodę BAFTA, bo w zeszłym roku jej także nie wygrałam" - opowiadała.

Dziś stać ją na takie poczucie humoru, bo od 13 lat nie może narzekać. Przełomowy okazał się film "Godziny". Mimo gwiazd w obsadzie (Meryl Streep i Nicole Kidman) Julianne nie pozostała w ich cieniu. Nominowana do prawie wszystkich ważnych nagród, zdobyła tylko Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie, ale od tej pory stała się prawdziwą gwiazdą. Miała wtedy 42 lata.

Czas jest moim przyjacielem

Ona sama do swojej kariery podchodzi bardzo trzeźwo. "Robienie filmów to praca. Wspaniała praca, ale nie można mylić jej z życiem, bo to nie jest rzeczywistość. Życie to wszystko to, co się dzieje, kiedy wracasz do domu" - tłumaczy i na pierwszym miejscu ważnych spraw w swoim życiu wymienia dzieci.

Caleba urodziła niewiele przed 40-tką, Liv 5 lat później. Twierdzi zresztą, że to dzieci ją odmłodziły. Coś w tym musi być, bo to, jak wygląda doceniają nawet fachowcy od reklamy. Mając 48 lat na okładce "Voque’a" pozowała w mokrym podkoszulku i erotycznej pozie. Jako 50-latka niemal naga reklamowała luksusową biżuterię Bulgari i jako grecka bogini Hera wystąpiła w kalendarzu Pirelli. Dwa lata później została twarzą koncernu kosmetycznego L'Oréal.

Julianne wydaje się zupełnie nie przejmować upływem czasu. W świecie, w którym osobisty chirurg plastyczny jest tak powszechny jak osobisty kierowca czy dietetyk, ona deklaruje, że nie zamierza stosować nawet botoksu. I twierdzi, że operacje plastyczne przynoszą efekt dokładnie odwrotny niż zamierzony. "Ludzie wcale nie wyglądają dzięki nim lepiej. Wyglądają jakby po prostu zrobili coś ze swoją twarzą" - mówiła kilka lat temu w wywiadzie dla magazynu "Allure". To nie znaczy, że nie dba o urodę - od wielu lat unika słońca i nawet zimą używa kremów z wysokim filtrem, stara się wysypiać, zdrowo odżywiać. Dużo pije i dba, żeby jej cera była zawsze dobrze nawilżona. To wszystko.

Zmarszczki? Kurze łapki przy oczach? - Julianne zapytana o to tylko wzrusza ramionami. "Chciałabym przede wszystkim wyglądać jak ja " - mówi i dodaje, że odnosi mnóstwo korzyści z bycia coraz starszą. "Z wiekiem obniża się poprzeczka - śmieje się. - Ludzie coraz częściej podchodzą i mówią: O Boże, jak ty świetnie wyglądasz. Nie słyszałam tego, gdy miałam 20 lat" - mówi.

Joanna Kadej-Krzyczkowska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje