Reklama

Reklama

Kacper Kuszewski: Potrafię też zaszaleć!

Nie ulega modzie na głośne odejścia z seriali, choć na brak propozycji nie narzeka. Nam aktor tłumaczy, skąd taka decyzja i zarzeka się, że nie jest takim nudziarzem jak Marek Mostowiak!

Magdalena Makuch: Nowy rok - czas na zmiany. Może po 15 latach zrezygnuje pan z "M jak miłość"?

Reklama

Kacper Kuszewski: - Nie spieszy mi się. Paradoksalnie "M jak miłość" dało mi dużo wolności. Nie muszę się martwić o pracę, a czas, którego nie spędzam na planie, mogę wykorzystać na realizację innych artystycznych pomysłów. Na przykład dzięki temu mogę od 6 lat współpracować z Teatrem Pieśń Kozła we Wrocławiu i odnosić z nim międzynarodowe sukcesy. W moim zawodzie rzadkim luksusem jest pewnego rodzaju stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa, świadomość, że nie trzeba siedzieć przy telefonie i czekać na propozycje. Ja ten luksus mam i postanowiłem nie narzekać. A siedzenie na etacie w teatrze, na łasce dyrektora, też nie bardzo mi odpowiada, bo lubię mieć wpływ na to, co robię.

Mówi pan o wolności, ale jednocześnie serial spowodował, że został pan zaszufladkowany.

- Oczywiście mam świadomość, że Marek Mostowiak jest bardzo mocno do mnie przyklejony. Na szczęście robię dużo innych rzeczy: w teatrze czy dubbingu. Może nie są one aż tak spektakularne, ale dają mi satysfakcję. Niewielu aktorów ma szczęście grać różnorodne role i przebierać w propozycjach, często musimy brać, co nam dają. Większość z nas jest zaszufladkowana, uzależniona od decyzji producentów, reżyserów i dyrektorów teatrów, którzy postanawiają, że dany aktor będzie grał amanta albo wesołego grubaska. Potem człowiek dostaje wyłącznie takie propozycje. To jest przekleństwo. Czasem mam wrażenie, jakby producenci nie wiedzieli, że aktorstwo polega na tym, by się zmieniać, stawać kimś innym.

Nie pojawia się jednak czasami uczucie znużenia? Tyle lat w jednej produkcji...

- Takie uczucie czasami ma każdy. Nawet jeśli ktoś wykonuje najfajniejszą pracę, bywa, że budzi się rano i myśli: "Już tyle lat to robię, że może czas na zmiany". Niestety, teraz o ciekawe role walczy się głównie poprzez kreowanie swojego wizerunku w mediach. Aby pojawiły się propozycje, trzeba być widocznym, robić sobie sesje zdjęciowe, chodzić na imprezy, mówić o swoim życiu prywatnym, a to mnie nigdy nie interesowało. Popularność, jaka spadła na mnie przy okazji serialu, była zaskoczeniem i dosyć dużym ciężarem. Do tej pory nie mogę się do tego w pełni przyzwyczaić. Dlatego pomimo znużenia, które czasami się pojawia, mam poczucie, że dzięki serialowi nie muszę się lansować i szukać propozycji, a w wolnym czasie mogę robić swoje. Poza tym przez te 15 lat w serialu pojawiło się tyle postaci, tyle wątków! Wciąż się coś zmienia.

W serialach często występują osoby, które nie ukończyły szkoły aktorskiej. Wiele osób uważa, że nie powinny grać, że brak wykształcenia je dyskwalifikuje.

- W tym zawodzie umiejętności weryfikuje się w pracy. Gdy ktoś staje przed kamerą widać, czy potrafi grać czy nie i nieważne, czy ma na to papier. W "M jak miłość" sytuacja była specyficzna. Kilka osób zaczęło tam grać jako dzieciaki, bo akurat była taka potrzeba. Wtedy nikt nie podejrzewał, że serial będzie tak długo trwał. Dzieci zdobyły sympatię i popularność, a potem dorosły i nagle zaczęto im wytykać, że nie mają dyplomu szkoły aktorskiej. Ubolewam jedynie, że do dziś maluchy grające u nas nie mają zapewnionej pomocy profesjonalisty, który by je przygotował. Skąd mają wiedzieć, jak zagrać? Czasami pisze się dla nich naprawdę trudne sceny i wtedy my, aktorzy i reżyser, pomagamy. Widz ogląda już efekt końcowy, który jest świetny, ale nikt nie wie, jakie to było trudne.

Czy w show-biznesie jest możliwa prawdziwa przyjaźń? Pan już tyle lat gra w serialu z tymi samymi osobami...

- Myślę, że taka przyjaźń jest możliwa, ale teraz to wygląda inaczej niż kiedyś, chociażby za czasów, gdy moi rodzice byli aktorami. Dzisiaj artyści są bardzo zajęci, po skończonej pracy biegną do kolejnej albo jadą po prostu do domu, żeby się zrelaksować. Na naszym planie panuje superatmosfera, bardzo się lubimy. Jest czas, żeby się nagadać, ale przyznam, że prywatnie przez te 15 lat z nikim nie nawiązałem wielkiej przyjaźni. Czasami spotykamy się poza pracą tylko z Teresą Lipowską. Ludziom się wydaje, że skoro od 15 lat gramy rodzinę, to prywatnie też jesteśmy rodziną. Ale mój krąg przyjaciół to są ludzie spoza branży.

Nie chodzi pan na imprezy i trzyma się daleko od show-biznesu. Dlaczego?

- Mnie to po prostu nie interesuje. Błyszczenie na czerwonym dywanie i robienie sobie zdjęć na ściance mnie trochę krępuje, śmieszy. Według mnie nie na tym polega bycie aktorem. Zresztą te imprezy, na których bywa tyle gwiazd, są po prostu nudne, jest to targowisko próżności. Na głębsze przeżycie czy fajną rozmowę nie ma co liczyć. Dodatkowo to wszystko jest kreowane na miarę Hollywood, gdzie gwiazdy zarabiają miliony dolarów, więc gdy pojawią się na czerwonym dywanie w sukni Versace, to jeszcze to jakoś fajnie wygląda. A u nas trzeba strasznie kombinować - nie wiem jak to robią aktorki, że chodzą na kilka imprez w ciągu miesiąca i za każdym razem mają inne kreacje i buty. Wolę pożyć prawdziwym życiem, pójść do kina czy na spacer. Zostałem aktorem, bo interesowało mnie granie, a nie bycie gwiazdą.

Można powiedzieć, że urodził się pan aktorem. Pana rodzice byli aktorami, wychowywał się pan za kulisami teatru.

- Trochę tak było, chociaż moja siostra nie poszła w tę stronę - została muzykiem. Natomiast mnie do teatru ciągnęło zawsze, to był mój świat. Bardzo szybko zrozumiałem, co chcę robić w życiu.

A jaki jest Kacper po godzinach pracy?

- Jestem człowiekiem spokojnym, wracam do domu, słucham muzyki klasycznej, czytam książki. Dużo podróżuję, ale nie lubię zatłoczonych kurortów, wybieram miejsca bardziej ustronne.

Kiedyś powiedział pan, że najlepszą formą relaksu jest sprzątanie. W przypadku mężczyzny to zaskakujące wyznanie.

- Dlaczego? Niektórzy faceci potrafią przez pół dnia pucować swój samochód! Ja ten etap mam już za sobą, ale robienie porządków jest świetną formą relaksu. To prosta czynność, która nie wymaga zaangażowania umysłowego. Podczas niego można słuchać muzyki i nagle po trzech godzinach zdać sobie sprawę, że rzeczywistość wokół się zmieniła i świat pojaśniał (śmiech).

Czy żałuje pan czegoś?

- Jestem ogromnym szczęściarzem, tyle marzeń mi się spełniło, tyle fajnych rzeczy mnie spotkało. Nie mam czego żałować. Poza tym życie płynie do przodu, a nie do tyłu. Skupiam się więc na tym, co nowego wydarzy się w tym roku.

Szykuje pan jakieś niespodzianki?

- Stworzyłem swój własny spektakl muzyczny złożony z piosenek napisanych specjalnie dla mnie. Jest utrzymany w stylistyce retro. Inspiracją był stary album, w którym znalazłem przedwojenne zdjęcia jakichś moich krewnych, których nie znałem, nie wiedziałem, kim byli i czym się zajmowali. Napisaliśmy im więc nowe życiorysy w formie dowcipnych piosenek. Spektakl nazywa się "Album rodzinny" i mam nadzieję, że na wiosnę pokażę go szerszej publiczności. Uchylę też rąbka tajemnicy, że z Kasią Zielińską planujemy kolejny spektakl muzyczny, ale na razie nie mogę nic więcej powiedzieć.

Gracie też razem w spektaklu "Berlin, czwarta rano". Na razie jest zawieszony ze względu na ciążę Kasi. Wrócicie na deski teatru Roma?

- Oczywiście, Kasia to kobieta tytan (śmiech). Ma plan, że urodzi dziecko w styczniu, a w marcu wróci na scenę. W teatrze zarezerwowane są terminy na nasz spektakl aż do wakacji, więc gdy tylko Kasia stanie na nogi, wracamy do pracy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje