Katarzyna Sobczyk: Pogodziła się porzuconym synem

Była jedną z największych gwiazd polskiej muzyki bigbitowej. Po latach emigracji w USA, ciężko chora, powróciła do kraju, aby się leczyć i nawiązać kontakt ze swym jedynakiem, którego kiedyś zostawiła.

Naprawdę nazywała się Kazimiera Sobczyk, uznała jednak, że jej prawdziwe imię nie bardzo nadaje się do kariery estradowej. Natomiast Katarzyna, a jeszcze lepiej: Kasia, brzmiała znacznie lepiej.

Reklama

Już w szkole podstawowej postanowiła, że zostanie piosenkarką. Plany te przybrały realne kształty, gdy w Koszalinie, gdzie mieszkała z rodzicami, koncertował zespół Czerwono-Czarni. Muzycy szukali następczyni Heleny Majdaniec. Zaproponowali 16-letniej Kasi dwutygodniową trasę koncertową, po czym namówili ją do udziału w Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie. Dziewczyna weszła do "Złotej Dziesiątki" i otrzymała propozycję stałej współpracy z Czerwono- Czarnymi. Przyjęła ją, co odbiło się na jej edukacji.

Wprawdzie zdała eksternistycznie maturę, ale studiów nie podjęła. Życie estradowe wciągnęło ja bez reszty. Tym bardziej, że do Czerwono-Czarnych dołączył wokalista i kompozytor Henryk Fabian. Kasia z wzajemnością się w nim zakochała. Jej kariera nabierała rozpędu, wylansowała kilka przebojów ("O mnie się nie martw", "Nie wiem, czy warto", "Nie bądź taki szybki Bill", "Trzynastego", "Mały książę").

Katarzyna odbyła z zespołem pierwsze tournée po klubach polonijnych w USA, jednak niebawem, po zawarciu małżeństwa z Fabianem, oboje odeszli z Czerwono-Czarnych. Występowali z grupą Wiatraki, a w duecie nagrali przebój "Zakochani są sami na świecie".

Oboje byli tak pochłonięci karierą, że swojego syna oddali na wychowanie przyjaciołom. Jedynakiem Sergiuszem zajęli się Danuta i Franciszek Sitkowie. Dziecko miało wtedy pół roku. Wraz z upływem lat w jej małżeństwie zaczęło dziać się źle. "Martwiłam się o mój związek - wspominała piosenkarka - nie myślałam o nagraniach, lecz o tym, aby utrzymać małżeństwo. Niestety, rozsypało się podczas naszego pobytu w USA na początku lat 80. Ameryka źle wpłynęła na mojego Henryka. (...) On jednak chodził swoimi ścieżkami. Zmienił się. Taki syndrom wolności samca".

W 1992 r. Katarzyna wyjechała na stałe do USA i od tego czasu jej kontakty z synem niemal ustały. Chciała go ściągnąć do siebie, ale on odmówił. Kariery za oceanem nie zrobiła, nie zarobiła również zbyt wiele pieniędzy. Przez kilka lat była jednak ciągle w trasie koncertowej, co z czasem fatalnie odbiło się na jej zdrowiu.

W Stanach Zjednoczonych u piosenkarki zdiagnozowano nowotwór piersi. Operacja się powiodła, ale to nie zakończyło problemów zdrowotnych. Pojawiły się przerzuty do węzłów chłonnych, a polip na strunach głosowych utrudniał śpiewanie. Przez dwa lata pracowała za oceanem jako pokojówka, potem jednak postanowiła wracać do kraju. Chciała leczyć się u polskich lekarzy, miała też nadzieję na nawiązanie kontaktu z Sergiuszem, który został muzykiem rockowym. Pomogła w tym jego narzeczona, Joanna.

Po przylocie Sobczyk zatrzymała się w mieszkaniu piosenkarki Elżbiety Igras. Joanna wykonała za zgodą Sergiusza pierwszy ruch i tam zadzwoniła. "Kupiłem mamie wielki bukiet kwiatów" - wspominał Sergiusz. - W końcu mogliśmy się zobaczyć i usłyszeć, spojrzeć sobie w oczy. Płakaliśmy oboje. Miałem rodzinę Sitków, poczciwych, prawych ludzi, ale lubiłem przebywać u taty, byłem ulepiony z innej gliny, kochałem muzykę. I nagle pojawiła się mama".

Katarzyna Sobczyk i syn wystąpili wspólnie na dwóch koncertach (dochód był przeznaczony na leczenie piosenkarki). Jej stan zdrowia pogarszał się, trafiła do hospicjum. Odeszła 28 lipca 2010 r. Trzy lata później zmarł po krótkiej chorobie Sergiusz. Śmierć dopadła go w niecały miesiąc po własnym ślubie.

Po Kasi Sobczyk pozostały niezapomniane piosenki. Jedna z nich: "O mnie się nie martw" dała tytuł popularnemu serialowi. Będziemy ją zawsze nucić...

Sławomir Koper

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje