​Kradnę czas na podróże

Znakomita aktorka zdradza nam, co naprawdę jest istotne w jej życiu. Z otwartością opowiada też o swoim dzieciństwie i marzeniach.

Jak przystało na zodiakalnego Skorpiona, żyje z pasją. Występuje w pięciu stołecznych teatrach, działa charytatywnie, pisze książki. Niedawno ukazała już trzecia, pt. "Taka jestem i już!". Artystka opowiada w niej o sobie i ukochanej rodzinie, publikuje też wiele familijnych zdjęć.

Reklama

Edyta Kolasińska-Bazan: Wyznała Pani, że narodziny synka Jasia były jedną z najcudowniejszych chwil w Pani życiu. W ubiegłym roku Jan został ojcem...

Magdalena Zawadzka: - A ja dołączyłam do klubu zakochanych w swoich wnukach babć. Potwierdziło się, że przyjście dziecka na świat zmienia życie całej rodziny na lepsze i jest niezaprzeczalnie wielkim szczęściem. Nie ma nic piękniejszego!

"To szczęście mieć szczęśliwe dzieciństwo", pisze Pani w rozdziale poświęconym swoim rodzicom.

- Moje było szczęśliwe. Miałam obydwoje rodziców i ich miłość. Nie pamiętam też, żebym kiedykolwiek się nudziła. Chodziłam na zajęcia kółka akrobatycznego i baletowego. Na trzepaku albo w domu na puszystym dywanie "utrwalałam" wszystkie fikołki i szpagaty. Bawiłam się również na podwórku, które było szkołą życia, bo uczyło stosunków międzyludzkich. Bawiliśmy się tam w chowanego, berka, jeździliśmy na rowerach. W dalszym ciągu ruch jest dla mnie ważny, wciąż go szukam. Kiedy tylko mogę, wsiadam na rower. Lubię też pływać i chodzić. Chodzenie uważam za najbardziej naturalny rodzaj rekreacji. Dlatego często zostawiam swój samochód i idę.

Jeździ Pani zatem komunikacją miejską?

- Tak. Celowo, bo nie chcę oderwać się od życia. Przecież w swoim aucie nie spotkałabym ludzi, których napotykam, spacerując. Ominęłyby mnie pozdrowienia, uśmiechy, rozmowy. To jest ważne. Oczywiście, cenię prywatność, ale ani ja, ani mój mąż Gustaw, nigdy nie żyliśmy pod kloszem.

Intensywnie Pani pracuje, dba o bliskich, trzeba jednak mieć czas dla siebie...

- To niezwykle istotne! Ważne są spotkania z ludźmi, wyjście do kina, filharmonii, opery, czy sprawianie sobie małych przyjemności - choćby zakup drobiazgu. Funkcjonując w całym tym tyglu, jakim jest życie, kradnę dla siebie czas na podróże, które są dla mnie czymś niepowtarzalnym.

Są narkotykiem, któremu nie może się Pani oprzeć?

- Tak. Gdziekolwiek jadę, chcę się nacieszyć podróżą, ale i czegoś nauczyć. Staram się zobaczyć jak najwięcej, jakbym tam miała nigdy nie wrócić.

Czy jest miejsce, w którym Pani jeszcze nie była?

- Marzę o Argentynie i całej Ameryce Południowej. Rzeczywiście zjeździłam już pół świata - niedawno byłam m.in. na Wyspach Kanaryjskich - ale w książce opisałam jedynie ostatnie wyprawy i to tylko te szczególne. Z przykrością musiałam dokonać selekcji.

Jest więc nadzieja na kolejną książkę, o podróżach?

- Może? (uśmiech). Pomysł na wcześniej wydane wspomnienia "Gustaw i ja", spłynął na mnie nagle. Nie mogłam sobie poradzić ze śmiercią męża i wtedy pojawiła się myśl, że napiszę o naszym życiu. Nie lubię planować, zwłaszcza na odległą przyszłość, ponieważ plany często biorą w łeb.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje