Reklama

Reklama

Lewe nuty są świetne

Ma głos czarnoskórej wokalistki, słowiański sentymentalizm i duży talent. A jednak dopiero tuż przed trzydziestką nagrała pierwszą płytę Closer. Mika Urbaniak, córka Urszuli Dudziak i Michała Urbaniaka, opowiada o czasie przed śpiewaniem, gdy roznosiła tortillę i podrywała chłopaków na Martynice.

Twój STYL: Gratulacje! Wydajesz swoją pierwszą płytę!

Mika Urbaniak: Rodzice obiecali mi z tej okazji tort z napisem z lukru: "Nareszcie!".

Dlaczego tak długo kazałaś na nią czekać?

Odpowiadało mi chowanie się za plecami wykonawców. Śpiewałam m.in. na płytach Kayah, Smolika, Grzegorza Markowskiego, Natalii Kukulskiej. Ale w końcu moja własna muzyka zagrała tak mocno, że musiałam ją nagrać. Mam już 29 lat.

Na muzykę byłaś chyba skazana. Jak Urszula Dudziak i Michał Urbaniak uczyli swoją córkę śpiewać?

Reklama

Ojciec uważał, że lekcje nie mają sensu. Nie lubi wyszlifowanych, wyuczonych brzmień. Twierdzi, że są nieautentyczne. Więcej prawdy i piękna kryje się w surowym głosie. Nawet wtedy, gdy pojawia się w nim fałsz. "Mika! Lewe nuty są świetne!", często mi to powtarzał. Mówił też, żebym nie bała się sceny. Przyjeżdżałam na jego koncert do Bottom Line Club w Nowym Jorku, a on wyławiał mnie z publiczności i zapraszał do jakiejś piosenki. Trochę się wstydziłam, ale pokonywałam opory i natychmiast łapałam rytm. Jeździłam też z mamą w trasy po świecie. Grałam Bacha na pianinie, a ona śpiewała unisono. Pokazała mi styl życia w podróży, bardzo mi się spodobał.

Wracając do przeszłości, do muzyki z Twojego nowojorskiego dzieciństwa...

Mama nawet w kuchni śpiewała. Sypiąc chili do kurczaka, nuciła: "chili... chili... chili". Ojciec po rozwodzie mieszkał kilka ulic dalej. Z moją starszą siostrą Kasią odwiedzałyśmy go w weekendy. Puszczał nam Johna Coltrane´a, Charlesa Mingusa. Filozofował na temat muzyki, opowiadał anegdoty o jazzmanach, z którymi pracował. Wiedział, jak mnie zainteresować. Koleżanki słuchały szlagierów, ja odkryłam Raya Charlesa. Miałam dziesięć lat. Z jego płytą pobiegłam do ojca: "Tato! Słyszałeś?! Jest fantastyczny!". Jak się ojciec wtedy wzruszył! Ray Charles był jego ulubionym wykonawcą. Przybiliśmy piątkę.

Czy rozwód rodziców zmienił Twoje życie?

Miałam sześć lat, gdy ojciec wyprowadził się z domu. Niewiele z tego pamiętam. Mimo zmian w życiu osobistym starał się być koło nas. I nawet polubiłyśmy jego nową żonę, piękną aktorkę.

W jednym z wywiadów Twoja mama zdradziła, że pogorszyła się wtedy sytuacja finansowa. Nie umiała bez męża realizować się jako artystka. To on organizował koncerty, zespoły, nagrania...

Tak, przez jakiś czas były kłopoty. W naszym ładnym mieszkaniu na Manhattanie na 6 Avenue przy 58 West zaczęło brakować pieniędzy. Miałam zacząć naukę gry na pianinie. Trzeba to było odłożyć. Nie było kasy na opłacenie moich lekcji. Jeszcze pamiętam tę nieszczęsną spódniczkę. Zaczęłam naukę w katolickiej podstawówce. Robi się gorąco, upał, a ja nie mam lekkiej spódnicy do szkolnego mundurka. Kupić? Lepiej zaoszczędzić. Pożyczyłam spódnicę od koleżanki. Niestety, za krótka, "nieregulaminowa". Za karę zostałam po lekcjach. Musiałam siedzieć sama w pustej klasie i gapić się na zegar. Pamiętam to do dziś.

Blizny z dzieciństwa są bolesne. Masz takie?

Chyba każdy z nas ma blizny, ale trudno się zorientować, jaki wpływ mają na nasze życie. Mnie nie zawsze wychodziło z facetami. Czy to pech? Czy przyciągałam do siebie niewłaściwych mężczyzn? Czy za szybko panikowałam, że związek się skończy? Nie wiem. Mogłam też pomyśleć, że to dlatego, że ojciec zmienił żonę na inną kobietę, więc podświadomie bałam się, że podzielę los mamy. Ona, gdy nasz tata zniknął z domu, cały dzień spędzała w szlafroku, zapłakana. "To alergia...", uspokajała mnie i Kasię. Jerzy Kosiński. Kolejna jej miłość, kolejny ból, szok. Gdy popełnił samobójstwo, mama bała się nocy. Spałyśmy w jednym łóżku. Miałam powody, by nie wierzyć w miłość. Na szczęście to już za mną.

Lubiłaś Kosińskiego?

Byłam zazdrosna o mamę. Oboje lubili towarzystwo, umawiał się w klubach, restauracjach. Mama często wychodziła z domu. Przed pójściem do łóżka pisałam do niej listy i zostawiałam na stole: "Mamuśku, tęsknię za tobą...".

Masz żal do ojca?

Jestem z nim bardzo związana. Kocham go. Kiedyś popełnił błąd. Zakochany, zajęty atrakcyjną kobietą, na chwilę zapomniał o nas. Mój Boże! Wszyscy popełniamy błędy. Ważniejsze jest to, czy umiemy, chcemy je naprawić. Ojciec do nas wrócił. Nie dosłownie, ale jednak. Odwoził do szkoły, troszczył się, kupował prezenty, zabierał w trasy koncertowe. Był nasz, blisko. Mama zaakceptowała go jako przyjaciela. Mówiła, że Michał stał się jej bratem.

Dziś nawet razem koncertują!

Mało tego! Mama umawia się na plotki z partnerką taty Dosią. Tata przyjaźni się z Bengtem, Szwedem, za którego wyszła za mąż mama. Nasze życie rodzinne przypomina dziś sielankę. Ojciec prawie już mieszka w Warszawie, bo bez nas mu źle. Koncert w teatrze Na Woli. Na scenie mama, ja i Kasia, która od niedawna zaczęła z nami występować i też myśli o płycie. Odlot, publiczność domaga się bisów. Tata też bije brawo na widowni i wszystko kręci kamerą. Kasia w Nowym Jorku grzebie w internecie. Zamiera. Wideoklip z piosenki Papaya! Zakurzony kawałek rodziców jest hitem na Filipinach. Kasia budzi mamę telefonem w środku nocy. Mama natychmiast dzwoni do mnie. Ja do ojca. Wisząc na telefonach, mamy "piżamowe party". W Nowym Jorku lub w Warszawie.

Kiedy zaczęłaś marzyć, by powtórzyć karierę Urszuli Dudziak?

Trudne pytanie... Dotyka tego, co stało się moim największym dylematem. Ślepym zaułkiem, z którego kiedyś nie znajdowałam wyjścia. Kochałam muzykę, chciałam śpiewać. A tu blokada: genialni rodzice. Ćwiczyłam na pianinie ze świadomością, że nigdy nie będę tak dobrą pianistką jak ojciec skrzypkiem. Porównywałam się też z mamą. Z jej ośmioma oktawami. Mój głos nie ma aż tak rozległej skali. Kasia przeżywała to samo. Zbuntowała się, przestała grać na skrzypcach. Sukcesy rodziców długo były kulą u nogi, ciężarem. Ale ja i Kasia od jakiegoś czasu zmieniłyśmy podejście do wszystkiego i realizujemy nasze osobne drogi w sztuce.

Popularność rodziców bardziej przeszkadzała w Stanach, czy w Polsce?

W Stanach nikt nie zaczepia mamy na ulicy. W Warszawie rozdaje autografy nawet w sklepie. Dla mnie był to szok. Ikony polskiego jazzu! To naprawdę o moich rodzicach?! Szepty: córka Urszuli Dudziak! Wszyscy pytają o nich, egzaminują z życia, dokonań. Każda rozmowa zaczyna się i kończy się na rodzicach. Kim jestem w tym wszystkim? Cieniem?

Gdy zamieszkałaś w Polsce, kończyłaś 21 lat. Miałaś już jakiś pomysł na siebie?

Jedno wiedziałam, że w moje życiowe plany muszę jakoś wpisać muzykę. W Nowym Jorku po maturze zapisałam się na studia do prestiżowej artystycznej szkoły Bard College. "Po co ci to? Skup się na śpiewaniu!", powtarzał ojciec. Lubiłam szkołę, uczyłam się, ale nie wiedziałam, jaki mam wybrać kierunek. Film? Literaturę? Plastykę? Należało zdeklarować się po dwóch semestrach. Wypisałam się ze studiów. Poszłam do pracy. Zatrudniłam się jako kelnerka. Podawałam tortillę i sos z awokado w meksykańskiej restauracji na Dolnym Manhattanie. Później pracowałam w firmie obsługującej bankiety. Roznosiłam tace z poczęstunkiem, po imprezie sprzątałam. "Marnujesz się!", rozpaczała mama.

Próbowała Ci pomóc?

Cały czas. Namawiała na studia, radziła, próbowała pomóc znaleźć drogę wyjścia. W końcu zdecydowałam się na wyjazd na Martynikę. Żebym odpoczęła, zastanowiła się nad sobą. Fajne wspomnienia. Uczyłam się francuskiego i zakochałam w rybaku. Był przystojny, zabawny, ale mieliśmy niewiele wspólnego. Nasz związek raczej nie miał przyszłości. Po roku przyjechała Kasia i zabrała mnie do Nowego Jorku. A potem pojechałam do Polski.

Miało to być zesłanie czy kolejna przygoda?

Polska mnie ciekawiła, intrygowała. Wiązało się z nią mnóstwo pytań, na które szukałam odpowiedzi. Dlaczego mama tak za nią kiedyś tęskniła? Prawie cierpiała, że nie może tam pojechać. Nie miała amerykańskiego paszportu, bała się, że komuniści już jej nie wypuszczą. Dlaczego ojcu obce były takie sentymenty? Urzeczony, naznaczony Ameryką, ze mną i z Kasią rozmawiał tylko po angielsku. Wbijał nam do głowy, że Nowy Jork to pępek świata. W podstawówce byłyśmy Kate i Michelle. Wstydziłyśmy się naszego pochodzenia, bo w Polish jokes Polacy są głupkami. Szybko nam to przeszło. Ciągnęłyśmy mamę za język. Co pamięta ze swoich stron: z Gubina, z Zielonej Góry? Pierwszy raz przyjechałam do Polski z mamą jako czternastolatka. Na krótko. Dziwny kraj. Ludzie rzadko się uśmiechają, chłodni, zamknięci w sobie. Moja amerykańska otwartość była wręcz nie na miejscu. W Stanach mogłam rano wyskoczyć do sklepu w piżamie. Jadąc na wrotkach, śpiewałam. Tu na początku musiałam się pilnować, żeby nie mówić za głośno, nie uśmiechać się do nieznajomych...

Dużo potrzebowałaś czasu, by się zaaklimatyzować?

Raczej poradzić ze sobą, bo okazało się, że moich wątpliwości nie zostawiłam za oceanem. Trzy pierwsze lata były trudne. Pojawiły się propozycje nagrań, koncertów, a ja nie wiedziałam, co mam z tym zrobić. Nie mogłam się pozbierać. Zaczęłam imprezować, zawalałam wiele spraw. Przeżyłam wiele rozczarowań ludźmi, zawód miłosny. Pianista jazzowy, dla którego straciłam głowę, zniknął, choć sądziłam, że będziemy razem do końca świata. Przestałam o siebie dbać. Zawsze w czarnych spodniach i w czarnym luźnym swetrze. Chowałam się za czerń.

Było aż tak źle? Przecież zaczęłaś wtedy współpracę z Andrzejem Smolikiem. Na jego drugiej płycie są aż trzy Twoje piosenki.

Andrzej Smolik to znakomity muzyk, dobry, wrażliwy człowiek. Kiedy miałam kłopoty, zawsze mnie wspierał. Uwierzył we mnie i bardzo pomógł.

Nie boisz się mówić o swoich problemach. Dziwne, przecież w amerykańskiej kulturze, w której Cię wychowano, obowiązuje zasada "Don´t worry, be happy".

To nie tak. Moje przyjaciółki z Nowego Jorku godzinami opowiadają, co je uwiera, gnębi, co im nie wychodzi. Nie jest to jednak narzekanie. Narzeka się w Polsce. W Ameryce ludzie analizują swoje kłopoty, szukają z nich wyjścia i najczęściej znajdują.

Jak Ty wyszłaś na prostą?

Poszłam na krótką terapię, gdzie przepracowałam relacje z rodzicami, poznałam swoje lęki. Ale przede wszystkim poznałam nowych ludzi, którzy nie balowali. Zbliżyłam się do nich i zaczęłam żyć na nowo. Bez samodestrukcji, która jest częsta wśród muzyków. Świat nabrał kolorów, ja apetytu na życie. Nagle zaczęło mi zależeć na wielu rzeczach. Najbardziej na mojej płycie. Przestałam się porównywać z rodzicami. Co tam! Ważne, że to mój krążek, osobna, muzyczna ścieżka. No i wyrzuciłam z szafy wszystkie czarne swetry. Polubiłam zielenie, brązy, jasne kolory, złoty. Zaczęłam się malować. Moje koncertowe sukienki są bardziej kobiece. Zaczęło mi zależeć na zdrowiu, zapisałam się na siłownię.

Dziś jesteś bardziej z Nowego Jorku czy z Polski?

Bardziej z Nowego Jorku. Mam tam mnóstwo wspomnień, przyjaciół, miejsc, które kocham. Muszę tam być przynajmniej raz w roku. Poczuć energię niezwykłego miasta, gdzie na każdym rogu ktoś gra, śpiewa, a ludzie są tak kolorowi, jakby uczestniczyli w wielkim, ulicznym spektaklu.

To co trzyma Cię w smętnej Polsce już dziewięć lat?

Chyba właśnie ten smętek. Choć jakiś czas dołował, w rezultacie okazał się twórczy dla moich artystycznych poszukiwań.

W Warszawie lubisz...

Łazienki. Ich klimat, historię, wiewiórki, pawie. Również Pole Mokotowskie. Jeżdżę tam na spacery z moją suczką Małpoliną. Pole jest dla mnie namiastką Central Parku. Mieszkam w Śródmieściu, wynajmuję od znajomych mieszkanie. Mam w nim ogromną, pełną poduszek kanapę, swoje świeczki, kadzidełka. Jeśli nie słucham muzyki, oglądam filmy na DVD albo ćwiczę głos, spotykam się z przyjaciółmi. Czasem gotuję. Robię świetne pasty i sałatki. Specjalizuję się w pierogach. Będąc na studiach, nakarmiłam nimi kiedyś cały kampus. Ulepiłam ponad czterysta! Moim byłym narzeczonym przyrządzałam na okrągło śniadanka, obiady i wymyślne kolacje. Ale teraz jestem skupiona na sobie, pracy, karierze. Zresztą tyle się nagotowałam, że robię sobie przerwę.

Czy pojawił się ktoś, komu chcesz lepić pierogi?

Nie i nie spieszę się. Już wiem, czego chcę, a czego nie chcę w związku. Domyślam się, jakiego mężczyznę warto przy sobie zatrzymać, którego trzeba ominąć. Wszystko przecież zależy ode mnie. Mogę decydować. I o muzyce, i o miłości.

Rozmawiała Anna Jabłońska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje