Reklama

Reklama

Magda Gessler: Bywam samotna...

W szczerej rozmowie Magda Gessler zdradza, jak wysoką cenę płaci za swój sukces. Mówi też, czego najbardziej jej brakuje, w jakich sytuacjach płacze i na co wydaje fortunę.

Wciąż sypia pani po cztery godziny na dobę?

Magda Gessler: - Tak, bo na więcej snu zwyczajnie nie mam czasu.

Organizm się nie buntuje?

- Buntuje się. Zwłaszcza wtedy, gdy w restauracjach, które odwiedzam, ktoś serwuje mi danie, po którym omal nie kończę otruta (śmiech)...

Jak się pani wspomaga?

- Zdrowo się odżywiam i fajnie żyję. Mam mnóstwo pracy i dobrze mi z tym.

Nie chce pani wziąć udziału w hiszpańskiej edycji "Piekielnego hotelu". Dlaczego?

Reklama

- Bo mieszkam i pracuję w Polsce. Choć dużo już zrobiłam, przede mną jeszcze mnóstwo wyzwań. Rozpętałam tu już niejedną rewolucję, ale do pełnego uzdrowienia polskich restauracji jeszcze daleka droga. W Hiszpanii jest inaczej. Hiszpania dużo wie, dużo umie. Polska potrzebuje mnie bardziej.

Zamiast tego napisała pani przewodnik po najlepszych polskich restauracjach i hotelach.

- Tak, zachęcam w nim do odwiedzenia 151 wyjątkowych miejsc, moim subiektywnym zdaniem - najlepszych. Rodzinnych, serdecznych, gościnnych i pysznych. W przyszłości chciałabym napisać książkę o moim wyobrażeniu polskiego hotelu, bo w tej branży wciąż mamy dużo do nadrobienia. Powinniśmy brać przykład od Francuzów. We francuskich hotelach jest zachowany pewien rodzaj intymności, dyskrecji, której w Polsce brakuje. Hotele, które opisuję, są inne, ale to tylko wyjątki potwierdzające regułę. Marzy mi się napisanie poradnika dla właścicieli hoteli i pewnie w końcu go napiszę.

Jest coś, czego pani w życiu brakuje?

- Czasu dla rodziny i dla samej siebie. Pani wie, że od miesięcy nie mogę pójść do kosmetyczki na dermabrazję? Nie mam na to czasu. Do gabinetu kosmetycznego udaje mi się wyrwać raz na dwa miesiące, a to zdecydowanie za rzadko. Mnóstwo kobiet w moim wieku bez przerwy siedzi w gabinetach, ja nie mam takiej możliwości. Na szczęście wygląd mojej cery i włosów to głównie zasługa genów.

Brak czasu dla siebie to cena sukcesu?

- Nie odczuwam sukcesu na co dzień, bo na to też nie mam czasu. Nie odczuwam wielkiej sławy, nie lubię chodzić po imprezach, stawać na ściance, nie jestem celebrytką. Praca jest dla mnie dużo ciekawsza, choć oczywiście nie znaczy to, że źle oceniam tych, którzy się bawią! Niech się bawią, ja już miałam swój czas na imprezy, teraz przeznaczam go na sprawy dalece dla mnie ważniejsze.

W jakich sytuacjach pani płacze?

- Rzadko się to zdarza, ale tak, zdarza się. Płaczę bo jestem wrażliwa.

Jest pani wobec siebie krytyczna?

- Bardziej niż wobec innych. Oceniam innych, ale przede wszystkim siebie. Jestem wobec siebie surowa i wymagająca.

Za co siebie pani kocha?

- Lubię swoją pracowitość. Lubię to, że jestem otwarta na ludzi, a pomaganie im sprawia mi przyjemność. Dobrze się czuję z myślą, że nie zmarnowałam talentu, który odziedziczyłam, ale dopracowałam go i oszlifowałam.

Pierwszy mąż na pani widok się zarumienił i zakochał od pierwszego wejrzenia...

- A potem przy każdym kolejnym spotkaniu miał łzy w oczach. To było cudowne.

A Waldemara czym pani ujęła?

- Chyba swoją innością. Jestem jedyna w swoim rodzaju. Waldek często powtarza mi, że to we mnie uwielbia.

Pani największa zaleta?

- Jest jednocześnie moją największą wadą. To nieznośna chęć uszczęśliwiania całego świata. Niestety, całego świata uszczęśliwić się nie da, a robiąc to na siłę, zawsze zapomina się o sobie...

Podobno osobą, z którą najczęściej pani rozmawia, jest gosposia. To smutne.

- Dlaczego smutne? To wspaniała osoba. Ale rzeczywiście, trudne jest dla mnie to, że w mojej obecnej rzeczywistości nie mam czasu dla przyjaciół. Żyję zbyt szybko.

Jak często widuje się pani z ukochanym?

- Raz na miesiąc, raz na sześć tygodni. Jest dobrze, taki układ się sprawdza, bo jesteśmy już razem 13 lat.

Zamieszkacie kiedyś razem?

- Kiedyś na pewno.

Przeniesie się pani do Kanady?

- Tam jest fantastycznie, ale nie chcę się przeprowadzać. Z drugiej strony, Waldka też nie ciągnie na stałe do Polski. Razem zamieszkamy pewnie w końcu gdzieś na krańcu świata.

Co jest najlepsze w waszym związku?

- Zaufanie, zrozumienie, szacunek do siebie, ogromna kultura bycia razem. Ta kultura jest podstawą naszej relacji. No i niezmienna, wzajemna fascynacja.

Na waszych wspólnych zdjęciach iskrzy...

- Bo jest cudownie między nami.

Kiedyś był pomysł, aby powstał film o pani życiu.

- Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dostrzegam jak nieprawdopodobne jest to moje życie, jak niewiarygodne zdarzenia miały i mają w nim miejsce. Mam ogromną ochotę komuś to pokazać. Nie wiem, czy moje życie jest takie, jakie powinno być. Co by było, gdybym miała normalną rodzinę, wciąż pierwszego męża, dom, a wszystko wokół toczyłoby się normalnie? Nie wiem. Zdarzyło się coś zupełnie innego i daleko mi do stabilizacji.

- Pędzę we wszystkich kierunkach naraz, poza tym jednym, który kiedyś tam sobie założyłam. Gdy myślę, że moje losy mogą przypominać bajkę, od razu przypominam sobie, że niektóre bajki są naprawdę straszne. Czasami mam wrażenie jakbym była jakimś latającym duchem, a nie żyjącą osobą.

Normalne życie znaczy lepsze, szczęśliwsze?

- Nie wiem, może ci, którzy mają normalne i tradycyjne życie, są szczęśliwsi? Z drugiej strony uważam, że moje jest nadzwyczajne, choć obarczone ogromnym ryzykiem i stresem.

Najtrudniejszy moment?

- Moje 33. urodziny. Tego dnia zmarł Volkhart, mój ukochany mąż. Cały ten rok był dla mnie potwornie trudny. 13 lipca wzięliśmy ślub i wkrótce potem dowiedziałam się, że mąż jest chory. Potem okazało się, że nawrót choroby nastąpił właśnie w okolicach naszego ślubu. Po śmierci Volkharta zaczęłam wszystko od nowa. Wróciłam do Polski, wtedy obcego dla mnie kraju, w którym mnie nie było 20 lat. Zaczęłam na nowo budować życie.

To dla równowagi, proszę mi opowiedzieć o najlepszym momencie w życiu.

- Oświadczyny mojego pierwszego męża. To była przepiękna i magiczna chwila. Inną ważną chwilą był powrót do mojego życia mojego obecnego męża, Waldka. Odczarował mnie z bardzo nieczystej mocy, którą był poprzedni związek. Był pocałunek Waldka i kropka. Nagle poczułam, że to jest to.

Wierzy pani w przeznaczenie?

- Nie. Wierzę w to, że gdy coś sobie wymyślę, to się zdarza. Potrafię pewne rzeczy przewidzieć. Tak jak to spotkanie z Waldkiem - czułam, że ono nastąpi.

Podobno już w dzieciństwie wiedziała pani, że pani życie będzie niezwykłe.

- Miałam sześć lat, gdy poczułam to bardzo wyraźnie. Tak wyraźnie, że aż się tego wystraszyłam. Nie pomyliłam się.

O czym dziś pani marzy?

- Żeby moje dzieci miały dzieci, żeby pozakładały rodziny, i żeby wszyscy byli zdrowi i szczęśliwi.

Dorastała pani w skromnym domu.

- Nikt nigdy niczego mi nie dał. Wszystko wypracowałam sama. A teraz oddaję innym. Niedawno dowiedziałam się, że TVN dzięki mnie zarabia jakieś nieprawdopodobne pieniądze na reklamach przy "Kuchennych rewolucjach". Cieszę się, że moja praca przynosi komuś gigantyczne pieniądze, choć nie ukrywam, że moja radość byłaby znacznie większa, gdyby przynosiła je również mnie.

Jest pani bogata?

- Raczej zasobna (śmiech)... Nie, trudno mówić o majętności.

Może sobie pani pozwolić na wiele?

- A to już zupełnie co innego. Oczywiście, pozwalam sobie na sporo, bo czerpię radość z życia. Czasem pozwalam sobie na zbyt wiele, na więcej niż powinnam. Ale życie jest jedno i trwa bardzo krótko.

Na co pani wydaje pieniądze? 

- Uwielbiam podróżować. W wydawaniu na podróże nie umiem i nie chcę się ograniczać.

Ulubione miejsce na świecie?

- Bardzo lubię Turcję, choć teraz jest tam niebezpiecznie. Uwielbiam Meksyk, ale nie cały, tylko jego część nieturystyczną, czyli nie Cabo, w którym roi się od amerykańskich celebrytów. Lubię małe miasteczka, które mają za sobą dżunglę. Nie znoszę opcji "all inclusive" - to jest masakra. Niczego nie można odkryć, wszystko podane jest na tacy, nie wiadomo nawet, gdzie jesteśmy, bo czegokolwiek tkniemy, smakuje identycznie. Chory pomysł.

Jaką jest pani kobietą?

- Kolorową! Zawsze taka byłam. Od dzieciństwa byłam osobą bardzo łatwo zauważalną. Miałam odwagę nosić coś innego, miałam szalone pomysły. Nie chodziło o wyróżnianie się, chciałam czuć się dobrze i byłam w tym szczera. Kreatywna. Wciąż taka jestem.

Kiedykolwiek udawała pani kogoś, kim pani nie jest?

- Czasem udaję, że umiem śpiewać.

Jest coś, czego pani żałuje?

- Czasem tak, ale z drugiej strony pewne zdarzenia dały mi nowe życie. Kto wie, w jakim punkcie życia byłabym dziś bez pewnych sytuacji, pewnych osób... Popełniałam błędy, dużo, bardzo dużo błędów. Ale staram się ich nie rozpamiętywać i skupiać na tym, co jest i będzie. Zastanawiam się za to nad nową autobiografią, zdecydowanie bardziej pikantną. Jednak żeby to miało jakikolwiek sens, powinno być połączone z tym filmem, o którym rozmawiałyśmy wcześniej.

Kto powinien panią zagrać?

- Nie mam pojęcia, choć czuję, że ta osoba gdzieś jest. Chciałabym, żeby była bardzo młoda, żeby ten początek mojego barwnego życia zagrała wiarygodnie. Nie powinna to być znana aktorka.

Na Facebooku przeciwstawia się pani hejterom. Dlaczego wzbudza pani skrajne emocje?

- Może dlatego, że niektórzy ludzie koniecznie muszą się przy mnie określić? Może zdają sobie sprawę, że ich życie nie jest takie, jakie być powinno. Chcieliby innego, ale nie mają odwagi dać sobie szansy. Stąd prosta droga do plucia jadem. Nienawiści jest niewiele, ale jest przytłaczająco dobitna, ciemna, wstrętna. Dlatego jest tak widoczna.

Ostro odpowiada pani internautom.

- Jeżeli ktoś mnie obraża, dlaczego mam być dla niego miła? Moja strona na Facebooku to naprawdę kiepskie miejsce do zalewania żółcią własnych kompleksów. To miejsce gromadzące ludzi kolorowych, pełnych radości i akceptacji dla samych siebie. Opluwacze niczego dobrego nie wnoszą. Niech idą pluć gdzie indziej, skoro już koniecznie muszą to robić.

Gdyby miała pani dać radę młodej Magdzie, to co by jej pani powiedziała?

- Niczego bym jej nie powiedziała, bo wszystko jest po coś, również błędy. Zamieniłam się rolami z moimi dziećmi - to one teraz uczą mnie wielu ważnych spraw. To niesamowite, ilu rzeczy dowiedziałam się i nauczyłam od własnych dzieci.

Mówiła pani, że Lara i Tadeusz to pani najlepsi przyjaciele.

- To prawda, moje dzieci są wobec mnie bardzo szczere. Mają już swoje niezależne od mojego życia i tworzą własne rzeczywistości. Lara jest moją wspólniczką, ale robi to po swojemu, i dobrze. Nie za bardzo życzy sobie, żebym miała wpływ na jej życie, czy zwracała jej uwagę. To oczywiście nie jest dla mnie proste, ale szanuję to. Tadeusz zawsze był bardzo samodzielny. Razem z Maćkiem Żakowskim stworzył świetną restaurację Aïoli, teraz pracują nad kolejnym dużym projektem. Tadeusz jest twórczy, wie dużo więcej ode mnie. Dekoruje wnętrza, gotuje, fotografuje, a do tego wygląda jak Woody Allen, tyle że jest znacznie przystojniejszy.

Pewnie pęka pani z dumy.

- Oczywiście, choć niejednokrotnie moje dzieci dawały mi do zrozumienia, że wolałyby, żebym mniej dawała siebie światu, a znalazła więcej czasu dla nich.

Boi się pani, że przegapi życie?

- Wszystko wokół jest nakręcone jak w zegarku. Jestem obstawiona ludźmi, którzy organizują mi pracę. Czasem przychodzi chwila refleksji, że coś jest nie tak. Ta praca jest jak narkotyk, sprawia ogromną przyjemność, ale ma też skutki uboczne, choćby w postaci braku czasu dla siebie, którego powinno być jednak znacznie więcej.

Zmieni to pani?

- Myślę o tym coraz częściej.

Ale słowa "A rzucę to wszystko w cholerę" chyba by pani nie przeszły przez gardło?

- Nigdy w życiu. Każdy z nas ma swoje królestwo, swoje zajęcia, swoją pasję. Nie mogę zostawić tego, co zrobiłam, bo to praca u podstaw. Zmieniam polską rzeczywistość nie tylko swoją pracą, ale i własnym przykładem. Dlatego we wrześniu rozpoczynam kolejny projekt. Rusza w Słupsku, u prezydenta Biedronia, cudownego człowieka. W tamtejszym Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych poprowadzę Klasę Dobrego Smaku.

Rozmawiała: Justyna Kasprzak

Show

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy