Magdalena Steczkowska: Jak kocham, to na zabój

W jej domu cztery kobiety uwielbiają tego samego mężczyznę, ale też dają mu się we znaki. „Nie zawsze jest łatwo z nami wytrzymać”, mówi wokalistka i ujawnia rodzinne sekrety.

Śpiewasz głównie o miłości, także tej tragicznej. Ale twoje życie prywatne raczej nie obfituje w dramaty.

Reklama

Magdalena Steczkowska: - Nigdy nie mówiłam, że w moim życiu są tylko radość i szczęście. Jest też mnóstwo różnych emocji. Przeżywałam dawniej różne rodzaje miłości. Na szczęście te dwie najważniejsze - do mojego męża i do moich dzieci - są wciąż niezmienne. Co nie oznacza, że to uczucie nie jest pozbawione różnych lęków. Im dzieci są większe, tym bardziej narasta strach. Ale płyta jest zapisem nie tylko moich osobistych przeżyć. To także przeżycia innych, bliskich mi osób.

Jesteś matką kwoką?

- Ciężko mi to przychodzi, ale staram się nie być. Wiem przecież, jakie zagrożenia niesie ze sobą dorosłe życie. Mam nastoletnią córkę i dwa maluchy w domu i po prostu często się o nie boję. Nie zabraniam im jednak spania u koleżanek czy wspólnych wyjazdów.

Potrafisz odpowiadać na trudne pytania?

- Trudne pytania pojawiały się od samego początku, kiedy tylko dziewczynki nauczyły się mówić. Dzieci poznają przecież świat poprzez zadawanie pytań. A ja tego świata dla nich nie idealizuję. Nie chcę, aby żyły w jakieś szklanej bańce. Z Piotrkiem uczymy nasze córki, jak mieć własne zdanie. Z satysfakcją dostrzegam, że ta nauka nie idzie w las.

Chciałabyś, aby zostały artystkami?

- Na pewno nie będę wywierała żadnej presji. Zosia i Misia uczą się gry na fortepianie, ale nie chodzą do szkoły muzycznej. Może dlatego, że pamiętam siebie z tego samego okresu życia. Nie miałam czasu na koleżanki i podwórkowe życie. Wszystko kręciło się wokół nauki gry na instrumencie.

Może powinnaś posłać córki do szkoły w Warszawie?

- Nic z tego! Mieszkałam w Warszawie przez cztery lata. Bardzo lubię to miasto, chętnie tutaj wracam, ale życie w Warszawie płynie zupełnie inaczej. Ja takiego tempa w swoim życiu nie potrzebuję. Warszawa jest dla mnie miejscem do pracy, ale to w Mogilanach (wieś pod Krakowem - przyp. red.) znajduje się całe moje życie. Po ogromnym sukcesie, jaki odniósł mój mąż z Brathankami, wybudowaliśmy dom. Wokół mieszka cała rodzina Piotra. Dopiero na wsi czujemy się naprawdę szczęśliwi.

Z mężem widujecie się w domu i na scenie.

- Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. Nasze prywatne i zawodowe światy mocno się przenikają. Piotrek nie tylko jest moim mężem i ojcem naszych dzieci, jest także moim menedżerem. Wspólnie wydaliśmy płytę i wspólnie pracujemy nad każdym jej elementem. Zainwestowaliśmy w nią rodzinny budżet, ale dzięki temu staliśmy się niezależni.

Wasza najstarsza córka, 14-letnia Zosia, lubi twoją muzykę?

- Dotychczas była dość krytyczna wobec mojej twórczości. Ale ostatnio Piotrek powiedział mi, że Zosia wzruszyła się, kiedy razem słuchali ostatniej płyty. Kiedy to usłyszałam, chyba wzruszyłam się jeszcze bardziej od niej. Ale muszę się pogodzić z tym, że na razie dla Zosi numerem jeden jest Selena Gomez i Justin Bieber.

Twój dom to absolutny babiniec. Piotrek czuje się przez was zdominowany?

- Ale powiedz sam, czy nie byłbyś szczęśliwy, gdybyś był jedynym mężczyzną wśród czterech bab? Przecież cztery kobiety kochają go na zabój. Choć przyznam, że nie zawsze jest łatwo z nami wytrzymać. Już dwa koty uciekły z domu (śmiech). W jednym z nich Piotrek miał autentycznego kompana.

W tym roku obchodzicie 20-lecie znajomości.

- Sama w to nie wierzę, ale to prawda! Pamiętam moich rodziców, którzy się bardzo kochali. W mojej pamięci zawsze będzie obraz taty, który przytulał mamę, powtarzał, jak bardzo ją kocha. Ten rodzaj okazywania uczucia wyniosłam z domu. Nasz tata zawsze powtarzał, że nic tak bardzo nie liczy się w życiu jak miłość. Przyznaję, że bardzo się zmieniłam pod wpływem Piotrka. Jestem przekonana, że dzięki mojemu mężowi stałam się lepszym człowiekiem.

Wystawiasz Piotrkowi laurkę.

- Dla równowagi też często słyszę od teściowej, że Piotrek przy mnie stał się lepszy. A usłyszeć takie słowa od teściowej to naprawdę coś! Z teściową bardzo się lubimy i przynajmniej raz w tygodniu pijemy kawę i rozmawiamy o życiu. Prawda jest taka, że życie z artystą jest bardzo trudne, a co dopiero jeśli w domu jest ich dwoje! Niemal wszyscy jesteśmy egoistami, egocentrykami i czasami trudno to wytrzymać. Jesteśmy podobni do siebie i może właśnie dlatego dobrze nam razem.

Kłócicie się we włoskim stylu?

- Oczywiście! Może nie rzucam talerzami, ale drzwiami potrafię trzaskać okropnie. Bywa, że po kłótni wychodzę z domu na długi spacer lub zamykam się w pokoju i wtedy bez kija nie podchodź! Na szczęście nie uznajemy cichych dni. Z reguły godzimy się po kilku godzinach.

W wywiadach Piotr często zachwyca się twoją idealną figurą. Dużo pracujesz nad sylwetką?

- To są wyłącznie geny. Popatrz na moje siostry, wszystkie są szczuplutkie, a nawet, jak się okazało - za szczupłe (śmiech). Już mówię, o co chodzi. Jakiś czas temu współorganizowałam imprezę, która zachęcała do oddawania szpiku. Jestem w rejestrze dawców od wielu lat i postanowiłam namówić moje siostry. Żeby zostać dawcą, trzeba ważyć minimum 50 kg. Wyobraź sobie, że ten wymóg spełniałam tylko ja! Moje siostry obiecały, że jeśli będzie trzeba, będą się objadać pączkami, żeby nadrobić te brakujące kilogramy.

À propos wyglądu. Czy córki także widzą twoje podobieństwo do pierwszej damy, Agaty Kornhauser-Dudy?

- Moja pięcioletnia córka Antosia zobaczyła kiedyś panią prezydentową w telewizji i powiedziała: "O, mama!". Czy potrzeba jeszcze jakiegoś komentarza? (śmiech)

Podobieństw ciąg dalszy: ty i Justyna macie łudząco podobne głosy.

- Rzeczywiście, kiedy mówimy, czasami trudno nas odróżnić. Kiedyś nawet odbierając telefony od naszych przyszłych mężów, podszywałyśmy się jedna pod drugą. Dopiero kiedy panowie zaczynali się rozkręcać w intymnych wyznaniach, oddawałyśmy słuchawkę. Ich miny niemal widziałyśmy oczami wyobraźni. Udało nam się nabrać nawet naszą mamę. Za to kiedy śpiewamy, nasze głosy różnią się diametralnie.

Ważną osobą jest dla was Maryla Rodowicz.

- Poznaliśmy się u Maryli w zespole, więc można powiedzieć, że jest matką chrzestną naszego związku. Zawsze też bardzo lubiła Piotrka, mają podobne poczucie humoru i wspólną pasję, jaką jest piłka nożna. Do dzisiaj, kiedy się widzimy, mówię do niej per "szefowo". Nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek przeszła na emeryturę. Jest królową polskiej sceny, wielką artystką.

Oskar Maya

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje