Reklama

Reklama

Marian Kociniak: Bez ukochanej żony nie mógł dalej żyć

Świetnie grał zabawnych cwaniaczków, spryciarzy lub nieudaczników. Bawił nas do łez w „Jak rozpętałem II wojnę światową” i w „Janosiku”. Prywatnie bywał trudny, ale zawsze zapatrzony w kobietę swego życia – Grażynę.

Warszawiak z urodzenia, wychowywał się na Mokotowie, potem rodzina przeniosła się do Rembertowa. Miał dwójkę rodzeństwa. Ojciec był stolarzem teatralnym, później pracował w tym samym charakterze na potrzeby telewizji. Aktor wspominał ojca jako bardzo towarzyskiego człowieka, po którym zapewne odziedziczył tą cechę charakteru.

Rodzice chcieli, by Marian został ślusarzem, jednak pociągało go aktorstwo. Trafił do Technikum Budowy Silników Samolotowych, a jednocześnie chodził do kółka dramatycznego przy Młodzieżowym Domu Kultury. Podczas nauki w drugiej klasie, w poradni przy Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, zaprezentował swoje umiejętności przed Aleksandrem Zelwerowiczem i Kazimierzem Rudzkim. Jego występ zrobił na nich duże wrażenie. Z miejsca zapowiedzieli mu, że gdy zrobi maturę, zostanie przyjęty na uczelnię bez egzaminu. Tak też się stało.

Reklama

Jako aktor teatralny pozostał wierny jednej scenie. Przez ponad 50 lat grał w Teatrze Ateneum, dopiero pod koniec kariery zaczął występować w Teatrze na Woli.

Stały był też w uczuciach. Pierwszą wielką miłość przeżył jeszcze na studiach, gdy zakochał się w Marii Wachowiak. Byli parą, Maria opuściła go jednak dla Gustawa Holoubka. Marian nie miał do Wachowiak wielkich pretensji - był jeszcze studentem, a Holoubek już uznanym aktorem. Dwa lata po zakończeniu studiów poznał miłość swego życia, Grażynę. Pracowała jako asystentka w studiu dubbingowym. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia.

"Do Teatru Polskiego przyjechał jakiś radziecki spektakl - wspominał w wywiadzie-rzece z Remigiuszem Grzelą - spotkaliśmy się na nim. Kiedy wychodziliśmy, pamiętam, deszcz lał jak jasna cholera, miałem na sobie skromną marynarkę. A my bez parasola... Pobiegłem, żeby znaleźć Grażynce taksówkę". Dwa lata później byli małżeństwem, pomimo że matka aktora niechętnie patrzyła na ten związek, bo Grażyna była rozwódką i miała dziecko. Natomiast ojciec od razu zaakceptował synową i małego Piotra, co Marian wyjątkowo doceniał.

Aktor po latach przyznał, że żona czasami miała z nim trudne życie. Słynął bowiem z rozrywkowego charakteru, a jego stałymi kompanami od kieliszka byli: Roman Wilhelmi, Leonard Pietraszak i Jerzy Kamas. Cała czwórka zdecydowanie przekraczała wszelkie granice przyzwoitości. Jak wspominał, "balowali noc w noc", a wtedy "jak się miało 100 zł, to wódka się lała, był tatar, zakąska i jeszcze ciepłe danie".

"Potem rano szliśmy do mojej Grażynki - opowiadał - przynosiliśmy jakieś zgniłe badyle z targowiska na Polnej. Przychodziłem jeszcze z innymi koleżkami, wręczaliśmy jej te bukiety. Wyganiała ich. Miała ze mną krzyż pański". Chociaż jak sam przyznawał, przepił "ze 3-4 mercedesy", to jednak z czasem się ustatkował. Na świat przyszła córka Weronika, a jej i Piotrowi trzeba było zapewnić godziwe życie.

Po latach Kociniak przyznał, że gdyby nie Grażyna, "która czasami brała go za łeb i doprowadzała do porządku, pewnie by zginął". Z upływem czasu hucznie obchodził tylko premiery teatralne, preferował jednak już wino, a nie wódkę. Wprawdzie żona też nie była zadowolona, ale tolerowała tego rodzaju "szaleństwa".

Tymczasem kariera aktorska Kociniaka rozwijała się. Zagrał ponad 100 ról teatralnych, ok. 80 razy pojawił się w Teatrze Telewizji, wystąpił w 40 filmach. Największą sławę przyniosła mu główna rola w trzyczęściowej komedii "Jak rozpętałem II wojnę światową". Wcielił się tam w postać kaprala Franka Dolasa - zabawnego warszawskiego cwaniaczka, który dzięki sprytowi uchodzi z wszelkich wojennych opresji. Jego bohater przemierzył trzy kontynenty, był wcielony do kilku armii (po obu stronach konfliktu), a na koniec i tak trafił do Polski. Widzowie wspominają do dzisiaj kultowe sceny z tego filmu, np. przesłuchanie Dolasa przez gestapowca (Emil Karewicz), który nie potrafił wymówić nazwiska: Grzegorz Brzęczyszczykiewicz.

Swój komediowy talent aktor potwierdził kilka lat później rolą nerwowego i zarozumiałego Murgrabiego w "Janosiku". Ogarnięty manią schwytania nieuchwytnego harnasia, obmyślał kolejne absurdalne plany, które kończyły się klapą, doprowadzając do rozpaczy Hrabiego (Mieczysław Czechowicz). Telewidzowie uwielbiali ten serial.

Kociniak przez wiele lat mieszkał w bloku przy ul. Międzynarodowej na Saskiej Kępie. Było to mieszkanie otrzymane w latach 60. z puli ministra kultury. Aktor nigdy nie chciał się stamtąd wyprowadzić. Bardzo przeżył, gdy kilkanaście lat temu doszło tam do pożaru. Zamieszkali wówczas z żoną u przyjaciół, powrócili jednak po remoncie. W bloku na Saskiej Kępie zawsze czuli się dobrze i chociaż dużo podróżowali, to po powrocie z przyjemnością odpoczywali w domu.

Kociniak nie potrafił jednak żyć bez teatru i po "tygodniu przerwy nie potrafił nawet usiedzieć w jednym miejscu". Dlatego tak wielkim ciosem były dla niego problemy ze zdrowiem, które zmusiły go do ograniczenia aktywności zawodowej. Aktor zapadł na chorobę nowotworową. Usunięto mu jelito grube, miał problemy z poruszaniem się.

Załamał się, gdy w lutym 2016 r. zmarła mu żona. Miała 78 lat. Aktor był całkowicie zdruzgotany. Powtarzał, że nie ma już po co żyć. Nie miał nawet siły pojawić się na pogrzebie. Znajomi i rodzina obawiali się, że z tego ciosu już się nie podniesie, co niestety okazało się prawdą.

Marian Kociniak zmarł niespełna miesiąc po małżonce. Pochowano go u jej boku. Tak jak spędzili ze sobą ponad pół wieku, tak już na zawsze pozostaną razem.

Sławomir Koper

Tekst pochodzi z magazynu

Tina

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje