Reklama

Reklama

Marzę o założeniu damskiego zespołu muzycznego

Choć kolor włosów ma naturalny, nie jest typem blondynki z dowcipów. Fala popularności nie przewróciła jej w głowie, a filmu nie traktuje jako swej jedynej szansy. Studiuje psychologię, gra na gitarze i marzy, by założyć z koleżankami muzyczny girlsband!

W serialu, który natychmiast pokochali polscy telewidzowie zagrała Sylwię Kubus, świeżo upieczoną absolwentkę weterynarii, która trafia tuż po studiach na głęboką wieś we wschodniej Polsce. Dla Julii rola wcale nie była prosta: jest urodzoną warszawianką, nigdy wcześniej nie jeździła konno, nie doiła krowy.

Reklama

Ale dała radę, w końcu jest profesjonalistką: mimo zaledwie 21 lat życia, ma na koncie poważne osiągnięcia. Rola w filmie "Jutro idziemy do kina" przyniosła jej nagrodę na festiwalu w Gdyni. Miała też okazje zagrać u boku Krystyny Jandy w poetyckim "Tataraku" Andrzeja Wajdy. Wygląda to na początek pięknej kariery, ale Julia dba, by jej życie nie kręciło się tylko wokół planu zdjęciowego.

Jak na kobietę, która skończyła 21 lat jesteś strasznie zajęta. Grasz w dwóch serialach, uczysz się na dziennych studiach i muzykujesz...
- Julia Pietrucha: Jak każdy zajęty człowiek muszę nauczyć się dobrej organizacji. Teraz na szczęście mam przerwę w serialu, bo zdjęcia do "Blondynki" są już skończone. Bywało jednak, że miałam więcej na głowie. Gram już od 10 lat, z małymi przerwami. Ale aktorstwo czy w ogóle praca to nie jest całe moje życie. Muszę mieć czas na znajomych, rodzinę, pasje.

Słyszałam, że świetnie grasz na gitarze, masz swój zespół?
- Zespół to trochę za dużo powiedziane, gramy trochę razem z kolegami, taka mieszanka surfa i rockandrolla. Bardzo lubię też muzykę lat 50., a nawet jazziek z 40. Moi znajomi organizują koncerty i potańcówki rockandrollowe, które uwielbiam i zawsze, kiedy mogę, biorę w nich udział. Myślę nawet, żeby założyć girlsband, ale to na razie dalekie plany.

Aktorką chciałaś być od zawsze, czy to dla ciebie tylko niezły zawód?
- Nie jest tak, że od dzieciństwa o tym marzyłam. Raczej tak się złożyło. Wpłynęły na to oczywiście moje zainteresowania, ale i wiele było w tym przypadku.

Bawiłaś się w teatr jako dziecko?
- Jasne, jak wiele dziewczynek. Pamiętam za to, że kiedy bawiłyśmy się z siostrami w dom, to ja zawsze byłam ojcem. Najstarsza z nas była żoną, ja mężem, a najmłodsza dzieckiem. Nie wiem dlaczego to mnie przypadała ta męska rola, ale czuję, że miało to wpływ na to, jaka jestem.

Nie powiesz mi, że czujesz się męskim typem?

- Biologicznie, wewnętrznie jestem stuprocentową kobietą. Ale... Chodzi o to, że wychowywałam się bez ojca. I nie było to dla mnie bez znaczenia. Myślę, że dzięki temu jestem na swój sposób silniejsza.

Tata odszedł jak byłaś dzieckiem?
- Nigdy go nie było w moim życiu.

Wasza mama musi być silną kobietą. Wychowała trzy córki każda ładna, mądra i ambitna...
- Jest silna. Zawsze musiała być dla nas matką i ojcem. To świadczy o jej sile i odwadze. Dała nam naprawdę dobre wychowanie. A nie zawsze było łatwo. Najgorzej miała najstarsza z nas, bo przecierała szlaki, mnie już było prościej, a najmłodsza będzie miała najłatwiej, ma dopiero 17 lat.

Myślisz, że nieobecność ojca aż tak wpływa na nasze przyszłe życie?
- Wszystko na to wpływa, ale jedni sobie radzą ze sobą lepiej, inni gorzej, a niektórzy wcale. Miałam ostatnio zajęcia z psychologii o tym, jak dziecięce traumy wpływają na nasze dorosłe życie. Zdarza się często, że po trudnych początkach jedni wychodzą na prostą, a inni kończą tragicznie.

Jeśli chodzi o mnie, to cieszę się, że w moim domu, pomimo braku pewnych części układanki, miłością udało się wypełnić wszelkie luki. Jestem z tego dumna i niczego bym nie zmieniała.

Dowiedz się więcej na temat: julia | liceum | blondynki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje