Reklama

Reklama

Moi rodzice nie umieli być razem

Czy przeszłość potrafi zatruć teraźniejszość? Historia rodzinna Krzysztofa Kiersznowskiego pokazuje, że tak. Po latach zrozumiał wybory i matki, i ojca.

Grywa czasem czarne charaktery, ale nigdy nie zagrał ubeka, milicjanta, radzieckiego żołnierza lub partyzanta. Tak sobie postanowił wiele lat temu, gdy zdawał do szkoły teatralnej. Dlaczego? Krzysztof Kiersznowski (65) mówi o tym bez ogródek. - Ojciec by mi tego nie wybaczył. Wiem, że w tym temacie nigdy nie żartował. Co więcej, rozwiódł się z moją matką właśnie z tego powodu - wyznaje.

Reklama

Gdy się poznali, byli podobni. Zbliżyły ich do siebie dramatyczne wojenne losy rodzin, potem poróżniła polityka. A dokładnie inne podejście do otaczającej rzeczywistości, do życia. Ojciec nigdy nie zaakceptował władzy ludowej, był nerwowy, sfrustrowany. Mama chciała mieć lepiej, po prostu normalnie żyć.

Krzysztof jest jedynakiem, urodził się w Warszawie w latach 50. Jego tata, Leopold Kiersznowski, poznał mamę Wandę, gdy wyszedł z więzienia. Siedział kilka miesięcy w celi śmierci na Rakowieckiej. Był w czasie wojny w Armii Krajowej. Podczas okupacji wykonywał wyroki śmierci na zdrajcach. W Powstaniu Warszawskim dostał awans na stopień majora i order Virtuti Militari.

- W każdą rocznicę wybuchu powstania przychodzili do nas koledzy z kompanii taty, spierali się, który z nich zszedł jako ostatni do kanału na Starówce - wspomina Krzysztof Kiersznowski. Obydwoje rodzice zapisali w czasie wojny piękną patriotyczną kartę. Mama z narażeniem życia nosiła meldunki do majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki". Była córką żołnierza z Wileńszczyzny, Sybiraka. Sowieci na jej oczach zamordowali brata.

Jednak, gdy wojna minęła, znalazła sobie pracę, w której czuła się dobrze. Została referentem w wydziale spraw lokalowych w stołecznym Ratuszu. Mąż dogadywał, że wysługuje się nowej władzy. Sam przed wojną był właścicielem świetnie prosperującej firmy remontowej, a został taksówkarzem. Wojna przerwała mu studia na politechnice, których potem nie ukończył. Był bezkompromisowy, nie rozumiał jak można podporządkować się komunie.

Odchodzili od siebie i wracali. Zawsze odbywało się to w tragicznej atmosferze. W końcu się rozwiedli. Krzysztof został z mamą, a ojca widywał sporadycznie. Dopiero po latach, gdy sam założył rodzinę naprawił kontakty z tatą.

Mamie zawdzięcza, że został aktorem. Cieszyło ją to, że dzięki pracy w urzędzie może poznawać znanych ludzi. Gdy załatwiała meldunek aktorom, zawsze starała się uzyskać od nich autograf. Podziwiała ludzi kina i teatru. Do szkolnych zeszytów wklejała ich zdjęcia z kolorowych czasopism. Chodziła z synkiem Krzysiem do kina i powtarzała mu, że marzy o tym, by w przyszłości został aktorem.

Synek kochał mamę i chciał, by była szczęśliwa. Problemem mogło być to, że strasznie się jąkał. Chodził więc do logopedy i godzinami podczas spacerów starał się powiedzieć choć jedno zdanie bez zająknięcia. Nie był dobrym uczniem, a przecież matura była mu potrzebna po to, by dostać się do szkoły teatralnej. Zdał ją za czwartym razem. Ku wielkiej radości pani Wandy został aktorem.

Mamą opiekował się do końca jej życia. Mógł zamieszkać za granicą, ale tego nie zrobił. Jego żoną była Francuzka o imieniu Martin. Poznali się przypadkiem u znajomych i szybko pobrali. Martin pracowała w dyplomacji, jeździła po świecie. W Irlandii byli razem, potem odwiedzał ją regularnie w Bułgarii. Ale do Francji z nią nie pojechał. Nie wyobrażał sobie życia poza Polską. Rozwiedli się.

Dziećmi się podzielili. Kasia podróżowała z mamą po świecie, syn Maks mieszkał z tatą. Po latach sytuacja się odwróciła. Dziś Kasia, choć studiowała architekturę za granicą, mieszka w Polsce. Syn, prawnik, wyjechał do Francji, tam zajmuje się sprawami emigrantów. Ożenił się z Francuzką i mają pięcioletnią córeczkę Ewę. - Mówię do niej po polsku i wszystko rozumie - mówi "Dobremu Tygodniowi" aktor.

Jest dumny z syna, podkreśla, że choć mieszka we Francji, jednak czyta na bieżąco polskie gazety i dobrze zna historię Polski. - Nie zachęcałem go do tego. Sam się zainteresował - mówi Krzysztof Kiersznowski.

Wie, że gdy wnuczka podrośnie, opowie jej jak wiele łączy oba narody. Wspomni o swoim dziadku ze strony matki, Napoleonie Banaszewskim, noszącym imię na cześć francuskiego cesarza. Pochodził z Wilna, po wojnie pracował jako bileter w kinie "Świt". Do końca życia nie rozumiał tego, co się dzieje w Polsce Ludowej. Przed wojną był żołnierzem. Był tak zdezorientowany, że słał do kolegi z rodzinnego miasta, a po wojnie pisarza i dyplomaty Jerzego Putramenta, listy, w których pytał: dlaczego nie ma religii w szkole, ani prywatnych sklepów? Oczywiście od ówczesnego ambasadora PRL w Paryżu nigdy nie dostał żadnej odpowiedzi.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje