Reklama

Reklama

Mój sposób na życiowe zakręty

W dojrzałym życiu już wiemy, że na naszej drodze pojawi się niejeden zakręt do pokonania. Halina Mlynkova, Dorota Landowska i Joanna Moro mówią nam, że kryzysy mogą być początkiem dobrej wiadomości, pod warunkiem że wiemy, co z nimi zrobić.

Halina Mlynkova: Stan najwyższej konieczności

Reklama

Jestem szczęściarą. W momentach, kiedy jest mi ciężko i trudno, potrafię się zmobilizować i sięgnąć do niewyczerpanych pokładów sił. Właśnie w chwilach próby umiem znaleźć w sobie zdecydowanie więcej optymizmu, niż mam go na co dzień, kiedy wszystko się układa, bo wtedy mam najwięcej wątpliwości. Choć w dzieciństwie nikt nie powtarzał: "Musisz radzić sobie sama, nie licz na innych", to mam to gdzieś głęboko zakodowane. Chyba urodziłam się z takim przesłaniem. A moje życie je umocniło - miałam 18 lat, kiedy wyprowadziłam się z rodzinnego domu i byłam skazana przede wszystkim na to, co udało mi się wykrzesać z samej siebie.

Jestem książkowym przykładem Zosi samosi. Parę razy znalazłam się na życiowym zakręcie - trzeba było pożegnać miłość, skonfrontować się ze śmiercią kogoś bliskiego, poradzić sobie, gdy zawiódł przyjaciel. Za każdym razem było tak samo: żadnych łez, zakopywania się w smutku. Otwierała się wtedy w głowie jakaś klapka z napisem: stan najwyższej konieczności i "coś" dawało mi kopa do działania. Jakbym słyszała głos, który mówił, co robić, krok po kroku.

Oparcie w sobie to podstawa. Chcę tego nauczyć swojego syna, bo nie ma się co łudzić: ludzie zwykle są obok, kiedy jest dobrze. Gdy coś zaczyna się kruszyć, nagle to grono się zawęża. Poza tym prawda jest taka: kiedy wieczorem kładziesz się do łóżka i zamykasz oczy, jesteś tak naprawdę sam ze swoimi demonami.

Mam obok wspaniałego człowieka, swojego męża, na którym mogę polegać. Mam wspaniałą przyjaciółkę, rodzinę, ale jestem już dużą dziewczynką i rozumiem doskonale, że demony, które zjawiają się po zamknięciu oczu, mogę przepędzić, okiełznać tylko ja sama. Godzę się z tym i według mnie to wyraz dojrzałości. Dlatego dla mnie ta samotność przed zaśnięciem wcale nie brzmi pesymistycznie. Tak jest i już.

Nie lubię też zawracać sobą głowy innym, obarczać swoimi problemami. Poza tym dzielenie się kłopotami wiąże się także z odkryciem się przed kimś, z pokazaniem słabości. Nie lubię tego. Trzeba obnażyć emocje, czego nie umiem, wstydzę się. To wszystko sprawia, że kiedy wchodzę w życiowy zakręt, jestem "skazana" na swoją intuicję, ale i swoją siłę. I dobrze mi z tym. Tym bardziej że w tych naprawdę najtrudniejszych momentach nie istnieją "dobre rady" - takie jest moje zdanie. Przyjmowanie ich kojarzy mi się z oddaniem swojego życia w czyjeś ręce.

Decyzję trzeba podjąć samemu, bo potem samemu spija się śmietankę lub wręcz odwrotnie - płaci się za błąd. Do dziś dźwięczą mi w uszach słowa, które wypowiadali wszyscy dookoła, kiedy stanęłam przed podjęciem bardzo ważnej życiowej decyzji. Mówili: "Nie rób tego". Widzieli więcej. Ale ja postąpiłam po swojemu. I po latach wzięłam na barki ciężar swojego postanowienia. Bo sami jesteśmy autorami swojego życia.

Piszemy swoje sukcesy i popełniamy błędy, które prowadzą nas na manowce. Każdy zakręt to konsekwencja naszych wyborów, świadomych lub tych nieuświadomionych. Więc nie ma co się nad sobą użalać. Upadasz, podnosisz się i idziesz dalej. Jeśli chce ci się żyć, nie ma innej drogi. Ale nie chcę robić z siebie bohatera, supermanki, żadna moja zasługa, ta wewnętrzna siła to dar od Boga. Największy, jaki dostałam.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje